83. rocznica powstania w getcie warszawskim

Autor: prof. dr hab. Andrzej Żbikowski
W związku z 83. rocznicą powstania w getcie warszawskim zachęcamy Państwa do lektury artykułu prof. dr. hab. Andrzeja Żbikowskiego o tym wydarzeniu, dostępnym w „Encyklopedii getta warszawskiego".
DZIH F 3176_1.jpg

Powstanie w getcie warszawskim

W przededniu powstania większość jego mieszkańców, ok. 35 tys. osób, stanowili pracownicy niemieckich zakładów pracujących na rzecz woj­ska (szopów) i członkowie ich rodzin, oszczędzeni we wcześniejszych deportacjach, ściśle odizolowani i nadal łudzeni szansą na przeżycie. Szopy ulokowano w różnych, odseparowanych od siebie częściach dawnego getta – zarówno filia szopu Többensa przy ul. Prostej (dawne „małe getto”), jak i szop szczotkarzy liczyły po ok. 3–4 tys. pracowników, główna koncentracja szopów na północ od ul. Leszno – do 20 tys. Kilka tysięcy osób mieszkało w blokach przy ul. Niskiej, byli to pracownicy Werterfassung (zakładu porządkującego getto, kierowanego przez Franza Konrada) i ich rodziny.

Nie dowierzając jednak okupantowi, zarówno pracownicy szopów, jak i pozostali mieszkańcy w większości decydowali się na jedyne możli­we rozwiązanie, czyli ukrycie się na terenie getta, gdyż pobyt po stronie „aryjskiej” był niezmiernie kosztowny i bardzo ryzykowny. Powszechnie przygotowywali od jesieni 1942 r. kryjówki na poddaszach i w piwnicach, licząc, że w nich przetrwają niemieckie akcje. Jednym z powodów przy­spieszenia budowy kryjówek było zauważalne nasilenie terroru. Przed zastrzeleniem nie chroniło już nawet najlepsze zaświadczenie. W rapor­cie o likwidacji getta dowódca niemieckiej policji i SS Jürgen Stroop od­notował, że do 16 maja jego oddziały łącznie wykryły i zniszczyły 631 bun­krów i innych kryjówek, w których ukrywali się Żydzi. Wyłapywanych Żydów prowadzono na Umschlagplatz bądź zabijano na miejscu. Zginęło w ten sposób 15 tys. osób, a ponad 35 tys. wysłano do obozów pracy na Lubelszczyźnie (Stroop 2009).

Wyjątkowość wydarzenia, jakim był czterodniowy zbrojny opór w getcie, leży nie w wymiarze zbrojnym starcia, takich w latach II wojny światowej było wiele, lecz w bezprecedensowym doświadczeniu tysięcy jego ofiar, w sposób bezwzględny zabijanych i palonych żywcem.

Odnośnie do powstania w getcie posiadamy również pewien kor­pus wspomnieniowy, jest on niestety bardzo fragmentaryczny. Niektóre wspomnienia zostały spisane tuż po wojnie, inne wiele dekad później, z wyraźną tendencją heroizacji wydarzeń i uwypuklenia roli ich autorów w ruchu kombatanckim. Poza tym pochodzą one jedynie od członków jednej organizacji zbrojnej – ŻOB, spośród bojowców drugiej – ŻZW – nikt nie doczekał bowiem końca wojny. Sporo jest także konfabulacji, tekstów, których autorzy podszywają się pod polskie oddziały walczące ramię w ramię z bojowcami getta. Konfrontacja obu typów źródeł – wspomnień Żydów i raportu Stroopa – nie daje pewności obiektywnego przedstawie­nia przebiegu wydarzeń.

Walki

19 kwietnia 1943 r., w przeddzień święta Pesach Niemcy w sile 850 żołnie­rzy wkroczyli ponownie do getta. Napotkali zbrojny opór. W teorii plan niemiecki był bardzo wyrafinowany, główne zakłady (szopy krawieckie i futrzarskie Többensa i Schultza oraz pracujący dla Wehrmachtu szop szczotkarzy, Heeresunterkunftsverwaltung) miały być przeniesione na Lubelszczyznę, do Poniatowej i Trawnik, już kilka miesięcy wcześniej po­wstały tam odpowiednie instalacje, a fizyczna zagłada w Treblince miała objąć jedynie tzw. dzikich, którzy w getcie przebywali według Niemców nielegalnie. Mimo obietnic nikt nie wierzył, że okupant dotrzyma słowa.

Dwie żydowskie organizacje bojowe zajęły pozycje wzdłuż głów­nych arterii getta, ulic Nalewki, Zamenhofa, Leszno oraz na dwóch po­wstańczych redutach: na pl. Muranowskim (ŻZW) oraz w szopie szczotka­rzy u zbiegu ulic Świętojerskiej i Wałowej (głównie grupy Bundu). Ludność cywilna od poprzedniego wieczoru ukrywała się w bunkrach. Spełniły się najgorsze przewidywania. Nie było to dla wszystkich całkowite zasko­czenie, gdyż dzień wcześniej, 18 kwietnia, w przeddzień Pesach, w getcie zaczęto mówić o możliwej akcji, coś się działo w budynku Judenratu na Za­menhofa (większość jego członków aresztowano w charakterze zakład­ników), bojowcy z organizacji podziemnej ostrzegali w nocy o nowych siłach ukraińskich otaczających getto.

Dziewiętnastego rano do getta wkroczyła od strony Nalewek nie­miecka kolumna dowodzona przez Ferdynanda von Sammern-Frankenegga. Niemcy byli dobrze uzbrojeni, acz nic nie wskazywało, by liczyli się ze znaczącym żydowskim oporem. Niemieckie oddziały poprzedzała grupa żydowskich policjantów, użytych jako tzw. tarcze ochronne (AŻIH, 302/129; 302/188). Niemniej jednak w mieście od dwóch dni przebywał inny wysoki rangą esesman, SS-Brigadeführer Jürgen Stroop, Sammern musiał więc się domyślać, że w razie niepowodzenia to on przejmie komendę. Niemcy mieli w tym momencie do dyspozycji znacznie większe środki wojskowe niż podczas zeszłorocznej akcji deportacyjnej. Wzięło w niej w sumie udział nie więcej niż 100 esesmanów, teraz do dyspozycji było ponad tysiąc osób z dwóch batalionów szkoleniowych (grenadierów i kawalerii) SS, ok. 300 policjantów niemieckich i tyluż polskich oraz ba­talion strażników z Trawnik. Ich uzbrojenie było adekwatne, a wzmoc­nieniem były przydzielona bateria artylerii przeciwlotniczej, jeden czołg i dwa samochody pancerne. Dokumentacja historyczna pierwszego dnia walk jest niestety bardzo fragmentaryczna, wydaje się jednak, że oddzia­ły niemieckie wkroczyły do getta od strony ulic Nalewki oraz od strony ul. Gęsiej i na wysokości domu przy ul. Nalewki 33. Kolumna – być może połączone oba oddziały – została ostrzelana z broni ręcznej, obrzuco­na granatami i butelkami z benzyną. Było to dzieło grup Zachariasza Artsztajna z Droru i Pawła Bruskina, dowodzącego grupą komunistyczną.

Nieznany z nazwiska członek ŻOB (AŻIH, 230/121) wspominał tuż po wojnie: „[O] 5,35 – gdy pierwsza zwarta kolumna SS wmaszerowała do getta przez ulicę Nalewki – z frontu domu Nr. 33 została zaatako­wana bombami, granatami [kolejna strona słabo czytelna – A.Ż.] i bu­telkami zapalającymi. Oddano kilka strzałów karabinowych. Niemcy szybko zabrali rannych [i] zabitych i się wycofali z getta. Karabin z tego domu oddał kilka strzałów do wachy Nalewki Św[ięto]Jerska i zaobser­wowano 2 trafne wystrzały. Kolumna ta widocznie miała za cel obsa­dzenie ulicy Miłej, którą Niemcy od dłuższego czasu uważali za siedzibę buntu. ok. 7ej znowu na tym samym odcinku została w ten sam sposób rozbita kolumna SS. Dla zabezpieczenia sobie drogi odwrotu kilku butel­kami podpaliliśmy dom narożny Gęsia 24 – Nalewki 37, który był prze­pełniony materiałami łatwopalnymi…”.

Zaskoczyło to Niemców na tyle, że Sammern wydał rozkaz wycofa­nia się poza mury getta. Zapewne ewakuowano się nieco inną trasą – Gę­sią w stronę Zamenhofa i Stawek (na placyku przed budynkiem Judenratu przy ul. Zamenhofa zatrzymał się sztab Sammerna) i w jej trakcie oddzia­ły niemieckie zostały ponownie zaatakowane na rogu ulic Zamenhofa i Miłej. W walkach miał wziąć udział komendant ŻOB Mordechaj Aniele­wicz. Grupami bojowymi ŻOB dowodzili Berl Broide, Lejb Gruzalc i Merdek Growas. Atak musiał zrobić na Niemcach duże wrażenie, gdyż Sammern zdecydował się użyć jedynego posiadanego czołgu (lekki czołg produk­cji czeskiej). Bojowcy podpalili go butelkami z benzyną, ranna została jego załoga. Wspominał ten moment z euforią inny anonimowy świadek: „Szli radośni, pełni beztroski, wyszukiwali kobiety, starców, mężczyzn i dzieci żydowskich. Nagle z okien narożnych domów przy ul. Zamenhofa i Miłej rzucono granaty zapalające. Ci »bohaterowie« przyzwyczajeni do mordowania bezbronnych rozsypali się w panice szukając schronienia w bramach […] po godzinie gestapowcy ściągnęli do getta czołgi wszel­kich typów i tym razem pod ich osłoną ruszyli do ataku. Nikt jednak nie umiał wejść do żadnego domu na ul. Miłej, z których każdy był twierdzą” (AŻIH, 301/471).

Komendę z rąk załamanego Sammerna przejął Stroop i po dwóch godzinach Niemcy znów byli w getcie i to zarówno na Nalewkach (po kil­ku godzinach walki bojowcy ukryli się w bunkrze przy ul. Nalewki 37), jak i drugiej głównej arterii – ul. Zamenhofa. Główne starcie, zażarta wy­miana ognia, rozegrało się na rogu położonej bardziej na północ ul. Mi­łej. Pod budynkiem przy ul. Miłej 29 mieściła się Komenda Główna ŻOB w getcie centralnym, broniona zażarcie do 24 kwietnia. Po jej zniszcze­niu sztab – w albumie Stroopa znajduje się kilka zdjęć dokumentujących ostrzał tego budynku – przeniósł się na ul. Miłą 9, a następnie ul. Miłą 18. Wydaje się, że z powodu silnego oporu – powstańcy bronili się za pomocą granatów i butelek z płynem łatwopalnym – oraz słabej orientacji w te­renie atak niemiecki nie był bardzo intensywny. Dopiero przed godz. 18 sforsowano Nalewki w stronę pl. Muranowskiego, na którym natrafiono na silny opór nieźle uzbrojonego oddziału ŻZW. Dostępu na plac bronił jedyny posiadany przez bojowców karabin maszynowy. Tego dnia 23 nie­mieckich żołnierzy zostało rannych, w tym 15 esesmanów. Poważniejsze straty poniosło ŻZW, zginął m.in. zastępca komendanta Eliahu Halber­stein. Udało się jednak wywiesić na dachu domu na rogu ulic Nalewki 42 i Muranowskiej 21 dwie flagi – polską i żydowską. Oddziały niemieckie wycofały się wieczorem poza getto, po tym jak wycofujący się bojowcy podpalili magazyn materaców na rogu ulic Nalewki i Franciszkańskiej (AŻIH, 301/1750).

W komunikacie „Żegoty” z 23 kwietnia pisano (AŻIH, 230/141; 230/142), że pierwszego dnia walk, jeszcze gdy trwał ostrzał domu na rogu ulic Miłej i Zamenhofa: „Na Nalewkach przy placu Muranowskim rozstawiono stoły, na nich olbrzymie plany sytuacyjne, wykresy, tele­fony polowe. Szereg wyższych oficerów SS obraduje pod ochroną stoją­cych czołgów i samochodów pancernych”. Wspomniany ruchomy sztab Stroop zainstalował przed budynkiem Judenratu na rogu Zamenhofa i Gęsiej.

Walki nie objęły tego dnia rejonu ul. Niskiej i zachodniej części ul. Miłej, gdzie mieszkali pracownicy Werterfassung. Tego dnia najwię­cej ofiar – według Stroopa 580 aresztowanych i 380 zastrzelonych na miejscu – pochodziło z getta centralnego (na zachód od ul. Nalewki), zaskoczonych na ulicy, pozbawionych możliwości ukrycia się w schronie.

W szopach trwała normalna praca, jedynie u szczotkarzy nastąpiła kil­kugodzinna przerwa. Nikt też z bojowców przebywających na tym tere­nie nie zaatakował fabrycznych strażników.

Jesienią 1943 r. ukrywający się po stronie „aryjskiej” jeden z żoł­nierzy ŻZW – Pinia Besztymt „Rudy Paweł” – wspominał pierwszy dzień powstania: „Trwało to do godz. 6-ej rano [19 IV – A.Ż.] – wtedy nastąpiło pierwsze starcie. Na ul. Miłej 29 rzucono kilka granatów i padły pierwsze niemieckie ofiary. Według naszych obliczeń kilkadziesiąt osób. Dom ten Niemcy podpalili, a nasi chłopcy wycofali się. Straż gasiła pożar, ale bar­dziej interesowała się rzeczami, niż gaszeniem pożaru. Po krótkiej prze­rwie ok. 10-ej znów potyczka na Miłej, przy czym w kilku domach zno­wu trupy (liczyć nie mogliśmy, ale sporo). Później Miła 7, Nalewki 42, tu wywiesiliśmy flagę polską i żydowską, zrobioną z kołdry i szczotki, tam też było sporo trupów SS i znowu Nalewki 39. Podpalamy szop Brauera. Plac Muranowski 11–13–15, z okien walimy, zastępca naszego komendanta zabity. Wjeżdżają duże czołgi. Rozpoczyna się szalony ogień z ckm-ów i działek. Opuszczamy teren. […] Ośrodek walki przenosi się do szczot­karni […] 22 kwietnia wycofujemy się na aryjską stronę na skutek rozkazu p. podchorążego, który jest cały czas z nami” (AGFH, 5970).

Drugi dzień powstania zaczął się od walk na pl. Muranowskim. Stroop nakazał usunąć powiewające nad gettem flagi i zająć cały plac. Niemcy wysadzili dziewięć bunkrów, lecz większość mieszkańców zdążyła się wcześniej przedostać podziemnymi przejściami do innych kryjówek. Nie udało się jednak ewakuować pacjentów ze Szpitala Staro­zakonnych na Czystem. Cały teren odcięto od sieci elektrycznej.

Wczesnym popołudniem doszło do wysadzenia miny w bramie szopu szczotkarzy, była to odpowiedź na niemieckie wezwanie, by ro­botnicy szopu dobrowolnie zgłosili się na Umschlagplatz. Mieli stamtąd pojechać do obozu pracy w Poniatowej. Na wezwanie Többensa zgłosiło się tego dnia na wyjazd jedynie 28 osób. W odwecie Stroop zarządził spalenie całego kwartału, użyto artylerii (dwóch artylerzystów zginęło), nie licząc się ze stratami w sprzęcie i surowcach. Większość bojowców, dowodzonych przez Marka Edelmana, przedarła się do getta centralnego. Od tej pory ich komenda mieściła się w bunkrze przy ul. Franciszkań­skiej 30. W czasie walki zginął inżynier Michał Klepfisz, miesiąc później pośmiertnie odznaczony przez gen. Władysława Sikorskiego krzyżem Virtuti Militari. Tak to wspominał jeden z jego towarzyszy: „Zaszli nam drogę od Wałowej 6. Oddałem 2 strzały karabinowe. Jednego zabi­łem, drugi niemiec strzelał seriami z pistoletu. Z 4-ch kolegów, którzy ze mną wskoczyli na pozycję jeden został zabity (M.K. inż. Politechniki W[arszaw]skiej. Nasz pirotechnik producent bomb, granatów i butelek). Nieostrożnie wszedł w pole obstrzału. Ja zostałem lekko ranny w twarz prawdopodobnie odpryskiem blachy z dachu…” (AŻIH, 230/121).

Po południu kolumnę oddziałów niemieckich maszerujących ul. Leszno wzdłuż szopu Többensa grupa ŻOB dowodzona przez Eliezera Gellera obrzuciła granatami i butelkami z benzyną. Po raz kolejny podpa­lono niemiecki czołg. Wieczorem doszło również do pierwszej antynie­mieckiej dywersji ze strony polskiego podziemia. Na ul. Bonifraterskiej (między Świętojerską i Franciszkańską) oddział dywersji dowodzony przez kapitana Józefa Pszennego próbował wysadzić mur getta, by umoż­liwić powstańcom ucieczkę. Niestety bomba wybuchła na środku jezdni i mur ocalał, zginęło natomiast kilku polskich bojowców. Zginął również jeden polski policjant granatowy, a rannych zostało dwóch Niemców.

We wtorek trzeciego dnia powstania cały dzień walczono o redutę powstańczą przy pl. Muranowskim. Niemcom udało się wprawdzie ze­rwać wywieszone na dachu flagi, jednak w trakcie ataku został ranny porucznik SS Dehmke. Zmarł następnego dnia.

Dzień później, 22 kwietnia, Stroop rozpoczął systematyczne pale­nie getta, ulica po ulicy, by zmusić ukrywających się Żydów do opusz­czenia bunkrów. W meldunku zanotował następnego dnia: „23.4.1943 Reichsführer SS za pośrednictwem wyższego dowódcy SS i policji wschód w Krakowie wydał rozkaz przeszukania z największą bezwzględnością i nieubłaganą surowością getta warszawskiego. Dlatego też zdecydowa­łem się teraz na całkowite zniszczenie żydowskiej dzielnicy mieszkanio­wej przez spalenie wszystkich bloków mieszkalnych, łącznie z blokami przy zakładach zbrojeniowych” (Stroop 2009, s. 38).

Ku jego zaskoczeniu okazało się, że istniał cały system podziem­nych kryjówek, doskonale wyposażonych, mających połączenia kana­łami kanalizacyjnymi nie tylko w obrębie getta, ale i ze stroną „aryjską”. Tylko na terenie szopu szczotkarzy istniało ich kilkanaście. Większość wykryto i zniszczono w ciągu pierwszego tygodnia powstania.

Niemcom zależało na przeniesieniu szopów, ich urządzeń i pracow­ników do obozów pracy w Poniatowej i Trawnikach. Z tą opinią musiał się również liczyć Stroop. Do połowy marca właścicielom dwóch naj­większych szopów, Walterowi Casparowi Többensowi i Fritzowi Emilowi Schultzowi, udało się wysłać na Lubelszczyznę tylko około tysiąca osób. Reszta nie stawiła się na wezwanie. Naciski ze strony SS były jednak na tyle duże, że wspomniany Többens – po drodze mianowany pełnomoc­nikiem do spraw przesiedleń – zorganizował 26 marca zebranie ponad 100 żydowskich kierowników ze wszystkich gettowych szopów. Zapewnił ich, że dobrowolny wyjazd jest jedynym sposobem uniknięcia deportacji do Treblinki. Miało to dotyczyć ok. 30 tys. osób, pracowników szopów i ich rodzin. Do 19 kwietnia Többensowi i Schultzowi udało się przekonać bądź przymusić do wyjazdu zaledwie kolejny tysiąc osób. 20 kwietnia wieczo­rem Stroop nakazał Többensowi zorganizowanie ewakuacji pracowni­ków wszystkich szopów na terenie między ulicami Leszno i Nowolipki następnego dnia o godz. 6. Nie wiemy niestety, czy to polecenie dotyczy­ło również szopu szczotkarzy. Zgłosiło się ok. 5 tys. pracowników (w tym 1423 od Schultza, zgodnie z zapisem w jego dzienniku; Grabitz, Scheffler 1988), na szacunkową liczbę 20 tys. zatrudnionych.

Masowe wypędzanie mieszkańców getta zaczęło się już 22 kwiet­nia. Tego dnia Stroop zanotował w raporcie wysłanie na Umschlagplatz 1100 osób, następnego dnia już 3500. Wielu Żydów nie wierzyło, że Niem­cy chcą ich wywieźć na Lubelszczyznę, i pozostało w ukryciu. Zmusiło to Stroopa do ogłoszenia – 24 i 28 kwietnia – kolejnych tzw. amnestii albo „ostatnich szans”. Reakcje ukrywających się były różne, większość ostatecznie wyszła z ukrycia, pozostali bali się, że wśród nich znajdą się potencjalni denuncjatorzy znanych im bunkrów. Dobrowolnie wyszło wówczas z kryjówek 12 tys. spośród 30 tys. żydowskich robotników za­trudnionych we wszystkich gettowych zakładach.

Wspomniane „amnestie” były pewnego rodzaju podstępem, Stroopowi zależało przede wszystkim na likwidacji oporu zbrojnego. Potwier­dza to meldunek z 24 kwietnia: „W tym labiryncie domów znajdowała się tak zwana firma zbrojeniowa [blok domów tzw. Werterfassung przy ul. Niskiej i Pokornej], która jakoby miała do przeróbki i na składzie wielomilionowej wartości materiały należące do Wehrmachtu. 23.4.43 ok. godz. 21.00 zawiadomiłem Wehrmacht o moim zamiarze, żądając wywiezienia materiałów […]. O godz. 18.15 przeszukiwawcza grupa bojo­wa wkroczyła do budynków po ich odcięciu i stwierdziła obecność dużej liczby Żydów. Ponieważ część tych Żydów stawiała opór, dałem rozkaz podpalenia. Dopiero gdy ulica i wszystkie podwórza po obu stronach sta­nęły w płomieniach, z bloku budynków wyszli Żydzi, częściowo płonąc lub próbowali się ratować, skacząc z okien i balkonów na ulicę, na którą uprzednio zrzucili pierzyny, kołdry i inne przedmioty. Stale można było obserwować, że mimo groźnego pożaru Żydzi i bandyci woleli raczej iść z powrotem w ogień niż wpaść w nasze ręce” (Stroop 2009, s. 58).

W podobnym tonie Stroop pisał w meldunku z 3 maja: „W większo­ści wypadków Żydzi przed opuszczeniem bunkrów stawiali opór z bronią w ręku. W związku z tym zanotowano 2 wypadki zranienia. Część Żydów i bandytów strzelała z pistoletów z obu rąk. Wobec tego, że dzisiaj stwier­dzono w wielu wypadkach, iż Żydówki miały schowane pistolety w sza­rawarach, począwszy od dzisiaj wzywano wszystkich Żydów i bandytów, by przy rewizji kompletnie się rozbierali” (Stroop 2009, s. 78).

Apogeum walk

Niemcom od pierwszego dnia akcji chodziło przede wszystkim o znisz­czenie sił żydowskich walczących na pl. Muranowskim. Należy też pa­miętać, że nie orientowali się w wewnętrznych podziałach w konspira­cji żydowskiej. Stroopa irytowały zwłaszcza wywieszone flagi – polska i żydowska. Znaczne siły niemieckie zaatakowały 20 kwietnia pozycje na placu zapewne od strony ulic Muranowskiej i Gęsiej. Do końca dnia okupant zlikwidował dziewięć bunkrów, poddało się jedynie 60 cywilów, pozostali przenieśli się do innych kryjówek. Prawdopodobnie Niem­cy podpalili tego dnia narożne budynki na placu, wymordowano również pacjentów i część personelu medycznego ze Szpitala Starozakonnych na Czystem, mieszczącego się wówczas w narożnym budynku na Nalewkach. Tego dnia odłączono także elektryczność w getcie centralnym, wodociąg jeszcze jakiś czas funkcjonował.

Trzeciego i czwartego dnia powstania – 21–22 kwietnia – znaczący opór Niemcom stawiał jedynie pl. Muranowski. Dwudziestego drugie­go w nocy większość sił ŻZW wycofała się tunelem na ul. Muranowską 6 i po kilku dniach ewakuowała się do Michalina. Część sił tej organizacji pod dowództwem komendanta ŻZW Pawła Frenkla, która w następnych dniach korzystała z tunelu, ukrywała się na strychu wspomnianej kamie­nicy przy ul. Muranowskiej 6 (nie było tam już ludności polskiej) i została odkryta przez Niemców zapewne 27 kwietnia. Mimo stawiania zbrojne­go oporu bojowcy – Stroop wspomina o 120 osobach (zabito 24 żołnierzy, 52 ujęto) – zostali w większości zabici przez esesmanów dowodzonych przez porucznika policji Diehla. Niedobitki włącznie z Frenklem wróciły po kilku tygodniach do Warszawy. Niemcy wykryli ich kryjówkę przy ul. Grzybowskiej 11 i na początku czerwca po zażartej walce zniszczyli.

Ostatniego dnia właściwego powstania – 22 kwietnia – i w ciągu następnych dwóch dni do starć o różnej intensywności dochodziło na całym terenie, w tym również na głównym terenie szopów między ulica­mi Leszno i Nowolipie oraz u szczotkarzy – było to już po dużej deportacji tamtejszych robotników dzień wcześniej. Bojowcy, niemal bezbronni, jedyny karabin posiadał Szymon Heller z grupy Haszomer Hacair (zginął 26 kwietnia), zwykle czekali aż przejdzie kolumna więźniów i dopiero potem atakowali konwojentów. Grupami bojowymi podległymi Elie­zerowi Gellerowi dowodzili na terenie szopów Jakow Fajgenblat, Dawid Nowodworski, Szlomo Winogron i Izrael Wolf Rozowski. Była to już faza walki partyzanckiej – bojowcy strzelali do Niemców jedynie wtedy, gdy ci wchodzili na posesje, podpalali domy i szukali bunkrów. W płomieniach ginęły tysiące osób. Ostatni bojowcy z tego terenu ukryli się w bunkrze przy ul. Leszno 56 i kilka dni później – 29 kwietnia – wycofali się tunelem na „aryjską” stronę do kryjówki przy ul. Ogrodowej 27, a stamtąd zostali wywiezieni do Łomianek.

Spalenie terenu szopów Stroop podsumował w meldunku z 4 maja. „W celu przeszukania, oczyszczenia i zniszczenia dwóch wielkich blo­ków domów dawnych firm Többens, Schulz i Ska i innych ok. godz. 11.00 wprowadzono do akcji główne siły. Po całkowitym otoczeniu tych bloków wezwano najpierw przebywających tam jeszcze Żydów do dobrowolne­go zgłaszania się. W ten sposób ujęto 456 Żydów z przeznaczeniem do obozów. Dopiero gdy bloki te zaczął niszczyć ogień, ukazała się poważna liczba Żydów, zmuszona do tego przez ogień i dym. W wielu wypadkach Żydzi wciąż usiłują przedzierać się nawet przez płonące budynki. Nie­określona liczba Żydów, którzy ukazali się w czasie szalejącego pożaru na dachach domów, zginęła w płomieniach. Inni ukazywali się dopiero w ostatnim momencie na najwyższych piętrach i mogli się ratować od śmierci w płomieniach, jedynie skacząc w dół” (Stroop 2009, s. 80).

Ostatnie walki

24 kwietnia Niemcy odkryli również główny bunkier ŻOB przy ul. Mi­łej 29. Pod osłoną nocy, ostrzeliwując się, część bojowców wraz z grupą cywili przeniosła się na ul. Miłą 9, a później do bunkra komendy przy ul. Miłej 18. Cywilnym komendantem sieci bunkrów był Szmul Aszer, je­den z najbardziej znanych szmuglerów gettowych.

Czwartego dnia powstania Mordechaj Anielewicz wysłał list do Icchaka Cukiermana, przedstawiciela ŻOB po stronie „aryjskiej”. Pisał: „23 kwietnia 1943. Czołem Icchaku […] Tylko jednym wyrażeniem mogę określić moje o towarzyszach uczucia. Stało się coś, co przerosło wszyst­kie nasze najśmielsze marzenia: Niemcy uciekli dwukrotnie z getta. Je­den z naszych oddziałów wytrzymał w walce 40 minut, a drugi – ponad sześć godzin. Mina podłożona w rejonie szczotkarzy eksplodowała. My straciliśmy do tej pory tylko jednego człowieka: Jechiela. […] Nie mogę Ci opisać warunków, w jakich żyją Żydzi. Tylko nieliczni wytrzymają. Cała reszta wcześniej czy później zginie. Los jest przypieczętowany. W bun­krach, w których ukrywają się nasi towarzysze, nie można w nocy zapalić świecy, bo brakuje powietrza” (AAN, 202/XV, t. 2, k. 114).

Bundowcy pod dowództwem Marka Edelmana ukrywali się osobno w bunkrze przy ul. Franciszkańskiej 30. Nie dziwi więc, że Anielewicz nie wiedział o śmierci Michała Klepfisza. 27 kwietnia dołączyły do nich niedo­bitki grupy Lejba Gruzalca, otoczonej na ul. Miłej 29 (opuścili tę kryjówkę w proteście wobec nieprzyjęcia do bunkra przy ul. Miłej 18 ciężko rannego ich towarzysza Mejlocha Perelmana). W obronie schronu przy Francisz­kańskiej bundowcy stoczyli 1 maja z góry przegraną potyczkę, ci, którzy przeżyli, przenieśli się do ostatniego bunkra przy ul. Franciszkańskiej 22.

Sytuacja stawała się beznadziejna, Niemcy niszczyli kolejne schro­ny. Bojowcy zaczęli więc myśleć o wydostaniu się z płonącego getta. Je­dyną możliwą drogą ucieczki były kanały ściekowe, mimo że Niemcy od pierwszego dnia powstania wysadzali wyloty, zalewali je wodą i re­gularnie wpuszczali gaz ze świec kerozenowych. Wiemy ze świadectw nielicznych uratowanych, że udane ucieczki miały miejsce. Konieczna była pomoc polskich kanalarzy i współpracujących z nimi szmuglerów. Pomoc była kosztowna, trzeba było zapłacić minimum tysiąc zł od osoby. Trzy grupy rozpoznawcze wysłano 7 maja. 9 maja jako jedyny wrócił do getta Szymon „Kazik” Ratajzer (Symcha Rotem). Na grupę bojowców na­tknął się w kanale, do którego zszedł po kilkugodzinnym przeszukiwa­niu ruin w pobliżu bunkra komendy. Po kilku godzinach udało się zebrać ok. 40 bojowców zdolnych do przejścia kanałami. Na „aryjską” stronę większość z nich wyszła rano 10 maja włazem przy ul. Prostej. Cięża­rówką zorganizowaną przez członka PPR Władysława Gajka „Krzaczka” zostali przewiezieni do Łomianek.

Jak wiemy z zeznań Stroopa, bunkier przy ul. Miłej 18 został wydany przez żydowskiego szpiega Niemcom 7 maja. Następnego dnia wpusz­czono pod ziemię trujący gaz, 200 bojowców zginęło, większość (według Stroopa 140 osób) popełniła samobójstwo. W walce zginęło 4 Niemców z SS, wróg zdobył 20 pistoletów, nieco amunicji i granatów. Przetrwało zaledwie kilka osób spośród żobowców, których nocą odnalazł oddział Edelmana. Wbrew częstej opinii do samobójstw wezwał Arie Wilner, a nie komendant Anielewicz. Niestety nie mamy pewności, czy ukrywający się tam cywile poddali się, czy zginęli na miejscu.

Ostatnie znaczące starcia miały miejsce 10 i 13 maja (w obronie bun­kra przy ul. Bonifraterskiej 3/5 zginęło 3 esesmanów, 4 zostało rannych). Prawdopodobnie wzięły w nich udział pozostałe w getcie grupy Zachariasza Artsztajna (Dror) i Szmuela Łopaty (ŻZW). Zapewne tego starcia do­tyczy meldunek Stroopa z 13 maja: „Okazało się w dniu dzisiejszym, że obecnie ujęci Żydzi i bandyci należą do tzw. grup bojowych. Są to prze­ważnie młodzi chłopcy i dziewczyny w wieku 18–25 lat. Przy likwidacji jednego bunkra wywiązała się regularna walka, w trakcie której Żydzi nie tylko strzelali z pistoletów 08 i polskich pistoletów Vis, lecz również obrzucali żołnierzy formacji wojskowych SS polskimi ręcznymi grana­tami jajowatymi. Po ujęciu części załogi bunkra, kiedy zamierzano ją zrewidować, jedna z kobiet, jak to już często bywało, sięgnęła błyska­wicznie pod spódnicę i wyciągnęła ze swych szarawarów ręczny granat, który odbezpieczyła i rzuciła pod nogi żołnierzy mających ją rewido­wać, przy czym sama błyskawicznie uskoczyła w bezpieczne miejsce” (Stroop 2009, s. 97).

Natomiast ewakuacja i spalenie tzw. małego szopu Többensa przy ul. Prostej między 12 a 16 maja odbyły się chyba bez zbrojnego oporu ze strony pracowników, co do pewnego stopnia zastanawia, gdyż we­dług Stroopa aresztowano wówczas 234 Żydów, a na miejscu zabito 155.

W ciągu pierwszych czterech dni powstania zginęło siedem osób po stronie okupanta. W sumie poległo 16 podkomendnych Stroopa, w tym dwóch strażników ukraińskich z obozu w Trawnikach i polski policjant (zabity poza gettem w czasie polskiej dywersji przy ul. Bonifraterskiej). Jeden z nich był oficerem – SS-Untersturmführer Otto Dehmke zmarł z odniesionych ran w ataku na pozycję ŻZW na pl. Muranowskim. Dru­giego dnia powstania zginęło również dwóch artylerzystów. Ogółem do 16 maja zostało rannych 85 osób, w tym 9 Ukraińców i 6 Polaków. Z dwóch oddziałów SS użytych w walkach – 3 batalionu grenadierów i batalionu szkoleniowego kawalerii (821 żołnierzy i 9 oficerów) – 27 rannych było kawalerzystami, a 21 grenadierami, pozostali należeli do Orpo (1 i 3 ba­talion), policji bezpieczeństwa (Sipo, Gestapo) lub niewielkiej formacji artyleryjskiej. Najwięcej rannych zostało pierwszego dnia powstania, aż 24 osoby. W kolejnych dniach straty były znacznie niższe – 20 kwietnia bojowcy ranili 9 Niemców.

Podsumowując, w getcie przez co najmniej cztery dni od jednego do dwóch tysięcy świetnie uzbrojonych Niemców walczyło z 800 powstań­cami. Wprawdzie 250 członków ŻOB (17 oddziałów, 5 w getcie centralnym, 5 w szopie szczotkarzy, 7 w rejonie szopów) uzbrojonych było jedynie w pi­stolety – i każdy z nich miał nie więcej niż kilkanaście naboi – oraz butelki zapalające, wspólnie posiadali również jedynie trzy karabiny, niemniej przez dwa dni stawiali silny opór oddziałom niemieckim (na skrzyżowa­niu ulic Zamenhofa i Miłej, Nalewek i Gęsiej oraz w szopie szczotkarzy).

W kwestii liczby bojowców ŻOB panuje w literaturze niedający się rozstrzygnąć spór. Latem 1943 r. w ukryciu po stronie „aryjskiej”, w lokalu przy ul. Komitetowej 3 u pani Stasi Kopikowej, Cywia Lubetkin i Marek Edelman sporządzili z pamięci spis zapamiętanych bojowców. Doliczyli się 220 nazwisk. Listę tę Józef Sack (Sak) przekazał członko­wi ŻKN Ignacemu Samsonowiczowi, w listopadzie Leon Feiner wysłał ją pocztą Delegatury Rządu na Kraj do Londynu. W rzeczywistości na liście są 222 nazwiska z adnotacjami o przynależności do Droru, Bundu lub Haszomer Hacair. Na liście co najmniej 12 nazwisk należy do osób nie­walczących w powstaniu (głównie żobowcy z Krakowa). W 1946 r. listę opublikował w jidysz wraz z biogramami bojowców Melech Neustadt w książce Hurban be-getto Warsza. W 2014 r. listę uzupełniła i wydała Anka Grupińska w książce Odczytanie listy. Opowieści o warszawskich powstańcach Żydowskiej Organizacji Bojowej. Doliczyła się łącznie 275 bojowców ŻOB walczących w powstaniu kwietniowym. Wojnę przeżyło z tej grupy 31 osób.

Oceniane na również 250 osób siły ŻZW były znacznie lepiej uzbro­jone, w ich posiadaniu był co najmniej jeden karabin maszynowy, kilka automatów i zapewne kilka, kilkanaście karabinów. Bronili skutecznie swoich stanowisk obronnych na pl. Muranowskim praktycznie przez cztery dni, do momentu wyjścia kanałami na stronę „aryjską” nocą 22 kwietnia. Jakiś udział w walkach w pierwszych dniach powstania mieli uzbrojeni cywile, ich liczbę ocenia się na ok. 300 osób. Niestety zu­pełnie nie wiemy, jaki zrobili użytek z posiadanej broni osobistej.

Ograniczenie oceny militarnej strony powstania do czterech dni ma swoje słabsze strony. Wiemy, że walki w obronie schronów trwały również w późniejszym okresie, szczególne znaczenie miała wspomi­nana wcześniej dwudniowa obrona schronu ŻOB przy ul. Franciszkań­skiej 30 kwietnia i 1 maja. Jak wiemy ze wspomnień Leona Najberga, kil­kuosobowa grupa zbrojna walczyła w ruinach szopu szczotkarzy przez cały czerwiec.

Oddzielnym zagadnieniem jest los ludności cywilnej, która ukry­wała się w ruinach na przełomie kwietnia i maja. Cywilów było w tym momencie nie mniej niż 15 tys. Do 1 maja Stroop zanotował, że ujęto ponad 38 tys. osób (większość wywieziono na Lubelszczyznę), kilka ty­sięcy osób zamordowano na miejscu bądź zginęły one w podpalanych kryjówkach.

Stroop wysłał sumaryczny raport do Krakowa 24 maja. Podsumo­wał: ujęto 56 065 Żydów, z czego zgładzono ok. 7 tys., 6929 wysłano na śmierć do Treblinki, ok. 6 tys. zginęło w podpalonych domach. Zlikwido­wano 631 bunkrów, zdobyto 9 karabinów i 59 pistoletów oraz kilkaset granatów. Wśród zdobyczy Stroop uwzględnił 108 koni i pewną liczbę hełmów, kurtek mundurowych i starych spodni. Zatrzymanym skonfi­skowano ok. 10 mln zł, prawie 10 tys. dolarów w złocie i niesprecyzowaną ilość kosztowności. Całe getto, poza ośmioma budynkami, zrównano z ziemią.

Bibliografia
Stroop Jürgen, 2009, Żydowska dzielnica mieszkaniowa w Warszawie już nie istnieje!, oprac. Andrzej Żbikowski, [tłum. Barbara Wysocka], Warszawa: Instytut Pamięci Narodowej, Żydowski Instytut Historyczny.

Artykuł pochodzi z książki „Encyklopedia getta warszawskiego. Wybrane hasła” pod. red. Marii Ferenc, wyd. Żydowski Instytut Historyczny. Publikacja jest dostępna na stronie naszego wydawnictwa. Zachęcamy do lektury!

***

Fot. Franciszek Przymusiński [?], Getto płonące w czasie powstania, kwiecień-maj 1943, DZIH F 3176

 

prof. dr hab. Andrzej Żbikowski   kierownik Działu Naukowego ŻIH, profesor w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego