Księga parówki, czyli jak „walczono” z tyfusem w getcie warszawskim

27.03.2020
Autor: Żydowski Instytut Historyczny
W getcie warszawskim panowały fatalne warunki sanitarne. Z tego powodu regularnie pojawiały się przypadki tyfusu. Niemcy szczególnie bali się tej choroby i obwiniali Żydów o jej rozprzestrzenianie. Przymusowe dezynfekcje, tak zwane parówki, były jeszcze jednym sposobem na nękanie ludności getta warszawskiego. Perec Opoczyński, pisarz i współpracownik grupy Oneg Szabat, poświęcił im reportaż „Księga parówki”.
tyfus_bunderarchiv_1_3.jpg

Dur plamisty, najgroźniejszą z chorób znanych powszechnie pod nazwą tyfusu, wywołują bakterie Rickettsia prowazekii, przenoszone przez wesz odzieżową. Przed zarażeniem chroni przestrzeganie zasad higieny. W getcie było to często niemożliwe. Przymusowe dezynfekcje, zarządzane przez władze niemieckie, nie miały zresztą na celu rzeczywistej walki z epidemią.

„Opoczyński, pisząc swój reportaż, nie miał wątpliwości, że parówka to nowoczesna, bo mechaniczna, forma starego jak świat nękania, prześladowania, a nawet wytracania Żydów” – pisze Monika Polit we wstępie do tomu 31 Archiwum Ringelbluma, zawierającego pisma Pereca Opoczyńskiego. – „Jego tekst jest porażającą ilustracją opinii wyrażonej przez Ludwika Hirszfelda w Historii jednego życia, że: «Niemieckie zarządzenia przeciwepidemiczne były gorsze od samej epidemii»”[1].

Prezentujemy fragmenty reportażu Pereca Opoczyńskiego, pisarza, dziennikarza, w getcie – listonosza i reportażysty, współtwórcy Podziemnego Archiwum Getta Warszawy.

 

Perec Opoczyński

_en_perec_1.jpg

 

Księga parówki

[2]

 

 

Jeszcze długie tygodnie po zakończeniu wojny pozostawały na ulicach Warszawy martwe konie i niezdetonowane bomby, na szybko ustawiane barykady, okopy wyglądające jak rozerwane ciało ziemi. (…) Życie powróciło do prymitywnej formy sprzed tysięcy lat. Ludzie przestali się hamować, odczuwać wstyd i porzucili cywilizacyjne nawyki. Z ulic niósł się straszny smród. Północna część miasta, gęsto zaludniona przez żydowską biedotę, ulice: Stawki, Niska, Lubeckiego i inne, były tak zniszczone, że po trzy, cztery bloki mieszkalne naraz stały tam z oberwanymi schodami i wypalonymi wnętrzami. Z domów zostały tylko szkielety, jak ogromne straszydła. Ludność z okolic, przechodnie, którzy jakby umyślnie tam błądzili, uczynili z ruin ustęp. Wokół powstało śmietnisko, na które wyrzucano cały brud i wszystkie odpadki z zapuszczonych izb.

Nie tylko mężczyźni, ale i kobiety sadowili się tam z gołymi zadkami i publicznie… bo kto by się tam wstydził, skoro wszystko stanęło na głowie…

Odkryte ustępy, padłe konie na ulicach, świńskie życie w schronach, uczynionych z zatęchłych, zapleśniałych piwnic, zrobiły swoje. Przez miasto jął szybkim krokiem przechodzić anioł śmierci – tyfus. Tyfus brzuszny, tyfus głowy i – ten najgroźniejszy – tyfus plamisty.

Niemiec miał swoje tradycyjne, wypróbowane jeszcze w czasach pierwszej wojny światowej środki. Wielu członków obecnych władz okupacyjnych rządziło w Warszawie w 1915 roku[3]. Pamiętali jeszcze „metodę” i zaczęło się „oczyszczanie”. Brutalne, okrutne, dzikie, które miało usunąć z tego miejsca ślad ludzkich stóp…

(…)

_en_Bundesarchiv_Bild_101I-134-0782-35__Polen__Ghetto_Warschau__Fleckfieber-Warnung_2.jpg

 

Wielkie na szerokość ulicy plakaty z napisem: „Strzeż się! To jest dzielnica tyfusu!” wisiały przy wjazdach z chrześcijańskiej do żydowskiej dzielnicy. Plakaty miały, po pierwsze, pogłębić przepaść między Polakami a Żydami, po drugie, sprawić, by żaden niemiecki żołnierz nie przekroczył granicy żydowskiej strefy. To ostatnie było dla dowództwa armii szczególnie ważne, gdyż doświadczone oko hitlerowskiego agenta dostrzegło, że żołnierze chętnie zapuszczają się na żydowskie ulice.

(…)

Miasto podzielono na rewiry sanitarne nadzorowane przez „doświadczonych” lekarzy, z niemieckim naczelnym lekarzem miejskim jako szefem wydziału zdrowia. I tak oto pewnego pięknego ranka owi lekarze rewirowi jęli chodzić po domach, sprawdzając czystość.

Wieść o lekarzach-kontrolerach, komisjach sanitarnych i akcji oczyszczania obiegła miasto lotem błyskawicy. Czy to dlatego, że kontrole były na początku przeprowadzane z wywołującym grozę zacięciem, czy dlatego, że Żydzi instynktownie wyczuli zagrożenie, dość, że w ich domach zapanował chaos.

W wojennym czasie doktorzy okazali się ulepieni z tej samej gliny, co zwykli śmiertelnicy. Wiedzieli, że mają kiszki i że muszą je napchać, toteż wkrótce po objęciu stanowisk, bez deliberowania, nakreślili plan swoich „działań”.

(…)

Wieczorem w przededniu kontroli sanitarnej przedstawiciele komitetu domowego chodzili od sąsiada do sąsiada i sami sprawdzali stan czystości, dawali potem wskazówki, co jeszcze i jak wyczyścić. Na koniec informowali, że lekarz zapowiedział surową i bezwzględną inspekcję, więc i nie ma co liczyć na cuda…

A tej nocy odbiegł sen króla[4]

Po wizycie przedstawicieli komitetu domowego żadna gospodyni nie mogła już zmrużyć oka. Natychmiast zawijała rękawy i zabierała się do gruntownego sprzątania. Jeśli w izbie były jakieś dziewczęta, to zaprzęgano je do roboty. Jeśli ich nie było, to gospodyni sama musiała uprzątnąć brudną bieliznę, a tej w czasie wojny w żadnym domu nie brakowało, bo mydło było drogie. Kawałeczek kartkowego mydła, wydawany raz na trzy miesiące, nie wystarczał. Jeśli jeszcze był czas, to szykowano natychmiast balię, by ukończyć pranie przed nadejściem komisji. Jeśli nie, to trzeba było brudną bieliznę ukryć albo wynieść do krewnego w innym domu, często na inną ulicę. Lecz jeśli pech chciał, nazajutrz i tam była niespodziewana parówka. Stamtąd bielizna trafiała do kotła dezynfekcyjnego, z którego rzadko wracała do właściciela w komplecie.

Potem trzeba było zdjąć pościel, oblec nową, przewietrzyć ubrania, omieść ściany z pajęczyn, umyć szyby, wyszorować podłogę i, jeśli został jeszcze czas, samemu się umyć i przebrać, a przede wszystkim umyć włosy.

Człowiek to perfidne zwierzę. Rani swego bliźniego z premedytacją, z rozmysłem, na różne sposoby. Zranić kobietę to odebrać jej włosy… Jak bolesny rozdział piszą kobiece włosy w księdze parówki, zobaczymy później.

Inspekcja

Nazajutrz ludzie wstali o świcie.

Kobiety wystrzegały się jedna drugiej, biedziły się, jak by tu prześcignąć sąsiadki w sztuce czyszczenia. Wścibskie plotkarki miały teraz dobrą okazję, by pójść i pożyczyć garnek, szczotkę albo lekarstwo, a przy tym rzucić okiem, jak sąsiadka to zrobiła, czy naprawdę jest u niej czyściej, czy nie, i jak u Perele może być czyściej?!

(…)

Co chwila otwierają się inne drzwi i ktoś biegnie zobaczyć, czy już idą.

– Lekarz już jest? – wykrzykuje Żydówka z piątego piętra.

– Nie, jeszcze nie – odpowiada się jej z piętra niżej – ale jest już w domu obok, pod dwudziestym dziewiątym.

(…) Wkrótce widać ruchliwego Żydka w białym fartuchu wchodzącego do pierwszej klatki prawej oficyny. Towarzyszy mu komendant OPL[5] – przewodniczący komitetu domowego i jeszcze dwóch, trzech macherów. Napięcie w izbach rośnie. Z niecierpliwością czeka się na wizytę. Tymczasem pojawiają się pierwsze niedobre wieści: szewcowi spod numeru 51 powiedział, że pościel jest zawszona, stębniarzowi przejrzał nawet bieliznę na ciele, u trykotażnika była brudna podłoga.

Z minuty na minutę mnożą się wieści: szesnaście izb już zaznaczonych – muszą być odparowane, dwadzieścia pięć izb, pięćdziesiąt…

Gospodynie, u których jeszcze nie było lekarza, trzęsą się jak w gorączce: Zaraz wejdzie, a co, jeśli i u mnie nie jest dość czysto? Po tym czyszczeniu, froterowaniu, praniu, pucowaniu?

Po użyciu całego mydła, które było w domu, po obleczeniu najlepszej, najczystszej, błyszczącej bielą pościeli? Jeśli tak, już po nas, jak to przetrzymamy?

Ale oto jest doktor. Podnosi kołdrę, dotyka narzuty, poduszek, patrzy, wącha, szuka i znalazł: „Prześcieradła są brudne, ramy okienne zakurzone, bielizna leży wrzucona do szafy, bałagan!” – krzyczy.

Felczer i sanitariusz zapisują człowieka w papierach, zaznaczają. Gospodyni też rozumie, jak wypadła. Nic już nie mówi. Niepokój domu rośnie. Jeszcze godzina, jeszcze pół i wyrok jest już znany: „PA-RÓW-KA!”.

(…) nazajutrz, około piątej rano, rozlega się u bramy nagły, dziki, nerwowy dzwonek.

Stróż, jak to w jego zwyczaju, dopiero co zasnął. Nie słyszy tego ostrego dźwięku. Słyszy go natomiast część sąsiadów, którzy śpią niespokojnie, bo go oczekiwali.

Brama zostaje w końcu otwarta i już słychać rozkazujący ton policjantów. W oknach ukazują się zaspane twarze półnagich mężczyzn i kobiet, rzut oka wystarcza, by dostrzec nieszczęście: Oj, parówka!

Brama jest zamknięta. Handlarze, którzy powinni o tej porze wychodzić na ulice, zbierają się w bramie, mówią głośno, gestykulują i chcą przekonać policjanta, że zaraz wrócą. Skoczą tylko po trochę zieleniny na targ, koszyk marchewki czy cebuli, woreczek kartofli. Ale policjant ich nie rozumie, jest głuchawy… Pojmuje dopiero wtedy, gdy papierek, który wsuwa się mu do ręki, ma wystarczająco wysoki nominał. Wtedy przekazuje władzę stróżowi, ale ten, jak na złość, nie może znaleźć klucza. Kręci się, szuka, marnuje mnóstwo czasu, póki nie staje się jasne, czego tak naprawdę mu brakuje. Wtedy klucz się odnajduje, handlarze mogą wyjść, zostawiając parówkę, łaźnię i wszystkie inne rzeczy na głowie kobiet.

Po zewnętrznej stronie bramy wisi już żółty plakat z napisem w języku niemieckim i polskim: „Dur plamisty”. Wcześnie zbudzeni sąsiedzi z okolicznych domów i przechodnie roznoszą już nowinę jak miasto długie i szerokie: „Na Smoczej 10 parówka, na Wołyńskiej 7 parówka, Lubeckiego 12 parówka”. Ach, Żydkowie złoci, dziś w mieście rzeź! Pół Warszawy ma zamknięte bramy.

Żydzi słuchają i wzdychają:

– Co to będzie, co z tego będzie?

Żydówka z włosami pełnymi pierza, z zaspanymi oczyma opowiada temu, który przyniósł nowinę, że córka jej siostry przeziębiła się w łaźni w tamtym tygodniu, poleżała w łóżku ze dwa, trzy dni, i któż by pomyślał, odeszła wczoraj z tego świata. Do jakiej to ruiny doprowadzają dziś ubrania i pościel, Boże miłościwy!

Lokatorzy sąsiednich domów drżą:

– Kto to wie, czy jutro nie spotka nas to samo nieszczęście?

– Ponoć na Wołyńskiej 7 nie wzięli żadnych chorych, w ogóle żadnego kocza nie było.

– No proszę, słyszycie, bo to o to chodzi, że jak lekarze chcą pieniędzy, wiesza się kartkę: dur plamisty…

Po wszystkich klatkach i schodach odciętych od świata domów biegają policjanci, pukają w każde drzwi i zapowiadają, że około ósmej wszyscy mają się znaleźć na podwórku gotowi do odmarszu do łaźni. W izbie na czas dezynfekcji może pozostać tylko jedna osoba.

Wszędzie zagadują policjanta, ale ten nie z każdym chce mówić, rozmawia tylko tam, gdzie widzi, że warto… Wtedy zamyka się drzwi i… no, to nic takiego, to tak po prostu…

– Gdzie jest ten policjant?

– U rzeźnika, nie, u piekarza.

– Ach, to już dobrze…

Piekarz i rzeźnik siedzą potem, w czasie największej obławy, kiedy gna się do łaźni, i wyglądają sobie z okien. (…)

Stróż dostaje teraz grube banknoty i ostrożnie wypuszcza na zewnątrz. Nie wszyscy jednak mogą tyle zapłacić. Cóż, nie mogą, pójdą więc do łaźni…

Nagle policjanci obstawiają wejścia do klatek. Na każdym piętrze funkcjonariusz. Na dole, u wyjścia też. Policjant odprowadza wzrokiem schodzących na podwórze, śledzi, czy staną w szeregu tych, którzy pójdą do łaźni.

Policjanci ryją na strychach, przeszukują komórki, szukają nawet w szafach, sprawdzając, czy nikt się tam nie schował. A jeśli złapią tam kogoś, to biada mu, krzyczy w niebogłosy.

Na podwórzu stoją już dwie długie kolejki: mężczyźni i kobiety z dziećmi. Kobiety żalą się sobie, wzdychają, oglądają jedna drugiej głowy i starają się odgadnąć, czy grozi im jakieś niebezpieczeństwo z powodu włosów, czy też nie.

Tłum stoi jak na rozżarzonych węglach i nic. Uciec nie ma dokąd, ukryć się też nie można. Wszystkie wyjścia obstawione. Spróbują później, w czasie drogi, jeśli się da.

(…)

Rzeczy do ognia

Niebawem zaczynają szprycerzy wywlekać na podwórze pierwsze szafki, kozetki, księgi, a nawet obuwie, rzucają to wszystko na kupę i podpalają. (…) Kiedy pierwsza partia w strasznej zgryzocie idzie do łaźni, w domu odbywa się „czyszczenie”. Wprawdzie lekarz nakazał zapisać, jakiego rodzaju środki mają być zaaplikowane w poszczególnych mieszkaniach, ale po jego odejściu rządzą szprycerzy: mieszają wszystko i wydają swój werdykt. I tak w izbie, w której pościel lśni białością, w której gospodyni zachowała do kontroli najlepsze powleczenie, jakie posiadała, szprycerzy nakazują pakowanie do ostatniej poduszeczki i przygotowanie wszystkiego do parówki. Na uwagę, że nawet ślepy spostrzegłby, że pościel jest czysta, szprycerka o złym oku ma zawsze gotową odpowiedź: tak, poszewki są czyste, ale pióra pełne kurzu…

– Widzi pani – mocno wali ręką w posłanie – widzi pani, jaki kurz się tutaj zebrał? Gospodyni mieszkania stoi i patrzy na to z bólem serca. Byłaby gotowa dać kilka złotych, chociaż ich nie ma, aby tylko uratować te powłoki, tę pościel, do której przywykło się od wesela, jak do żywej rzeczy, ale szprycerka nie chce o tym słyszeć. Szprycerzy nie biorą pieniędzy… to znaczy, biorą, ale co z tego, jak tylko wysokie nominały.

Dziesiątak to dla nich żaden pieniądz, ale pięćdziesiątki, setki…

(…)

– Co? Nie masz żadnej brudnej bielizny? Zaraz zobaczymy. Może schowana… Nie leni się, razem z gojskimi szprycerami zabiera się do plądrowania, szukania, przewracania wszystkiego do góry nogami. Jeśli niczego nie znajdą w izbie, to nie mając wyboru, straszą, że jeszcze znajdą, że jeszcze się dowiedzą, dokąd wyniosła brudy, a wtedy – strzeż się, gosposiu.

Po wyniesieniu z izby wszystkich ubrań, czystej i brudnej bielizny oraz pościeli należy czekać na szprycerów z wiadrami.

Leją…

Musieć – muszą ogólnie nie więcej niż obmyć podłogę, trochę ściany karbolem czy lizolem, ale szprycerzy to tylko ludzie. Lubią kieliszeczek, lubią łapówkę… i nienawidzą Żyda. Bo niczego innego tak szybko i tak dobrze polski cham, przeciętny szajgec, nie pojął, jak tej nauki Niemców, że wobec Żyda nie ma czego się wstydzić, że nie istnieją żadne przeszkody, prawa i względy, przeciwnie – im okrutniej, obrzydliwiej i podlej się go potraktuje, tym sprawiedliwiej. Nawet jeśli się już od Żyda wzięło łapówkę, gniewa fakt, że poszło tak gładko, więc podsyła się innych szprycerów, niech mu każdy da popalić…

(…)

Zimowy dzień chyli się ku końcowi. Zapada noc. W domu robi się coraz ciszej. Wszyscy mieszkańcy, w każdym razie ci, którym nie udało się wykupić za duże pieniądze, są w łaźni. Został tylko komendant i kilku innych działaczy komitetu domowego, może też słaba położnica albo głucha, chora staruszka. Ale to nie szkodzi, weźmie się też tę położnicę ze staruszką, weźmie się też kaleki. Jutro przyjedzie po nich specjalny wóz i żywych czy martwych ich tam zawiezie. Taki jest ten fach. Patrzcie, słuchajcie i uczcie się… Im parówka surowsza, okrutniejsza, tym owocniejsza, tym więcej przynosi zysku.

W łaźni

(…) Wolnym, niechętnym krokiem podchodzą do drzwi. Tam stoją już długie rzędy przybyłych wcześniej. Wejście jest jak oblepione muchami. Jeden leży na drugim, pcha się, każdy chce jak najszybciej być w środku. I kiedy wreszcie nadchodzi ten moment, kiedy jedna partia opuszcza łaźnię, a druga ma zająć jej miejsce, napór staje się tak straszny, że jeden miażdży drugiego. Co rusz daje się słyszeć rozpaczliwy pisk stojącego w środku chłopca, który nie wytrzymuje ścisku. Ludzie przeklinają, rzucają wyzwiska: „…taka twoja mać, patrzcie go, kto to on nie jest”. Kiedy ci silniejsi, którym udało się dopchać do wejścia, stoją już pewną nogą na progu, drzwi się nagle otwierają i chłopak łaziebny ściąga kapelusze pierwszym w kolejce, rzuca je gdzieś daleko w błoto. To nie pomaga. Bierze więc miotłę i wali po głowach, po twarzach, gdzie popadnie.

Ci, którzy stoją już u progu, muszą opuścić swoje miejsca. Kto będzie pierwszy, to zależy od łaziebnego. Mrugnie się do niego, a on rozumie już, o co chodzi. Za pieniądze można i tu być pierwszym. Za pieniądze ten doktor, ten felczer, ten czort wie kto, nie za dokładnie będzie przeglądał włosy, nie każe ostrzyc jak owcę, nawet ubraniu odpuści parówkę. Pieniądze, pieniądze. W czasie wojny mogą znaczyć wszystko albo nic, są jak wstrętny nietoperz, który fruwa przez cały dzień nad głową i czatuje, żeby wgryźć się w szpik.

Łaziebny odlicza trzydzieścioro, czterdzieścioro ludzi i stop. „Więcej wejść nie może” – mówi. Tłum się kręci i rozgląda. Stoją setki ludzi, a z każdą godziną przybywają do łaźni nowi. Jeśli wpuszcza się do kąpieli po trzydzieścioro, czterdzieścioro ludzi, to, wydaje się, postać w kolejce można i kilka dni. Na szczęście jest w łaźni tylne wejście, no i Żydzi, którzy mieli co wziąć do kieszeni… To oni wpłynęli na to, że do jednej kąpieli bierze się pięciokrotnie więcej osób, niż wcześniej przewidywano.

Ci, którzy przekroczyli próg pierwszych drzwi, nie są jeszcze w kąpieli. Stoją dopiero w przedsionku. Tam znów oblegają wejście prowadzące już prosto do łaźni. Jeden lepi się do drugiego, poci się, paruje, ciężko oddycha, zdławiony przepychaniną i ściskiem.

Godziny płyną. Wyszli z domu o ósmej rano, ale teraz jest trzecia, czwarta po południu, a ciągle stoją pod drzwiami. W końcu wpychają się do środka, ale natykają się tam na spory tłumek, który wszedł tylnymi drzwiami, przez okna, przez szpary i dziury. Ławki już zajęte, nie ma nawet gdzie usiąść, rozebrać się. Posługacze łaziebni poganiają, żeby się czym prędzej rozebrać i powiązać ubrania do dezynfekcji. Oczywiście, to nie pomaga. Jeden siada na drugim, miesza ubrania i wdycha pot cudzych ciał. I oto stoją nadzy, zapakowali ubrania, czekają. Ale ubrań do parowania jeszcze nie zabierają, bo najpierw trzeba się dać ogolić.

(…)

Zrozpaczony tłum podchodzi do golarza. Młodzież, dandysi o czarnych błyszczących grzywach pierwsi padają ofiarą. Golarz wsuwa w te delikatne włosy swoją ciężką maszynkę i ot, ot – ukazuje się wśród nich pierwsze popielate pole. Aby uczynić zadość wymogom swojej profesji, golarz, jak wytrawny znawca, najpierw rzuca okiem na czuprynę, a potem wydaje wyrok: „piękna twarz, ale brzydkie serce… tu jest dużo gnid” – mówi. Przepadło, z gnidami naprawdę trudno jest walczyć i młodzieniaszkowie pochylają głowy. Następnie goli włosy z innych części ciała. Bez ceregieli, nie udaje delikatnego, maszynka szczypie i rwie. Golony podskakuje, piszczy i hajda! Już na jego miejscu stoi inny.

(…)

Na dworze już od dawna jest ciemno i śnieżno. Kto miał rozum i wziął ze sobą kawałek chleba, jest szczęśliwy. Niektórzy przez okno dostali od matek (dały specjalną łapówkę) kawałek chleba, bajgel albo placuszek. Ale większość chodzi naga po betonowej podłodze i ziewa z głodu. Dychawiczni nie przestają kaszleć i spluwać. Ich słabe, mdlejące ciała uginają się pod własnym ciężarem. Tłum znów ustawia się w kolejce przy drzwiach. Oczekuje ich tam „lekarz” z czarnymi, sztywnymi wąsami. Każdemu ogolonemu ogląda głowę, pachy i miejsca intymne. Jeśli nie ma żadnych uwag, podchodzi się do stolika, przy którym siedzi urzędnik zapisujący nazwiska. Wydaje się, że teraz wykąpani i odparowani powinni otrzymać kartkę z łaźni. Niestety, nie wszyscy podobają się doktorowi, każe wtedy wrócić do golarza na poprawkę.

Po przejrzeniu i zbadaniu całej partii daje się jej rozkaz, by szła dalej, z jednego zimnego korytarza do drugiego. Nagie ciało kurczy się z zimna. Nikt już nie wierzy w powrót zdrowym z tej kąpieli. Znów cztery, pięć zimnych korytarzy i wreszcie wchodzi się do sali, w której znajdują się prysznice. Rychło okazuje się jednak, że brakuje węgla, nie ma ciepłej wody, umyć się będzie można dopiero za dwie godziny.

– Nic to – mówi ktoś. – Nawet gdybyście byli wykąpani, i tak musielibyście czekać na ubrania z parówki.

(…)

Zegar wybił już dwunastą. Drży się z zimna i ziewa z głodu. Z drugiej, sąsiedniej sali, w której znajdują się kobiety, dobiegają ciągle histeryczne płacze, krzyki i spazmy. Nie ma tam, rozumie się, łaziebnego; jest łaziebna-gojka. Ta zna swój fach nie gorzej od niego. Zabiera się do swoich obowiązków ze szczególną kobiecą Schadenfreude, płynącą z tego, że te powabne Żydówki będą miały zaraz łyse głowy…

Gojka przeprowadzająca kontrolę ma nieograniczoną władzę – jej słowo jest wyrokiem. Kiedy mówi, że włosy są brudne, to trudno, przepadło, trzeba ciąć. Raz mówi tak gospodyni-matce dzieciom, raz panience. Kiedy próbuje się dać jej w łapę, niby to rozsierdza się i gotowa jest za to posłać do więzienia. Przecież wie, kiedy brać pieniądze, a kiedy powinna się poczuć obrażona podobną propozycją… Często wystarcza rzut oka na pacjentkę, jej ubranie, jedwabną bieliznę, i łaziebna już wie, co ma robić, jak ją traktować i jaką cenę wyznaczyć.

Spazmy młodziutkiej dziewczyny w tę zimną, śnieżną noc budzą lęk. Wypłakuje stary ból, nie tylko ten po stracie pięknych włosów, które padają jak kłosy pod ostrzem, ale i ból tysięcy niewinnych, wiedzionych na rzeź przy wtórze bezczelnego rechotu oprawców.

Mężczyzn w drugiej sali ogarnia przerażenie. Czy to przypadkiem nie mojej żonie obcina się włosy, czy to nie mojej córce?

Poczekajcie. Drzwi się otwierają, wbiega roztrzęsiony nagi, wychudzony dziesięcioletni chłopak. Ojciec biegnie do niego:

– Zelik, co się stało, czemu płaczesz?

– Mama, mama – łka i nie może wymówić nawet słowa.

– Co się stało mamie? – pyta ojciec jeszcze bardziej wystraszony.

– Obcięli mamie włosy…

Chłopak był niespokojny. Jakimś sposobem udało mu się przedostać pod drzwi kobiecej łaźni i tak się dowiedział, co się stało z matką. Ojciec, czterdziestoletni mężczyzna, zadumał się. Wyobraził sobie swoją żonę o delikatnych blond włosach obdartą teraz z tej ozdoby, stojącą z ogoloną głową. Oto jak teraz wygląda – zadrżały mu powieki. Jest głodny, wyziębiony, zmęczony przepędzaniem z jednego miejsca na drugie. Jest już pierwsza, druga w nocy, a nie wypuszczają. Dlaczego? Co to za rodzaj kary? Kto wymyślił te tortury? Rozebrał do naga, ostemplował głowy jak u złoczyńców…

Uczucie przygnębienia ogarnęło Żyda, wezbrały w nim rozpacz i obrzydzenie do wszystkich i do siebie samego: tfu, jakim robaczywym stworzeniem jest człowiek!…

(…)

Tłumaczyła z języka żydowskiego Monika Polit.

Reportaż ukończony prawdopodobnie w grudniu 1941 r.

 

Skróty i śródtytuły na potrzeby publikacji w internecie pochodzą od redakcji.

 

Zobacz cały reportaż w Centralnej Bibliotece Judaistycznej

Przeczytaj więcej o Perecu Opoczyńskim

Archiwum Ringelbluma — Podziemne Archiwum Getta Warszawy

 

Źródło: Archiwum Ringelbluma, t. 31, Pisma Pereca Opoczyńskiego, tłum. Daria Boniecka-Stępień i in., opracowała Monika Polit, Wydawnictwo UW/Wydawnictwo ŻIH, Warszawa 2017, s. 363–377.

Przypisy:

[1] Monika Polit, Wstęp, w: Archiwum Ringelbluma, t. 31, Pisma Pereca Opoczyńskiego, tłum. Daria Boniecka-Stępień i in., opracowała Monika Polit, Wydawnictwo UW/Wydawnictwo ŻIH, Warszawa 2017, s. XXVII.
[2] Tytuł reportażu brzmi w oryginale Megiles parówke. Megile (żyd.; hebr. megila) dosłownie oznacza pergaminowy lub papierowy zwój. Megilami nazywa się też pięć ksiąg wchodzących w skład Tanachu (Biblii Hebrajskiej): Pieśń nad Pieśniami, Księgę Rut, Lamentacje, Księgę Koheleta, Księgę Estery (żyd. Megiles Ester). Do wątków obecnych w ostatniej z nich, opowiadającej o planowanym przez wezyra Hamana wyniszczeniu Żydów w Persji w V w. p.n.e., aluzyjnie nawiązuje autor reportażu.
[3] Mowa o niemieckiej okupacji Warszawy w okresie I wojny światowej, w latach 1915–1918.
[4] Est 6, 1.
[5] Chodzi prawdopodobnie o Ligę Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej. Była to masowa polska organizacja paramilitarna powołana w 1928 r., promująca lotnictwo sportowe, komunikacyjne i wojskowe, w tym również baloniarstwo.






Żydowski Instytut Historyczny