Bogdan Wojdowski, Dzienniki, mój ogród nieplewiony (1955–1967), tom 1

Opracowanie: Marcin Wyrembelski, Olga Żyminkowska

Bogdan Wojdowski pisał dzienniki od lat 50. do śmierci. Jednak za życia nie opublikował żadnej linijki. Alina Molisak, autorka monografii o Wojdowskim opracowała i opublikowała kilka fragmentów zapisków. Jej pracę kontynuowali Marcin Wyrembelski i Olga Żyminkowska. Dzięki temu nieznane dotąd czytelnikowi Dzienniki pisarza ujrzą światło dzienne. Pierwszy tom zawiera zapiski do 1967 roku. Pisarz notował w zeszytach, kalendarzykach, przepisywał na maszynie i ręcznie. Jak we wstępie zauważa Marcin Wyrembelski: „Dziennik stał się najpierw dla Wojdowskiego kompanem codzienności – jemu powierzał intymne sprawy, później także kompasem twórczości – w nim bowiem odnotowywał swoje pomysły i mierzył się z literackim tworzywem. «Skarbonko moja, gliniana świnko, dzienniczku, coś tu jednak wrzucę. Drobne» – pisał w styczniu 1961 roku, gdy już świadomie zaczynał prowadzić dziennik. Aż w końcu ten stał się twórczością równoległą. Z Dzienników wyłania się postać pisarza, niepogodzonego z rzeczywistością, trawionego lękami, który usiłuje znaleźć własne miejsce w świecie. Każdy kolejny rok dziennika czy kalendarza poprzedza krótkie wprowadzenie, a same zapiski opatrzono bogatymi przypisami, co pozwala zrozumieć kontekst, sytuację i ułatwia zanurzenie się w świat myśli pisarza.

 

Fragmenty książki:

10 lipca 55

Lublin. Odszukałem po nocy uliczkę, na której mieszkałem w 1945 roku. Przecznica Szopena. Z parterowego okna dochodził pisk fałszywy skrzypiec. Walc Brahmsa. Rzewnie i głupio. Tknięty czymś zajrzałem do drugiej przecznicy. To jednak nie tam. Skrzypce kłamały. Tutaj, w tej martwej, ciemnej uliczce zamarłem – to już dziesięć lat!

 

Na Majdanku koszą siano. Między rokiem 1942–1945 zginęło tu ćwierć miliona ludzi. Dzisiaj jedzie się do „Muzeum Majdanek” autobusem ze śródmieścia za siedemdziesiąt pięć groszy. Zapytałem człowieka przy bramie o kartę wstępu. „U nas się

nie płaci za bilet – odpowiedział – my jesteśmy bogaci”. Stoją tylko dwa „pola” (a było sześć) i krematorium. „Feld III” – dwadzieścia dwa baraki – wszystko zamknięte. W jednym ktoś mieszka. Na najstarszym polu zachowały się jeszcze prowizoryczne „komory gazowe” – na CO. To były początki. Wszedłem do komory, do której wpychano stu pięćdziesięciu ludzi; rozmiar jej to pół mojego pokoju, wyciągniętą ręką sięgnąć można do stropu. Kwadrat w kamieniu. Drzwi żelazne. U góry otwór. Z boku zakratowane okienko z szybką, przez nią zaglądał dyżurny esesman. „Fertig! Also weiter”. Noszę w kieszeni grzebień. Tam widziałem tysiące grzebieni naraz. Mam szczotkę do zębów. Tam widziałem dziesięć tysięcy szczoteczek do zębów. Chochle, łyżki, widelce połamane, skorupy, coś, co mogło służyć za miskę i coś, co mogło służyć za łyżkę. Buty, buty, buty…

 

2 kwietnia 1961

Czym ma być dziennik? Wszystkim. Co zawierać? Tylko rzeczy niektóre. W tych czasach, kiedy policja zagląda przez ramię piszącemu, każda notatka może zaszkodzić innym. A więc o innych trzeba wstrzemięźliwie. A o sobie? Możliwie dużo. Komu ma służyć dziennik? Mnie. Bez notatek prowadzonych możliwie ściśle i regularnie nie ma istotnej samowiedzy. Dziennik to praca nad sobą. Co prawda i opowiadanie, i każdy artykuł posuwa mnie naprzód, ale potrzebne mi są jeszcze bezpośrednie ślady tego dojrzewania, a zapiski w dzienniku to właśnie takie ślady. I tło. Nie wszystko jestem w stanie wyrazić w formie skończonej, a dziennik to forma tymczasowa, pośpieszna, mniej wybredna i mniej licząca się z zadaniami, które sobie stawiam w rzeczach teraz drukowanych. Może właśnie to tło notowane na gorąco przyda mi się kiedyś do jakiejś opowieści. Czy całe tło? [...] Jaki więc jest cel dziennika? Celem dziennika jest sam dziennik. Rodzi się z potrzeby i staje się potrzebą codzienną i prozaiczną. Jakie imię tej potrzeby? Notować.

 

 

29 kwietnia 1961

[...]

Kiedy czytałem Proces w czasie studiów, zastanawiałem się, że mimo, iż całe życie czułem się oskarżony w swojej egzystencji i zagrożony na równi w swojej egzystencji, wizjonerstwo Kafki graniczyło dla mnie z mistyfikacją. Ludzie, którzy urodzili się pięć lat później, nigdy już tego nie zrozumieją. Broniłem się zawsze humorem, mniej lub więcej skrytym, czasem rozpaczliwym, bo nie chciałem występować jako mandatariusz Zagłady. Ludzie, którzy urodzili się dziesięć lat przede mną, też to inaczej odczuwają. Istnieje dla nich wyłącznie patos, ale i oni z uległością poddają się czarom Kafki. Jeśli akcent położy się na prekursorstwo i wizjonerstwo pisarzy takich jak Kafka i Schulz, trzeba ich oczywiście ocenić wyżej niż ja w tej chwili. Mój kłopot jest innej natury: to niemożliwe załamywać ręce nad jednostką, kiedy los milionów jest taki sam lub bardziej żałosny, czyli że mój kłopot filozoficzny polega na trudności przełożenia losu zbiorowego na los indywidualny. A to mnie oddala od dwóch poprzednich generacji pisarzy i – od młodzieży. W gruncie rzeczy jestem szczerze zawstydzony tym, że żyję. Gdybym był nieco starszy i zdawał sobie lepiej sprawę z perspektywy czasu, poszedłbym z ojcem do komina, to dla mnie jasne, nie opuściłbym go, to dla mnie jasne, jak i pięć lat temu było, kiedy powiedziałem: „Moją największą winą jest to, że żyję. Nie wolno ocaleć, kiedy naród idzie do pieca”. Kiedy będę kończył powieść o moim dzieciństwie, jedno zechcę pokazać, nie jatkę, nie eschatologię, nie naturalizm i nie metafizykę uboju, lecz męstwo i prostotę ludzi przyjmujących śmierć jako coś przed czym nie ma obrony i przed czym nie ma ucieczki. Pokolenie Brandysa i Rudnickiego tego właśnie nie może pojąć; ponieważ oni sami nie byli za murami, ponieważ ich los był oparty świadomie na koncepcji ucieczki, ponieważ sami wybrali ocalenie, zanim jeszcze zadecydowana została ostateczna zagłada. Ja uciekłem w ostatniej chwili i nie wiedziałem, co robię.

 

 

Wojdowski-okladka-1tom.jpg
Autor: Bogdan Wojdowski
Opracowanie: Marcin Wyrembelski i Olga Żyminkowska
Rok wydania: 2026
Język: polski
ISBN: 78-836-7872-52-2
Oprawa: twarda