Zielone wysepki pośrodku piekła. O zieleni w getcie warszawskim

Autor: Justyna Majewska
Wkrótce po rozpoczęciu okupacji Warszawy Niemcy wprowadzili szereg regulacji antyżydowskich, utrudniających lub uniemożliwiających dostęp do podstawowych przestrzeni publicznych, takich jak urząd poczty, wybrane ulice miasta, sklepy czy kawiarnie. Wykluczyli Żydów także z terenów zielonych.
Nalewki_zw_1.jpg

Ulica Nalewki, okolice Ogrodu Krasińskich, jedna z bram do getta warszawskiego. Napis przy posterunku informuje o granicy Seuchensperrgebiet, czyli „obszaru zagrożonym tyfusem". Zbiory ŻIH

 

Ogrody poza murami

Już na początku okupacji władze niemieckie zabroniły Żydom korzystania m.in. z Ogrodu Saskiego sąsiadującego z placem Piłsudskiego, przemianowanym na plac Adolfa Hitlera. Żydom zabroniony był wstęp do wszystkich parków i zieleńców nie leżących na tzw. obszarze zagrożonym tyfusem (Seuchensperrgebiet), który późnej stał się częścią getta[1]. Kiedy w 1940 r. rozpoczęły się prace wyznaczające granice getta warszawskiego, przewodniczący Rady Żydowskiej Adam Czerniaków czynił wiele zabiegów, aby przyszła dzielnica żydowska spełniała, na ile to możliwe, potrzeby bytowe ludności, wliczając w to potrzeby mieszkaniowe, komunikacyjne, handlowe, religijne, zdrowotne, ale też potrzebę dostępu do przestrzeni zielonej.

Stąd starania, aby w granicach dzielnicy znalazły się zarówno Hale Mirowskie, szpital na Czystem, Dom Sierot prowadzony przez Janusza Korczaka (obie instytucje przeniesiono do getta w grudniu 1940 r.), a także sąsiadujący z dzielnicą Ogród Krasińskich. Muranów na przełomie XIX i XX w. w wyniku rozbudowy tracił przestrzenie zielone. Skwery, place a nawet pojedyncze drzewa ustępowały miejsca kolejnym kamienicom-studniom. Zielonym zapleczem dla mieszkańców dzielnicy nalewkowsko-muranowskiej był właśnie Ogród Kasińskich. Wysiłki Czerniakowa, by park ten znalazł się w granicach getta, nie przyniosły jednak żadnego skutku. 16 listopada 1940 r., kiedy zamknięcie żydowskiej dzielnicy mieszkaniowej stało się faktem, w jej obszarze nie było niemal w ogóle terenów zielonych.

Pomimo to żydowska administracja dzielnicy dążyła do jej zazielenienia. Plan i wykonanie zadania zagospodarowanie placów i pustych terenów zielenią Rada Żydowska powierzyła Towarzystwu Popierania Rolnictwa, Toporol, którym w getcie kierował agronom, Israel Sudowicz. Zakładane przez Toporol zielniki i ogródki można sklasyfikować jako ogrody „zbuntowane”, „prowokujące” (defiant gardens)[2]. Określenie to, ukute przez Kennetha Helphanda, jest stosowane od opisu przestrzeni zielonych rosnących w warunkach ekstremalnych dla środowiska przyrodniczego, w których wegetacja roślin jest wyznaczana nie tylko przez cykl biologiczny, ale także przez wojnę. To zieleńce wśród okopów, w gettach, w obozach.

Toporol_zw_1.jpg [479.07 KB]
Sprawozdanie z działalności „Toporol-u”, karta tytułowa.
Archiwum Ringelbluma, CBJ

Toporol

Toporol działał jeszcze przed wojną, a jego celem było krzewienie pracy rolnej wśród Żydów i tworzenie kadr rolniczych do emigracji zamorskiej[3]. W getcie warszawskim Toporol zajmował się przede wszystkim zagospodarowaniem terenów zielonych. Z jednej strony chodziło o upiększenie getta poprzez utworzenie zielników, kwietników i ogrodów dla dzieci, z drugiej o realizację celu praktycznego: uprawę warzyw na cele organizacji pomocowych działających w getcie (sierocińców, punktów dla uchodźców)[4].

Do prac rolnych była zaangażowana młodzież żydowska, która w praktyce miała poznać zasady pracy w gospodarstwie wiejskim. Na tzw. Przysposobieniu Rolniczym, czyli kursach Toporolu organizowanych na terenie getta w 1940 r. wzięło udział aż 267 słuchaczy (91 kursantów kontynuowało naukę na drugim roku) a w 1941 r. – 61 słuchaczy. Program obejmował zajęcia teoretyczne i praktyczne w ogródkach warzywnych, o których piszę poniżej. Toporol wspólnie z Towarzystwem Szerzenia Pracy Zawodowej i Rolnej wśród Żydów „ORT” prowadził też kursy gospodarstwa wiejskiego, w których w 1941 r. brało udział 324 słuchaczy.

Entuzjazm i gotowość do pracy agronomów i kursantów Toporolu początkowo napotkały przeszkody prawne. Wiele terenów, które można by przeznaczyć pod uprawy było niedostępnych, ponieważ nie stanowiły własności żydowskiej. Działki dzierżawiono dzięki pomocy Rady Żydowskiej. Zanim można było przystąpić do prac uprawnych, musiały być uprzątnięte z ruin i cegieł, przekopane i zniwelowane. W raporcie z działalności Toporolu za okres grudzień 1940-maj 1941 r. zajdziemy adresy kilku miejsc i wykonywanych tam prac rolniczych. Na działce przy Smoczej 35 (dziś okolice skrzyżowania ul. Anielewicza i Smoczej) o wielkości 2,5 tys. m2 Toporol zajmował się sadem. Na terenie byłego więzienia przy Zamenhofa 19 (dziś okolice Muzeum Polin) Toporol uprawiał jeden z ogródków warzywnych o łącznej powierzchni 1000 m2.

Kopanie kartofli na polu przy cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej. Archiwum Ringelbluma, CBJ

 

Dużego nakładu pracy wymagał całkowicie zdewastowany teren ogrodniczy przy cmentarzu żydowskim na Okopowej. Aktywiści Toporolu naprawili 3 szklarnie i ponad 100 okien inspektowych (skrzynie bez dna, z oknem umożliwiającym otwarcie lub rozszczelnienie przeznaczone do uprawy roślin wczesną wiosną i późną jesienią), w których zasadzili sałatę, rzodkiewkę, pomidory, kapustę, kalafior, kalarepę oraz kwiaty letnie. W szklarniach wypikowano 13 tys. begonii, 1,5 tys. petunii, 3 tys. lobelii i ponad 10 tys. pomidorów na rozsadę. Do gruntu wysadzono kłącze dalii. Łącznie 200 uczestników kursów Toporolu wysiało i obsadziło 1,5 tys. m2 ziemi.

W ogrodzie zbombardowanego szpitala św. Ducha na Elektoralnej 12 (dziś mieści się tam Mazowiecki Instytut Kultury), gdzie odbywały się teoretyczne kursy przygotowawcze, kursanci obsadzili 2,5 tys. m2 rozmaitymi warzywami, a kilka zagonów przeznaczono na rumianek zasadzony na potrzeby szpitala. Janina Bauman, która tam pracowała, nazywała to miejsce „zieloną wysepką pośrodku piekła”[5]. Ponad 100 ochotników przez 6 tygodni porządkowało teren wielkości 2 morg (ok. 120 arów) na Gęsiej 24 (dziś okolice bloku na Anielewicza 12). Uprzątnęli gruz i bruk, a na ich miejsce postawili 100 okien inspektowych, w których wysiano pomidory, sałatę, ogórki i kwiaty. Toporol wydzierżawił też boisko „Skry”, gdzie uprawiał kartofle, buraki i kapustę.

Towarzystwo opiekowało się także ogrodem przy Głównym Domu Schronienia przy Dzielnej 37 (obok kościoła św. Augustyna); przekopało i rozplanowało ogródek dziecięcy przy Zamenhofa 19, gdzie Centos prowadził ognisko dla dzieci żebrzących; uporządkowało skwer wokół gmachu i na dziedzińcu Rady Żydowskiej na Grzybowskiej 26/28 (okolice budynku przy Jana Pawła II 24); uprzątnęło, przekopało i obsiało dwa skwery przy Synagodze na Tłomackiem, przycięło żywopłot i uporządkowało rosnące tam drzewa; zniwelowało i obsiało teren wokół kwarantanny przy Leszno 82 (dziś teren Urzędu Dzielnicy Wola).

Zbiórka_kapusty_zw_1.jpg [479.04 KB]
Zbiórka kapusty. Archiwum Ringelbluma, CBJ

Dodatkowo Toporol za zgodą Wydziału Ogrodnictwa Miejskiego dostał pod opiekę skwery miejskie zlokalizowane na pl. Grzybowskim, skwer przy Tłomackiem i na ul. Zamenhofa. W celu prowadzenia praktycznych kursów przysposobienia rolniczego Toporol stworzył też ogród o powierzchni 3300 m2 na ul. Niskiej 20 (dziś teren Wydziału Psychologii UW). Na założonych tam pokazowych poletkach wysiano 26 odmian rozmaitych roślin rolniczych, m.in. pszenicę, owies, jęczmień, len, konopie, buraki pastewne, brukiew i rzepak[6].

Emanuel Ringelblum dostał zaproszenie na 9 czerwca 1941 r. na przegląd terenów zagospodarowania przez Toporol[7]. W swojej kronice getta zawarł obszerną relację z tej wizyty:

Tow[arzystwo] Toporol wiele w tym roku zdziałało. Na 200 podwórzach zasadzono kwiaty i warzywa. Wszędzie widać tablice Toporolu. Nie wszędzie to się jednak udało. Na niektórych placach panuje tak ożywiony ruch, że zasiewy zostały zdeptane, jak na przykład na placu Trzech Murów [plac przy Wielkiej Synagodze ogrodzony murami od ul. Bielańskiej, Przejazd i pl. Bankowego]. Na kursach Toporolu na Elektoralnej 12 wyszkoliło się 700 młodocianych. Na miejscu spalonego szpitala Świętego Ducha teraz rozciąga się wielkie pole zasiane różnymi warzywami. Przy usuwaniu stosów gruzu było dużo roboty. Gdzie były ruiny wojenne, tam obecnie kwitnie. Założono nawet sztuczną wylęgarnię kur. Na Gęsiej obsiano wiele placów [należących do] dawnego więzienia. Zatrudniono przy tej pracy 20 agronomów. Zasiano również w ogródkach domowych oraz na balkonach. Dużo jednak jeszcze brakuje, żeby getto pokryło się zielenią[8].

Agronomi i słuchacze kursów Toporolu działali z dużym zaangażowaniem i entuzjazmem. „Osiem godzin ciężkiej pracy fizycznej pod błękitnym niebem. Nic lepszego nie mogłam sobie wymarzyć” – pisała Janina Bauman. – „Po powrocie do domu byłam tak zmęczona, że ledwo mogłam mówić”[9]. Pomimo to rozmach ich działań był pozorny. Tereny, które mogli zagospodarować, były niewielkie, ginęły wśród budynków i wąskich ulic getta, a ilość zbieranych plonów była niewystarczająca. Irena Węgrowicz-Pawłowska, która w grudniu 1941 r. ukończyła kurs toporolski, pisała w powojennej relacji, że sadzone przez nią brukiew, pomidory czy rzepa nie zdążyły nawet jeszcze dojrzeć, a już były wyrywane i zjadane przez wygłodniałych mieszkańców getta[10].

Toporol miał też zasługi na polu propagowaniu organizacji ogródków podwórkowych i ukwiecaniu okien i balkonów. Wyszkoleni agronomii i praktykanci założyli i uprawiali 208 ogródków o łącznej powierzchni niemal 19 tys. m2. Toporol służył też radą i wskazówkami 265 osobom, które samodzielnie zajęły się organizacją ogródków w swoich kamienicach. Zapewniał darmowe nasiona, ziemię ogrodową (łącznie 15 wozów, która zostały wykorzystane do doniczek balkonowych i okiennych, w których mieszkańcy getta uprawiali zarówno kwiaty, jak i warzywa), wypożyczał narzędzia. „Gazeta Żydowska” podawała, że takie ogródki zakładano w kamienicach na Ceglanej, Elektoralnej, Grzybowskiej, Lesznie, Nowolipiu, Nowolipkach, Ogrodowej, Smoczej, Śliskiej[11]. Plony zebrane z ogródków podwórzowych miały być przeznaczone dla najbiedniejszych mieszkańców getta. Spodziewano się zebrać prawie 100 ton warzyw, w tym rzodkiewkę, szczaw, brukiew, kapustę, burak, cebulę, ogórki, marchew, pietruszkę, szczypiorek, kalarepę, sałatę, pomidory[12].

O zakładaniu ogródka na podwórku kamienicy na Żelaznej 103 pisał jej lokator, Tadeusz Obremski, przed wojną właściciel fabryki butów.

Był to jeden z najnowocześniejszych domów ghetta i najlepiej położony. W domu tym mieścił się duży plac z drzewami. Nasz Komitet Domowy […] postanowił na mój wniosek urządzić z placu ogródek. Zakupiono odpowiednie nasiona i lokatorzy przystąpili do pracy. Były to najmilsze dni, gdyż wobec braku większych przestrzeni w ghetcie nasz ogródek stał się z czasem jedynym miejscem wypoczynku. Ale celem ogrodu nie była tylko nasza pogoda. Urządzono w nim często imprezy dochodowe dla internatów[13].

Lokatorzy kamienicy na Żelaznej 103 byli ludźmi bogatymi, których początkowo bronili się przed gettową pauperyzacją. Założyli ogródek w celach komercyjnych, opłaty z odbywających się tam imprez przekazywali dla internatów. Do takich działań, czyli organizacji na podwórzach odpłatnych imprez, zachęcała mieszkańców Żydowska Samopomoc Społeczna. Była to jedna z form zbiórek pieniężnych na rzecz biedniejszych mieszkańców kamienicy bądź pobliskich ośrodków pomocy jak sierocińce, punkty dla dzieci czy uchodźców.

Ogrodnictwo okienne

9 lipca 1941 roku Halina Szwambaum pisała do przedwojennej nauczycielki, Stefanii Liliental, że siedzi w fotelu na balkonie pośród doniczek z fasolą i słonecznikami, „niczem w altanie”[14]. Bardzo dobrze w warunkach niskiego nasłonecznienia rosły chwasty, którym Halina Szwambaum przyglądała się z zainteresowaniem. „Mój balkon, chociaż niesłoneczny, wygląda jak prawdziwy ogród. Doniczki, skrzynki, pełno zieleni, pełno nadziei na kwiaty. Największą pociechę mam z grochu – wczoraj otworzył się pierwszy biały kwiatek”[15]. Dla uzyskania „willowego” nastroju Halina ułożyła na balkonie kamień i cegłę, co miało dawać, jak pisała ironicznie, efekt francuskiego budownictwa, „brique et pierre”[16]. Horyzont balkonu kończyła wieża kościoła ewangelickiego[17] i „troszkę otwartego nieba”.

Dzięki Toporolowi wielu mieszkańców getta uprawiało rośliny. Henryka Łazowertówna na swoim balkonie na Siennej miała pomidory i nieokreślone, czerwone kwiaty[18]. Na oknach i balkonach rosły fasola, groch, nasturcje, rezedy, koniczyna. Mary Berg pisała, że „na niektórych parapetach kiełkują długie i cienki łodyżki cebuli, raczej żółte niż zielone”[19]. Na podwórku kamienicy na Siennej 41, w której Berg mieszkała, rósł krzak bzu, który dawał radość wszystkim mieszkańcom:

Noce w getcie są gorące i wilgotne. W naszym własnym ogródku pachną bzy, więc po zachodzie słońca wszyscy lokatorzy siedzą na podwórzu. Każdy przynosi swoje krzesło, ale moim ulubionym miejscem jest drewniany trzepak. Czasem śpiewam w nocy i o dziwo nikt z lokatorów nie oponuje, najwyraźniej dlatego, że chcą zapomnieć o swoich troskach[20].

Graniczna lokalizacja kamienicy sprawiała, że do Berg dochodził zza muru zapach lip, który zwracał jej myśli w stronę szerokiego świata, dalekich lądów i wolności[21]. Jednak te wysepki przyrody nie były w stanie stworzyć azylu przed rzeczywistością getta. Za dnia do współdzielonych pokojów przeludnionych mieszkań wdzierał się zgiełk i kurz ulicy, w nocy ciszę zakłócało chrapanie i kaszel współlokatorów.

Syndrom deficytu natury i ogródki dziecięce

Pomimo wysiłków indywidualnych i Toporolu, Żydzi w getcie zostali gwałtownie odizolowani od kontaktu z naturą. Taki stan jest nazywany syndromem deficytu natury. Prowadzi on do zaburzenia w rozwoju emocjonalnym, fizycznym i społecznym na skutek oderwania od naturalnego środowiska. Jego działanie było widoczne przede wszystkim u najmłodszych. W wojennych dziennikach pojawiają się zapisy o dzieciach, które nie wiedzą co to drzewo, kwiat, rzeka i ich rodzicach, którzy nie są w stanie przekonać ich do istnienia tych dziwów natury. Halina Schwambaum próbowała wytłumaczyć 6-letniemu chłopcu, co to szyszka.

Nie udało mi się go przekonać, że to zwyczajny „owoc drzewa iglastego”. Nie wiedział, jak to wygląda i wreszcie kazałam mu zasadzić fasolę w doniczce. I dzieciak zasadził fasolę, starannie ją podlewa, przypatrując się zielonym listkom i już wie, co to jest przyroda! Widział nawet drzewo u kolegi na podwórku[22].

O podobnych wysiłkach objaśnienia natury pisała też Rachela Auerbach:

Opowiadał mi ktoś w tych dniach, jak szedł za dwiema dziewczątkami i podsłuchał ich rozmowę. Jedenastoletnia opowiadała sześcio- czy siedmioletniej o Łazienkach. Brzmiało to jak bajka. Taki duży, duży, duży ogród, do którego wchodziło się bez opłaty (Wielkie zdziwienie słuchaczki. „To naprawdę nic nie kosztuje?!!!”). Ścieżki i klomby. A co to znaczy „klomby”? I staw, i łabędzie. A co to znaczy „staw”? Co znaczy „łabędzie”? Dyskusja ugrzęzła na trudnych objaśnieniach, na glosach słownych do tej legendy przeszłości. Widząc na stole parę gałązek bzu w słoju z wodą, jedna pani prosiła mnie dzisiaj o „pożyczenie” kawałka bzu, by mogła go pokazać swemu dziecku, które jeszcze w swoim życiu bzu nie widziało i pyta: „a co to jest bez?” „Taki kwiat” „A co to jest kwiat?...”[23].

Inicjatywną, która miała choć trochę zwalczyć syndrom deficytu natury było organizowanie ogródków dziecięcych. Powstawały one na w wyniku działań podejmowanych przez Radę Żydowską i instytucje opiekuńcze wiosną 1941 i szczególnie wiosną 1942 roku. Nawiązywały one do zakładanych od końca XIX wieku ogródków jordanowskich, przeznaczonych dla dzieci i młodzież ogrodów czy parków wypoczynku i zabawy. W getcie było przynajmniej 6 takich ogródków. W przygotowaniu ogródka dziecięcego na Grzybowskiej 21 (dziś okolice Grzybowskiej 9 i budynku Q22) brała udział m.in. Mary Berg:

Park znajduje się w miejscu zbombardowanego domu, gdzie ogrodnicy z Toporolu posiali trawę i kwiaty. Dziś jest tam zielono. Żydowscy rzemieślnicy postawili ławki, huśtawki itp. Uczniowie naszej szkoły poszli tam malować zwierzęta na jednej ze ścian pozostałych ze po zrujnowanym domu. […] Inauguracja parku odbyła się dziś, był obecny prezes Gminy Czerniaków i inni wysocy urzędnicy. Na trawie ustawiono długie stoły, na nich leżały małe torebki z cukierkami z melasy robionymi w getcie. Każde dziecko dostało mały upominek i torebkę cukierków. W powietrzu rozbrzmiewały radosne okrzyki i wesołe piosenki śpiewane chóralnie[24].

Z opisu otwarcie tego ogródka zawartego w dzienniku Adama Czerniakowa wiemy, że grała orkiestra, śpiewały chóry, dzieci dawały pokaz tańca i ćwiczeń. Delegaci przemawiali po polsku, hebrajsku i w jidysz. Otwarcie ogródków obserwowały tłumy ludzi, którzy stali na ulicy, na dachach, na kominach, na balkonach. Dla Czerniakowa, który przez całe życie działał na rzecz pomocy dzieciom żydowskim, było to ważne wydarzenie. W dzienniku opisał „balsam na rany! Uśmiech ulic!”[25]. 12 lipca zanotował też udostępnienie ogródka na rogu Franciszkańskiej i Nalewek. Wtedy nikt w getcie jeszcze nie widział, że 10 dni później rozpoczęła się wielka akcja likwidacyjna getta.

O 9:30 otwarcie ogródka dla dzieci szkolnych na rogu Franciszkańskiej i Nalewek. Tłumy ludzi. Na ulicy, na dachach, na kominach, na balkonach. Orkiestra, chóry, balet. Przemawiałem do dzieci. Na ulicy dzieci zrobiły mi owację[26].

Olga Podgórska w swojej interpretacji znaczenia zieleni w getcie warszawskim, w kontekście ogródków dziecięcych pisała, że pozwalały one na symboliczne oczyszczenie z szarości i brudu getta, jego duszności i obcości, z nieszczęść i strachu[27]. Niestety, korzystanie z ogródków było możliwie jedynie za opłatą. Opłata miesięczna wynosiła od 30 do 40 zł, a w niektórych miejscach nawet 70 zł. Oznacza to, że 99% dzieci getta nie mogło spędzić czasu w otoczeniu kilku krzaków i kwiatów. Emanuel Ringelblum na początku czerwca 1942 r. pisał z rozgoryczeniem: „Niektóre dziedzińce wynajęto pod ogródki jordanowskie. Mogą z nich naturalnie korzystać tylko dzieci zamożne. […] Dzieci biedaków nie widzą więc trawy. Handel świeżym powietrzem!” [28].

Matki_spacer_zw_1.jpg [489.81 KB]
„Matki wyprowadzają swe dzieci «na spacer»”. Archiwum Ringelbluma, CBJ

W poszukiwaniu oazy

Najbiedniejsze dzieci i dorośli szukali w getcie jakichkolwiek przestrzeni zielonych. Zofia Brzezińska, psycholożka, która w getcie urodziła syna Juliana, wspominała o codziennych spacerach z niemowlakiem w poszukiwaniu zieleni. Pewnego dnia odkryła, że na podwórku domu naprzeciwko rośnie kilka wysokich drzew i krzaków. Odtąd miejsce to stało się celem ich codziennych wyjść[29]. Czerniaków notował, że niemowlęta wozi się do „ogródka” po szpitalu Świętego Ducha, a wobec braku ogrodów ludzie spacerują po Stawkach[30]. Stanisław Gombiński, policjant z getta, pisał, że w getcie każdy „ogródek ma znaczenie oazy”[31]. Takie wyspy zielone znajdował przy kościele na Lesznie, na Nowolipkach, przy Wielkiej Synagodze na Tłomackiem. Rachela Auerbach tak wspominała wizytę w ogródku na Nowolipkach 35:

Godzina w jednym z „ogródków”. Przeżycie. Widok kwitnących krzewów, wschodzących z grzędy roślinek, młodego listowia na drzewach, pieniącego się w słońcu, poruszanego powiewem[32].

Niektóre dzieci, jak grupa pięciorga wychowanków z Domu Sierot, samodzielnie poszukiwały kontaktu z przyrodą. Zygmuś, Semi, Abrasza, Hanka i Aronek napisali list do proboszcza kościoła Wszystkich Świętych z prośbą o zgodę na odwiedzenie kościelnego ogrodu. Kościół mieści się na pl. Grzybowskim i w czasie wojny znajdował się w granicach getta.

Do wielebnego Księdza Plebana przy Parafii Wszystkich Świętych.

Uprzejmie prosimy Sz. Ks. Plebana o łaskawe udzielenie nam pozwolenie na kilkakrotne odwiedzenie ogrodu przy kościele w soboty w godzinach rannych, możliwie wczesnych (6.30-10). Tęsknimy za trochą powietrza i zieleni. Duszno u nas i ciasno. Chcemy zapoznać się i zaprzyjaźnić z przyrodą. Nie będziemy niszczyć zasiewów. Gorąco prosimy o nieodmówienie naszej prośbie[33].

List dzieci napisały około 29 maja 1942 r. Nie wiemy, czy odpowiedź była pozytywna, a jeśli tak, to ile razy Zygmuś, Semi, Abrasza, Hanka i Aronek zdołali odwiedzić ogród. Pomimo starań Toporolu zieleń w getcie była zjawiskiem rzadkim i reglamentowanym. Widok i zapach kwitnących drzew i krzewów był dostępny przede wszystkim tym, którzy mogli pozwolić sobie na wniesienie odpowiedniej opłaty. Wielu osobom pozostało jedynie odbywanie wyobrażonych spacerów po przedwojennej, niepodzielonej Warszawie.

Chciałabym wyjść stąd i pójść do Pani, do Warszawy. Poszłabym sobie – Bielańską, placem Teatralnym, Focha i Nowym Światem prosto, prosto do placu Trzech Krzyży i Alej Ujazdowskich. Tak bym sobie wolno wędrowała, oddychałabym latem, zielenią liści i trawy w Łazienkach – ile by starczyło płuc. Tyle bym miała przestrzeni dokoła, tyle by było nieba nad głową! Może bym zeszła w dół Agrykolą aż do stawu, popatrzeć na Sobieskiego i pałac w Łazienkach. To tak pachnie Warszawą z dawnych czasów, kiedy można było pójść do Polskiego na Noc listopadową i potem, wprost z teatru, powędrować o północy pod sztachety Łazienek. Jak tam teraz musi być cicho i pusto na Agrykoli![34]

Namiastka normalnego życia

Obcowanie z zielenią, czy to w formie parku, skweru, ogrodu, czy nawet zieleni ulicznej, było i jest jedną z najbardziej podstawowych potrzeb mieszkańców miasta. Izolacja od kontaktu z przyrodą ma poważne konsekwencje zdrowotne i poznawcze. Jak podkreśla Karolina Wróbel-Bardzik, zieleń to nie tylko element dekoracji miasta, ale przede wszystkim środek do kształtowania warunków życia. Zieleń filtruje zanieczyszczenia, izoluje przed hałasem, obniża temperaturę powietrza, łagodząc w ten sposób uciążliwości życia w mieście[35].

W getcie zieleń miała jeszcze kilka innych funkcji. Ogrody i zielniki powstawały w celu uprawy jedzenia na użytek getta. Sam fakt prowadzenia prac rolnych był kontynuacją przedwojennej myśli o potrzebie przewarstwienia struktury zawodowej Żydów i przygotowania tych, którzy chcą emigrować do Palestyny, do pracy na roli. Miał też ogromne znacznie więziotwórcze. Młodzi zwolennicy syjonizmu i emigracji wierzyli, że podejmując naukę na toporolskich kursach, aktywnie kształtują swoją przyszłość.

Poza względami praktycznymi, chodziło też o estetyzację przestrzeni getta, upodobnienie jej do zwykłej dzielnicy miejskiej. Zieleń publiczna czy uprawiana na balkonach i oknach dawała pozór powrotu do codziennego kontaktu z przyrodą. Ogródki miały dać dzieciom szansę wzrastania wśród roślin i czystego powietrza. Niestety, w obliczu ogromnej nierówności społecznej getta, również zieleń stała się czymś elitarnym, dostępnym niewielkiej grupie osób.

 

 

 

Przypisy:

[1] Zakazane ulice, parki i zieleńce, „Gazeta Żydowska” nr 25 z 14 października 1940, s. 2.

[2] Kenneth. I. Helphand, Ghetto Gardens. Life in the Midst of Death, w: Jewish Topographies: Visions of Space, Traditions of Place, red. J. Brauch, A. Lipphardt, A. Nocke, Ashgate Publishing, Aldershot 2008, s. 84.

[3] AŻIH, Rada Żydowska w Warszawie, sygn. 221/50, 1940, Pismo do Urzędu Pracy w Warszawie w sprawie zatrudnienia młodzieży żydowskiej w gospodarstwach rolnych. Odezwa programowa, k. 3.

[4] Ibidem.

[5] Janina Bauman, Zima o poranku. Opowieść dziewczynki z warszawskiego getta, Wydawnictwo Znak, Kraków: 2009, s. 72.

[6] Ogrodnictwa w Dzielnicy, „Gazeta Żydowska” nr 33 z 25 IV 1941, s. 3.

[7] 6.06.1941, Warszawa-getto. H[erman] Kalnicki, Zaproszenie dla Emanuela Ringelbluma na przegląd terenów zagospodarowanych przez „Toporol” 9.06.1941 w: Archiwum Ringelbluma, t. 14: Archiwum Ringelbluma, t. 14: Kolekcja Hersza Wassera, oprac. Katarzyna Person, Warszawa: Żydowski Instytut Historyczny, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, 2014, s. 66.

[8] Archiwum Ringelbluma, t. 29: Emanuel Ringelblum. Pisma z getta, oprac. Joanna Nalewajko-Kulikov, Warszawa: Żydowski instytut Historyczny, 2018. s. 269.

[9] Bauman, Zima o poranku, s. 63-65.

[10] AŻIH, 301/5912, Relacja Ireny Węgrowicz-Pawłowskiej, k. 2.

[11] „Gazeta Żydowska” nr 40 z 5 IV 1942, s. 2.

[12] „Biuletyn Wewnętrzny” Wydziału Statystycznego ŻSS, nr 6, s. 20.

[13] Tadeusz Obremski, Wśród zatrutych noży. Zapiski z getta i okupowanej Warszawy, red naukowa i wstęp Agnieszka Haska, Warszawa 2017, s. 68-69.

[14] Halina Szwambaum, Błagam o listy, „Karta” 2010, nr 63, s. 37.

[15] Ibidem, s. 42.

[16] Ibidem, s. 43.

[17] Kościół ewangelicki znajdował się przy ul. Leszno 20. Halina mogła mieszkać naprzeciw kościoła — przy Lesznie 11, 13, 15 lub widziała wieżę z drugiej strony — o ile mieszkała na Nowolipiu lub Nowolipkach, Karmelickiej lub Mylnej. Barbara Engelking-Boni, Sześć listów z getta warszawskiego. 9 VIII 1941 – 25 VI 1942, „Kwartalnik Historii Żydów” VI 2001, nr 2 (198), s. 229- 240.

[18] ML, sygn. 820, Kartka pocztowa od Henryki Łazowertówny do Romana Kołonieckiego z 29 VIII 1941 roku.

[19] Berg, Dziennik z getta warszawskiego, s. 64.

[20] Ibidem, s.161.

[21] Ibidem, s.159.

[22] Schwambaum, Błagam o list, s. 42.

[23] Rachela Auerbach, Pisma z getta warszawskiego, opracowanie Karolina Szymaniak, tłum. Karolina Szymaniak, Anna Ciałowicz, Warszawa: Żydowski Instytut Historyczny, 2016, s. 145-146.

[24] Berg, Dziennik z getta warszawskiego, s.157.

[25] Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego, s. 288.

[26] Ibidem, s. 299.

[27] Olga Podgórska, Zieleń w getcie warszawskim, „Kultura miasta”, nr 2/3 (5), 2009, s. 75.

[28] Archiwum Ringelbluma, t. 29: Emanuel Ringelblum. Pisma z getta. s. 269.

[29] Zofia Brzezińska, Żółte tulipany, Wydawnictwo WIP, 1996, s. 44.

[30] Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego, s. 203.

[31] Stanisław Gombiński, Wspomnienia policjanta z warszawskiego getta, red. Marta Janczewska, Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2010, s. 43.

[32] Auerbach, Pisma z getta warszawskiego, s. 145.

[33] Janusz Korczak, Pamiętnik, Wydawnictwo Siedmiogród, 1998, s. 45.

[34] Szwambaum, Błagam o listy, s.42.

[35] Karolina Wróbel-Bardzik, Zielona historia Muranowa. Przemiany krajobrazu, w: Tu Muranów. Dzielnica pod gruzami, red. Kamila Radecka-Mikulicz, Warszawa: Muzeum historii Żydów Polskich POLIN, 2020, s. 148.

Justyna Majewska   pracuje w Dziale Naukowym ŻIH, absolwentka studiów doktoranckich Szkoły Nauk Społecznych IFiS PAN, podyplomowych studiów muzealnych na Uniwersytecie Friedricha Schillera w Jenie, stypendystka European Holocaust Research Infrastructure, kuratorka galerii „Zagłada” Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN