Rocznica śmierci Ireny Sendlerowej. Jak przebiegało ratowanie dzieci z warszawskiego getta?

11.05.2020
Autor: Żydowski Instytut Historyczny
12 lat temu, 12 maja 2008 r., w wieku 98 lat zmarła Irena Sendlerowa, jedna z najbardziej znanych polskich Sprawiedliwych Wśród Narodów świata. Pielęgniarka i członkini Rady Pomocy Żydom, uratowała z warszawskiego getta kilkaset żydowskich dzieci.
wide_sendler1.jpg

 

Jak przebiegało ratowanie dzieci żydowskich z getta warszawskiego? Oddajmy głos samej Irenie Sendlerowej, która tak wspominała działania Rady Pomocy Żydom „Żegota” w „Biuletynie Żydowskiego Instytutu Historycznego”:

„Getto płonęło!

Głos dzwonów z kościoła po «stronie aryjskiej» mieszał się z hukiem wystrzałów z dzielnicy żydowskiej. Jedne i drugie szły wysoko ku niebu, z tą tylko różnicą, że te z kościołów głosiły od wieków święto radości i Zmartwychwstania Pańskiego, a tamte z broczącego krwią getta pokazywały światu, że chociaż Bóg i ten chrześcijański i ten żydowski oraz ludzie opuścili ich, ale oni nie ugną się, będą się bić do ostatnich swych sił, do ostatniego naboju, będą się bić już nie o życie ani o wolność, ale o zhańbioną i podeptaną godność Człowieka.

(…) Pomoc nasza szła w kilku kierunkach. Przede wszystkim trzeba było wyznaczyć kilka mieszkań, które zostały przekształcone w doraźne punkty udzielania pomocy dzieciom.

Mieszkania te stały się właściwie małymi «Pogotowiami Opiekuńczo-Rozdzielczymi», w których przyprowadzane dzieci były nie tylko otaczane opieką, ale i przygotowywane do jakiejś wstępnej restytucji do życia po wszystkich swoich przeżyciach kilkuletniego pobytu za murami oraz szokujących wstrząsów z okresu powstania.

(…) Trzeba tu wymienić nazwiska takie, jak Grabowska Janina (nauczycielka zamieszkała na Woli, przy ul. Ludwiki 1), Piotrowska Jadwiga z siostrą i całym domem rodziców – państwa Ponikiewskich – przy Lekarskiej 9), Zofię Wędrychowską i Stanisława Papuzińskiego z Ochoty (mimo że mieli własne dzieci, zawsze służyli swoim domem). Izabelę Kuczkowską (pracownik Opieki Społecznej) i jej kochaną, odważną i zawsze niezawodną matkę, p. Trzaskalską Kazimierę (zamieszkałą na Gocławku), Irenę Schultz (dziennikarka, zamieszkała przy ul. Ossolińskich 6), Wandę Drozdowską-Rogowiczową (pracownik Opieki Społecznej, zamieszkała na Sadybie), panią S. Bussoldową (położna, zamieszkała na Pradze przy ul. Kałuszyńskiej 8; poza punktem opiekuńczym dla dzieci, udzielała kilkakrotnie w swoim domu bezpłatnie pomocy przy porodach kobietom – Żydówkom), Marię Kukulską (zamieszkałą na Pradze, przy ul. Markowskiej 15) oraz mój skromny dom na Woli, przy ul. Ludwiki 6 (…)”

Sendlerowa opisuje warunki ratowania dzieci:

„Zachodziły wypadki, że dzieci te przyzwyczajone do ciemności ostro reagowały na światło dzienne. Niejednokrotnie zapadały na różne zapalenia oczu, tak że nawet trzeba było sprowadzać lekarza okulistę w celu zapobieżenia jakimś poważniejszym komplikacjom wzroku (…) Zachodziły wypadki koniecznego umieszczenia w szpitalu. Pomocą wielką w tych sprawach była bądź wspomniana grupa lekarzy, bądź niezastąpiona w tego rodzaju sprawach dzięki swoim licznym kontaktom konspiracyjnym i dużej inicjatywie, pielęgniarka Helena Szeszko («Sonia»)”.

„Żegota” brała pod opiekę dzieci, które wyszły z getta kanałami. Bardzo ważnym etapem w zapewnieniu im bezpieczeństwa było sfałszowanie dokumentów, dających żydowskiemu dziecku nową tożsamość. Sendlerowa relacjonuje historię Ireny Schultz, jednej z Polek, która z narażeniem życia zaangażowała się w ratowanie dzieci:

„Odebrała ona bezpośrednio «z włazu» malutką dziewczynkę, przy której była jedynie kartka z wiekiem dziecka. Dziecko było w stanie takiego wyniszczenia fizycznego, że trzeba je było oddać do Domu Boduena [dom dziecka przy ul. Nowogrodzkiej 75 – red.], bo żadna prywatna rodzina nie mogła zabezpieczyć odpowiednich warunków wyprowadzenia dziewczynki z katastrofalnego stanu zaniedbania.

Irena przygotowała, tzn. całkowicie sfałszowała, odpowiedni wywiad, jak to się zawsze w takich wypadkach robiło. Była obszerna opowieść o znalezieniu dziecka na klatce schodowej i o konieczności oddania do Zakładu. Zaniosła dziecko do komisariatu i pokazała swój wywiad. Dopilnowała umieszczenia małej w Domu Boduena. Tam cały personel «stanął na nogi», aby uratować dziecko od śmierci. Lekarka, która włożyła najwięcej serca, wiedzy i pracy w ratowanie dziewczynki, postanowiła odszukać… wyrodną matkę.

Po «nitce do kłębka» natrafiono na ślad Ireny. Zabrał ją granatowy policjant, grożąc oczywiście Niemcami. Nikt nie podejrzewał, że to jest dziecko żydowskie, bo mała była niebieskooką blondynką. Posądzono, że to jakaś matka-potwór lub dalsza rodzina doprowadziła dziecko do ostatecznego wyniszczenia. W komisariacie zarzucono Irenę miażdżącymi pytaniami.

Dopiero po kilku godzinach udało się jej wyjść, ale tylko pod tym warunkiem, że dostarczy nowe dowody, czyje to jest dziecko. W przeciwnym razie zostanie zaaresztowana.

W późnych godzinach wieczornych dostałam od Ireny rozpaczliwą wiadomość o zaistniałym stanie rzeczy. Prawdy powiedzieć nie można było ani lekarce z Domu Boduena, a tym bardziej granatowemu policjantowi.

I Irena, która bohatersko «z włazów» wyciągnęła nie jedno dziecko w swej konspiracyjnej karierze, prawdopodobnie poszłaby siedzieć za znęcanie się nad małym dzieckiem, gdyby nie przypadek. Przed terminem, wyznaczonym jej przez komisariat dla dostarczenia dodatkowych dowodów, zgłosiła się do mnie jedna z naszych łączniczek z wiadomością, że w Domu Boduena jest grupa lekarzy i pielęgniarek, do których można mieć pełne zaufanie. Wiadomość ta była nie tylko cenna dla naszej akcji, ale przyniosła coś w rodzaju «wybawienia» dla naszej Ireny.

Od razu poszły w ruch różne kontakty, przez które wytłumaczono dociekliwej i nadgorliwej w swej pracy zawodowej lekarce, aby przestała się interesować życiorysem dziewczynki. Oficjalnie zawiadomiono komisariat, że Zakładowi samemu udało się odszukać matkę i wobec tego proszę o zaprzestanie dalszego dochodzenia. Irena była zwolniona od zarzutu… znęcania się na dzieckiem.

Tej nocy nasza Irena spokojnie spała. Uczucie lęku, towarzyszące bez przerwy wszystkim ludziom podziemia, zostało zastąpione szczęściem, że dziecko jest uratowane, a ją przestano podejrzewać, że się nad nim pastwiła”.

Ta historia zakończyła się dobrze, ale wszyscy zaangażowani w pomoc Żydom znajdowali się w nieustannym niebezpieczeństwie. W październiku 1943 r. sama Sendlerowa trafiła na Pawiak, skąd została wypuszczona tylko dzięki wysokiej łapówce od „Żegoty”. 

Oswobodzone z getta dzieci trafiały przeważnie do różnych zakonów katolickich jako polskie sieroty. Na tym etapie, dla bezpieczeństwa, otrzymywały fałszywą tożsamość:

„Dzieciom zmieniano imiona, nazwiska; życiorysy ich podawały jakieś wymyślone historie dramatyczne, które całkowicie zmieniały ich sytuację, zapewniając maksimum, jak na owe czasy, bezpieczeństwa. Nadzwyczaj ofiarną i b. aktywną była w tych sprawach p. Jadwiga Piotrowska – «prawa ręka» p. [Jana] Dobraczyńskiego w Wydziale Opieki [«Żegoty»]”.

Oprócz dzieci, ratowano też młodzież i dorosłych. Osoby zdolne do pracy musiały mieć „aryjski” dokument, kartę pracy, która umożliwiała poruszanie się po Warszawie.

„Sprawą jednak najważniejszą było znalezienie «locum». Można by tu opisywać wiele cierniowych dróg każdej łączniczki, zanim zdołała wynaleźć odpowiednie miejsce. Bez przesady można powiedzieć, że każdy poszczególny człowiek, który się uratował, ma za sobą dzieje, które mogłyby być tematem grubej książki.

Po całkowitym zewidencjonowaniu – wg najostrzejszych niemieckich przepisów – i wynalezieniu odpowiedniego locum nasz podopieczny był «urządzony». Otrzymywał swój pseudonim w kartotece, którą trzeba było prowadzić dla celów czystko praktycznych. Jeden raz w miesiącu bowiem rozprowadzało się pieniądze z RPŻ i łączniczki musiały wiedzieć, komu i gdzie pieniądze dostarczyć. Nasz podopieczny otrzymywał też stałą łączniczkę – opiekunkę, do której zadań należało kontaktowanie się i załatwianie jego różnych spraw”.

Młode kobiety trafiały do domów zaufanych ludzi, u których pracowały jako służące lub opiekunki do dzieci.

„Uprzednio zaopatrywaliśmy je nie tylko w «lewe», ale jednocześnie jak najbardziej «prawe» dokumenty. Uzbrajałyśmy je w wiedzę z dziedziny «Dziesięciorga przykazań», pacierza, wyposażałyśmy je w książeczki do nabożeństwa oraz medaliki.

I tu zdarzały się wypadki, które mimo tragizmu ówczesnej sytuacji wywoływały czasem uśmiech na twarzy. Jedną z naszych ówczesnych podopiecznych «obkutą» nie tylko w zasady dobrego gotowania, ale i we wszelką dostępną wiedzę z Nowego Testamentu i wszelkich «grzechów głównych» oraz z przykazaniami, aby często chodziła do kościoła, oddaliśmy – jak się wówczas mówiło – «na służbę» do domu granatowego policjanta w Otwocku.

Nabyte bowiem doświadczenia nauczyły nas, że tego rodzaju posady były najbezpieczniejszymi miejscami pracy.

Nasza M. (dziś ceniony pracownik naukowy), blondynka, o typie «pełnej krwi» Aryjki, była poza zasięgiem jakichkolwiek podejrzeń. Bardzo sumienna, dobrze wywiązywała się ze swych obowiązków kulinarnych. Po pewnym czasie – przez znajomych zasięgnęliśmy jednak wiadomość od jej chlebodawczyni w obawie, czy nie domyśla się czasem czegoś i czy naszej «gosposi» nie grozi nic złego.

Odpowiedź otrzymaliśmy wręcz rewelacyjną: «Dobra jest ta nasza nowa dziewczyna, gotuje nieźle, nie kradnie, za chłopakami nie lata, ale ma jedną wadę – za dużo chodzi do kościoła».

Pani policjantowej to się nie podobało, bo okazało się, że rodzina jej wywodziła się z sekty «świadków Jehowy» i zapał jej służącej do modlitw akurat jej nie odpowiadał.

I cóż? trzeba było jak najprędzej «naszej gosposi» odwrotną pocztą przekazać te uwagi z odpowiednimi radami na przyszłość”.

 

Irena Sendlerowa otrzymała tytuł Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata w 1965 r. Irenie Schultz przyznano ten tytuł w 1969 r., Jadwidze Piotrowskiej w 1987 r., a Janowi Dobraczyńskiemu w 1993 r.

 

Źródło: Irena Sendlerowa, Ci, którzy pomagali Żydom, [w:] „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego”, nr 45–46 (styczeń-czerwiec), 1963, s. 234–247.

 





Żydowski Instytut Historyczny