„Największe od Żydów powietrza zarazy bywają”. Epidemie a stosunek warszawskiego mieszczaństwa do Żydów w XVII–XVIII wieku

Epidemie dżumy wielokrotnie nawiedzały Warszawę podczas licznych wojen, toczonych przez Rzeczpospolitą w XVII i XVIII w. Aby ratować życie mieszkańców, władze izolowały chorych i zamykały bramy stolicy. O rozprzestrzenianie śmiertelnej choroby często obwiniano Żydów.

Wide epidemie 1
Pogrzeb ofiar zarazy. Miniatura z kroniki Gilles’a Li Muisis’a z około 1350 r.  /  Bibliothèque Royale de Belgique, Bruxelles; Wikimedia Commons, domena publiczna

Jak wyobrażano sobie przyczyny zarazy?

Mór, morowe powietrze lub powietrze to określenia, które często napotykamy w źródłach historycznych oraz w starych publikacjach poświęconych historii Polski, dziejom miast lub epidemiom chorób zakaźnych. Masowe chorowanie i umieranie zwano w okresie staropolskim bardzo różnie. Mówiono i pisano o łożnicy, pomarlicy, pomorku lub przymorku (przymórku), zarazie lub zarazie morowej. Określano tak wszelkie epidemie chorób zakaźnych powodujące masowe zgony, a ponieważ nie zawsze opisywano dokładnie objawy, czasem trudno nam dziś zidentyfikować chorobę. Wiemy jednak, że w większości przypadków była to dżuma, przez stulecia pustosząca Europę.

Nie zawsze dochodziło do wybuchu epidemii, ale już samo pojawienie się choroby, będącej śmiertelnym zagrożeniem dla całej społeczności, budziło trwogę. Morowe powietrze postrzegano wszak jako przejaw bożego gniewu, widziano w nim karę za popełnione grzechy. Łukasz Drewno, warszawski burmistrz powietrzny (czyli wyznaczany na czas epidemii) zakończył Regestr zmarłych czasu burmistrzostwa mego w powietrze..., sporządzony w 1626 r., wierszem wyrażającym takie przekonanie:

„Bo co dobrze, z łaski Twojej,

Co niedobrze, z winy mojej.

Gniewu Twego doznawamy,

Dlatego, iż Cię gniewamy (…).

Polepszmyż żywota swego,

Znajdziem miłosierdzie Jego.

Wołajmyż o zmiłowanie,

Aż gniew Jego ustanie”.

Doktor medycyny Sebastian Śleszkowski twierdził w książce O ustrzeżeniu się i leczeniu morowego powietrza (Kalisz 1623), że jest ono karą za protekcję udzielaną Żydom przez szlachtę i władze miast. Trafiamy tu na ślad kojarzenia wyznawców judaizmu z zarazami, mającego już wówczas bardzo długą tradycję. Podczas epidemii dżumy, która w latach 1347–1353 spowodowała śmierć co najmniej jednej trzeciej mieszkańców Europy, uznano, że za jej wybuch odpowiedzialni są Żydzi. Oskarżano ich o to, że chcąc zaszkodzić chrześcijanom, a może nawet spowodować ich zagładę, wsypywali do studni i źródeł trujące substancje, wywołujące chorobę.

Jan Długosz w Rocznikach czyli kronikach sławnego Królestwa Polskiego zapisał pod rokiem 1348 następującą wiadomość: „Wielka zaraza morowa, która się wdarła do Królestwa Polskiego, dotknęła okropnym morem nie tylko Polskę, ale i Węgry, Czechy, Danię, Francję, Niemcy i niemal wszystkie królestwa chrześcijańskie i barbarzyńskie, siejąc wszędzie straszną śmierć. Twierdzili, że wybuchła ona przez Żydów, którzy zatruwali powietrze jakimś jadem, i w wielu miejscowościach zabijano i palono Żydów, innych wieszano”.

Wielka epidemia dżumy z połowy XIV w. wryła się na trwałe w pamięć mieszkańców Europy, a w literaturze powtarzano przez stulecia oskarżenia, jakie rzucano wówczas na wyznawców judaizmu. Wspomniany już Sebastian Śleszkowski poruszył ten temat w jednej ze swych antyżydowskich rozpraw, zatytułowanej Odkrycie zdrad, złośliwych ceremonij, tajemnych rad, praktyk szkodliwych Rzeczypospolitej… (Braniewo 1621). Pisał o sposobie, w jaki potraktowano Żydów:

„Roku 1340 i 1341 wszędy z miast niemieckich i francuskich, dla tego, że rzeki pozarażali, powyrzucano ich (…).

Roku 1349 rzeki truciznami pozarażali, z których gdy powietrze powstało, szesnaście tysięcy ludzi pomarło, dlaczego w Bernie mieście Szwajcarskim, którzy uciekać myślili, pojmano. Więcej ich w Basiliej [Bazylei – P.F.] potracono a dwieście w Argentynie [tj. Strasburgu] spalono”.

Oczywiście, lekarze przez stulecia starali się dociec, jakie są przyczyny pojawiania się epidemii. Sądzono, że zaraza roznosi się za pośrednictwem gęstej mgły lub „jadowitej pary”, unoszącego się w powietrzu zaduchu, „złego wyziewu”, „waporu” lub „zgniłego waporu”. Uważano, że ów „zły wyziew” może pochodzić z bagien lub ze zwłok, szczególnie wówczas, gdy nie pogrzebano dużej ilości zwłok poległych podczas wojny. Podejrzewano, że morowe powietrze może być także efektem niedożywienia w okresie głodu.

Wyobrażano sobie, że „zgniły wapor” dostaje się z wdychanym powietrzem do krwi, zapala i zaraża ją. Zdawano sobie sprawę, że choroba jest przenoszona przez ludzi, że człowiek może zarazić się od człowieka przez dotyk lub oddech, a także przez kontakt z przedmiotami, jakich dotykali wcześniej chorzy. Dotyczyło to szczególnie bielizny i ubrań używanych przez zarażonych lub pochodzących z terenu objętego epidemią. Zauważano, że śmiercionośne miazmaty utrzymują się najdłużej w futrach, skórach, pierzach, wełnie, jedwabiu i lnie.

Wierzono, że nadejście morowego powietrza można wywróżyć z ruchu ciał niebieskich, pogody lub zachowania zwierząt. Za jego zwiastuny uważano np. zaćmienia Księżyca lub Słońca, koniunkcję Marsa z Saturnem, pojawienie się komety, obfite spadanie meteorytów, nietypowe zjawiska atmosferyczne, dużą liczbę żab lub myszy, ewentualnie masową ucieczkę ptactwa z gniazd.

Morowe powietrze pustoszy Warszawę

Liczba stałych mieszkańców stolicy przez długi czas nie była imponująca, wynosiła w 1564 roku około 10 tysięcy osób, a w połowie XVII w. być może około 25–30 tysięcy. Ten drugi szacunek obejmuje także mieszkańców przedmieść oraz miasteczek otaczających Starą i Nową Warszawę, czyli Grzybowa, Nowego Leszna (Leszna), Skaryszewa i Pragi. Demograficzny rozwój stolicy hamowały zniszczenia wojenne, pożary i epidemie chorób zakaźnych, pojawiające się co kilka lat. Jedna z pierwszych wielkich fal morowego powietrza nadeszła w początku lat 20. XVII w.

Szerząca się w Rzeczypospolitej epidemia dżumy dotarła w 1622 r. do Warki, Pragi oraz wielu miasteczek i wsi w sąsiedztwie Warszawy. Początkowo mieszczanom wydawało się, że nieszczęście ominie stolicę, co uznano wręcz za cud zważywszy na fakt, że po klęsce wojsk polskich w bitwie z Turkami pod Cecorą (1620 r.) i najeździe tatarskim na południowe ziemie Rzeczypospolitej do miasta napłynęło wielu ludzi. Zdawano sobie jednak sprawę, że stolica znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie.

Władze miejskie starały się zdobyć jak najwięcej informacji o rozwoju epidemii i jej zasięgu, toteż rozesłały na południe kraju 15 wywiadowców. Król Zygmunt III Waza postanowił przyśpieszyć rozpoczętą w 1621 r. budowę wału ziemnego otaczającego Warszawę. Miał on służyć przede wszystkim obronności miasta, ale w okresie zarazy mógł być wykorzystywany do kontrolowania lub wręcz zablokowania ruchu ludności. Trzy bramy w wale można było w każdej chwili zamknąć.

„Morowe powietrze” dotarło do Warszawy w początku października 1624 r. Chorym doskwierały dreszcze, gorączka i pocenie się, ociężałość, ból i zawroty głowy, trudności z oddychaniem i kaszel, zaczerwienienie oczu, wymioty i biegunka. Występowały charakterystyczne dla dżumy obrzęki węzłów chłonnych (zwane dymienicami lub bubonami) i bolesne czyraki czerwonej barwy, a język stawał się czarny. W końcu czarną barwę przybierały różne części ciała umierającego. W pierwszym miesiącu zarejestrowano 179 zgonów.

Podobnie jak podczas wcześniejszych epidemii, w Starej i Nowej Warszawie mianowano burmistrzów powietrznych, których zadaniem było kierowanie działaniami mającymi na celu walkę z zarazą. Chodziło o zahamowanie jej rozwoju, izolację chorych i opiekę nad nimi oraz o grzebanie zmarłych. Uprawnienia burmistrzów powietrznych były bardzo duże, toteż w praktyce przejmowali oni władzę w mieście. Burmistrzem powietrznym Starej Warszawy został aptekarz Łukasz Drewno, ówczesny wójt warszawski. Miał on do swej dyspozycji pisarza Jana Piegłowskiego, rajcę i podskarbiego miejskiego Jakuba Szlichtynga, szafarza (zarządcę wydatków) Jana Czorna, księdza świadczącego posługi religijne chorym, kucharza itp. Podlegali mu strażnicy, rekrutujący się przeważnie spośród „sług miejskich”, którzy nadzorowali tragarzy zwłok i kopaczy grobów.

Przystąpiono do działań mających ograniczyć rozwój epidemii. Uznano, że z miasta należy wygnać żebraków, ponieważ widziano w nich potencjalnych roznosicieli zarazy. Zajmowali się tym wyganiacze, ubrani podobnie jak tragarze zwłok i kopacze grobów w modre lub czerwone suknie z wielkim czarnym krzyżem na piersiach. Wszyscy oni mieli być jednocześnie jedynymi ludźmi pośredniczącymi między zdrowymi i chorymi. Do ich obowiązków należało np. przekazywanie lekarstw.

Bramy Warszawy zamknięto. Zarządzono izolację chorych, domy „zapowietrzone” zamykano od zewnątrz na skoble, a opanowane przez mór ulice otaczano palisadami. Wywóz zmarłych miał być przeprowadzany w taki sposób, by zdrowi nie mieli z nimi styczności. Do grzebania zwłok wyznaczono miejsce pod miastem, położone w polu. Było ono pilnowane przez strażników, by nikt niepowołany nie zbliżał się do niego. Chodziło o to, by nie rozkopywano grobów w poszukiwaniu kosztowności lub celem przeniesienia zwłok na cmentarz przykościelny.

Obok cmentarza epidemicznego zbudowano dom dla tragarzy zwłok i kopaczy grobów. Wystawiono również szubienicę, która już samym swym widokiem miała nakłaniać mieszczan, by stosowali się do zarządzeń władz. Niestety, wymierzanie kary chłosty a nawet śmierci osobom łamiącym zasady kwarantanny lub rabującym cudzie mienie okazało się konieczne. Nadużyć dopuszczali się także funkcjonariusze wyznaczeni do likwidowania skutków epidemii. 22 kwietnia 1625 r. powieszono czterech kopaczy grobów, którzy zachowywali się niewłaściwie w domach opanowanych przez zarazę, kpili z chorujących, sprzedawali ubrania zmarłych i grzebali ich „nieprzystojnie”, a ponadto wdawali się w pogawędki towarzyskie ze zdrowymi mieszczanami i zarażali ich.

Aby oczyścić powietrze w mieście ze śmiercionośnych miazmatów, palono na ulicach proch lub siarkę. Wierzono, że można wykurzyć mór śmierdzącym dymem, toteż spalano także stare szmaty lub nawóz koński. Ludzie zdrowi zażywali mikstury o bardzo złożonym składzie, rozpuszczane w winie lub piwie, mające wzmocnić organizm i zabezpieczyć przed chorobą. Wypijano je m.in. przed wyjściem na miasto. Burmistrz Drewno osobiście przygotował i rozdał tysiąc rożków (zawiniątek) z proszkiem zwanym pulvis sudorificus contra pestem, czyli proszek napotny przeciw zarazie. Przy nosie noszono balsaminki z wonnymi ziołami, by skażone powietrze nie wniknęło do wnętrza organizmu.

Aptekarze przyrządzali wyciągi z ziół i przypraw korzennych, moczonych w winie, occie, oleju lub spirytusie (wódce), które miały zarówno chronić przez zarazą, jak i służyć leczeniu chorych. Często zawierały one składniki, którym błędnie przypisywano znaczenie terapeutyczne, np. wysuszony i sproszkowany kał dzieci[1]. Ale niektóre wyciągi, np. te produkowane z cynamonu, goździków, kminu rzymskiego, rozmarynu i szałwii, mogły mieć właściwości bakteriobójcze. Mieszkania okadzano mieszankami wonnych ziół, które wsypywano na rozżarzone węgle, rozgrzane kamienie lub cegły paleniska.

Chorym podawano środki na poty i wymioty, jak również stosowano puszczanie krwi, a wszystko to w celu pozbycia się z organizmu zabójczego jadu. Popularnym środkiem leczniczym były także maści i okłady. Różnymi sposobami starano się przyśpieszyć wyciek ropy z dymienic, przystawiano do nich pijawki lub bańki, ewentualnie przecinano je. Dodajmy, że ropa miała wyjątkowo odrażający zapach, co prawdopodobnie zrodziło popularne w Prusach Królewskich powiedzenie: Es stinkt wie die Pest – Śmierdzi jak dżuma. Ciała zmarłych posypywano ługiem, by wydobywający się z nich odór nie stał się przyczyną rozwoju zarazy.

Jednym z miejsc izolacji chorych była podwarszawska Kępa Polkowska, czyli wyspa na Wiśle, ciągnąca się od Nowego Miasta na północ w stronę wsi Polków (dzisiejszego Żoliborza). Sprawdziła się ona podczas epidemii w 1605 r., kiedy to umieszczono na niej zadżumionych mieszkańców stolicy. Toteż gdy w 1624 r. w Warszawie na powrót grasowała zaraza, władze miejskie poleciły wzniesienie na kępie siedmiu budynków drewnianych dla osób objętych kwarantanną. Zorganizowano kuchnie, w których przygotowywano posiłki dla chorych. Śmiertelność wśród odizolowanych na wyspie była niewielka, co interpretowano w ten sposób, że klimat na niej sprzyjał wyzdrowieniu.

Walka z epidemią i jej skutkami była kosztowna, toteż król i możnowładcy wspierali stolicę finansowo. W 1624 r. Zygmunt III Waza przekazał burmistrzowi powietrznemu Łukaszowi Drewnie 5600 złotych na potrzeby ofiar zarazy i sierot po nich. Inni darczyńcy, dostojnicy państwowi i zamożni mieszczanie złożyli na pomoc zapowietrzonym około 610 złotych. Bractwo Miłosierdzia Bożego, prawdopodobnie wsparte przez króla Zygmunta III i królową Konstancję, wyasygnowało na ten cel 9 tysięcy złotych. Pieniądze te nie były w całości przeznaczane na zapomogi dla potrzebujących, ponieważ wypłacano z nich również wynagrodzenie funkcjonariuszom zatrudnionym do zwalczania epidemii.

Jak już wspomniano, burmistrz Łukasz Drewno prowadził rejestr zgonów. Dzięki temu wiemy, że ich liczba była największa w początkowym okresie epidemii. W listopadzie 1624 r. zmarło 377 osób, w grudniu tegoż roku 321 osób. Potem liczba ofiar malała, co można wiązać z mroźną zimą – bakteria wywołująca dżumę rozwija się najlepiej w temperaturze około 30 stopni Celsjusza. Wiosną 1625 r. liczba umierających zaczęła na powrót rosnąć, sięgając w dniach 1–16 maja 160 osób. Na szczęście niebawem nastąpił kres zarazy. W sumie, wliczając otaczające Warszawę folwarki, zmarło 2375 osób, tj. około 10–15 % mieszkańców.

Dla porównania dodajmy, że w innych miastach liczba zgonów spowodowanych przez dżumę była znacznie większa. W Gdańsku w 1624 r. zmarło około 10 500 osób, a w latach 1629–1630 ponad 9200 osób. Musimy jednak pamiętać, że było to miasto znacznie większe od Warszawy, liczące wówczas około 50–60 tysięcy mieszkańców. Natomiast w Toruniu, który nie dorównywał Warszawie liczbą ludności (około 15 tysięcy mieszkańców), w 1625 r. zarejestrowano 4863 zgonów, a w 1629 r. – 2363.

Możemy więc zaryzykować stwierdzenie, że zastosowane przez staromiejskiego burmistrza powietrznego Łukasza Drewnę środki walki z epidemią były w jakiejś części skuteczne i ograniczyły jej rozmiary. Jednakże negatywnych skutków nie dało się uniknąć. Izolacja Warszawy utrudniła dowóz żywności i wywołała drożynę, a zamknięcie warsztatów rzemieślniczych i sklepów spowodowało, że mieszczanie utracili dochody i brakowało im środków na życie. Wszystko to sprawiło, że mieszczanom doskwierał głód, a po mieście grasowały bandy żebraków.

Lęk przed dżumą a niechciani żydowscy przybysze

Morowe powietrze nawiedzało Warszawę wielokrotnie w XVII w. Po epidemiach z 1605 i 1624–1625 r. były to pomory w 1628, 1656, 1662, 1675 i 1677 r., przy czym ten ostatni trwał do 1679 r. i pochłonął wiele ofiar.

Gdy w 1677 r. zaraza dotarła do stolicy, wielu mieszkańców ratowało się uciekając z niej, toteż miasto i przedmieścia wyludniły się. Władze miejskie postanowiły odizolować Warszawę od otoczenia, czyli uniemożliwić wjazd do niej. 5 sierpnia 1677 r. rajcy zarządzili przekopanie i zagrodzenie drewnianymi barierami, tak zwanymi kobylicami, wszystkich dróg wiodących do stolicy. Mieszkający nieopodal mieszczanie mieli pod groźbą kary stać na straży i pilnować, by nikt nie wchodził do miasta.

Od dawna zdawano sobie sprawę, że podróże oraz przewóz towarów sprzyjają rozwojowi epidemii. Doktor medycyny Piotr Umiastowski w swej Nauce o morowym powietrzu na czwory księgi rozłożonej (Kraków 1591) postulował kontrolowanie ruchu ludności, kwarantannę dla osób przyjeżdżających z terenów zagrożonych epidemią i nie wpuszczanie do miast towarów mogących być źródłem zakażenia. Uważał za wskazane zamknięcie bazarów, karczem i łaźni, jak również likwidację domów publicznych i wypędzenie prostytutek, a ponadto usunięcie z miasta bezdomnych i żebraków.

Książka Umiastowskiego oraz prace późniejszych autorów były znane w Warszawie, toteż w 1677 r. władze miejskie podeszły bardzo poważnie do zawartych w nich zaleceń i podjęły uchwały, które miały zapobiec rozprzestrzenianiu się epidemii. Postanowiono zakazać obnośnego handlu futrami i innymi ubraniami, pozamykać szkoły oraz „domy wszystkie nierządne”, a prostytutki wygnać z miasta i przedmieść. Jako jeden z głównych czynników zwiększających zagrożenie potraktowano żydowskich kupców, którzy przyjeżdżali do stolicy lub mieszkali w niej nielegalnie. Wyjaśnijmy, że na mocy posiadanych przywilejów stolica była zamknięta dla osadnictwa żydowskiego. Ojcowie miasta postanowili wygnać wszystkich Żydów z Warszawy. Natomiast jeśli chodzi o przekupki, to postanowiono wypędzić większość z nich, aczkolwiek 12 lub 13 miało otrzymać prawo do handlowania pod miastem.

Dokładnej liczby zmarłych w pierwszym roku zarazy nie znamy, dysponujemy częściowymi danymi. W jednej tylko parafii św. Krzyża, niezbyt dużej i wówczas peryferyjnej, pogrzebano ponad 500 osób. Opieką nad zarażonymi zajmowali się m.in. księża misjonarze, którzy zbierali wśród bogatych jałmużnę przeznaczoną na potrzeby biedaków. Podobnie jak w przypadku wcześniejszych epidemii, w okresie zimy liczba zachorowań spadła. Morowe powietrze z pozoru opuściło miasto, toteż w początkach 1678 r. ludzie zaczęli wracać do swych domostw. Okazało się jednak, że choć zaraza wygasa, to nadal jest groźna dla mieszkańców.

20 marca 1678 r. król Jan III Sobieski powierzył komendę (zwierzchnictwo) nad Warszawą oraz otaczającymi ją osiedlami podstolemu warszawskiemu Janowi Szymanowskiemu. Upoważnił go do podjęcia wszelkich możliwych środków służących tłumieniu zarazy i nakazał wszystkim mieszkańcom posłuszeństwo wobec jego decyzji. Posunięcie takie było potrzebne, ponieważ Starą i Nową Warszawę otaczały coraz liczniejsze osiedla, posiadające status jurydyk, czyli administracyjną autonomię.

30 marca 1678 r. podstoli Szymanowski wydał w imieniu własnym oraz burmistrza i rady Starej Warszawy zarządzenie, które miało obwiązywać w całym zespole miejskim, bez względu na to, kto był właścicielem lub zarządcą terenu. W zarządzeniu tym ograniczono ruch ludności. Gospodarzom domów zabroniono przyjmowania przyjezdnych bez zgody komendanta lub burmistrza. Zakazano im – pod karą grzywny i uwięzienia w wieży – wynajmowania kwater najemnikom wędrującym w poszukiwaniu pracy, innym osobom pozbawionym źródeł utrzymania oraz prostytutkom.

Wprowadzono ograniczenia w handlu i usługach. Sklepy, kramy i szynki miały być odtąd zamknięte w niedziele i święta kościelne. Zakazano prowadzenia działalności wędrownym handlarzom. Nakazano zamknięcie wszystkich łaźni, grożąc łaziebnikom karą grzywny i uwięzienia w wieży. Wprowadzono również zakaz handlu rzeczami używanymi na placach, ulicach oraz w domach, przy czym za jego złamanie groziła kara śmierci przez powieszenie. Zakaz ten miał obowiązywać wszystkich, ale został powtórzony w odrębnym paragrafie w odniesieniu do Żydów.

W paragrafie tym odwołano się do praw przysługujących Starej Warszawie, czyli przywilejów zabraniających wyznawcom judaizmu mieszkania i prowadzenia działalności gospodarczej w stolicy i jej sąsiedztwie. Mogli przyjeżdżać tu, uprawiać handel i rzemiosło jedynie podczas sejmów i jarmarków. Teraz zabroniono im przebywania w mieście i na przedmieściach oraz skupowania rzeczy używanych. Uczyniono tak „dla większej ostrożności”, czyli zapewne mając na uwadze fakt, że wielu Żydów prowadziło handel dalekosiężny, a przewóz i sprzedaż rzeczy używanych mogły powodować rozprzestrzenianie się epidemii. Gospodarzowi przechowującemu żydowskiego kupca groziła kara grzywny i uwięzienia w wieży, a kupcowi kara śmierci przez powieszenie.

Mieszczanie wyjeżdżający do innych miejscowości, np. na jarmarki, powinni zaopatrzyć się w zaświadczenia od komendanta miasta, że są zdrowi. Natomiast mieszczanie powracający do Warszawy powinni posiadać takie zaświadczenia wydane przez władze miejscowości, w których przebywali.

Ustanowiono dziesiętników, którzy mieli sporządzić rejestr mieszkańców, codziennie obchodzić domy w swym rewirze, sprawdzać, czy ktoś nie zachorował lub nie umarł i zgłaszać takie przypadki burmistrzom lub wójtom. Tych zaś zobowiązano, by meldowali o chorych i zmarłych komendantowi miasta. Gospodarze domów powinni zgłaszać zachorowania, a jeśli któryś zataiłby zgon mieszkańca, groziła mu kara śmierci przez powieszenie. Domy, w których podejrzewano zarazę, miały zostać zamknięte, ich mieszkańcom zakazano wychodzenia, a władze miasta lub osiedla miały w razie potrzeby zapewnić im wyżywienie.

Kopaczom grobów nakazano, by wraz z rodzinami pozostawali w miejscu przeznaczonym im na mieszkanie, a władze miejskie zobowiązano do dostarczania im żywności. Aby można było odróżnić kopaczy od reszty ludzi, zobowiązano ich, by przywdziewali czarne kapy z białymi krzyżami. Zabroniono im przebywania wśród innych mieszkańców stolicy, a ci mieli trzymać się od nich z daleka. Grzebanie zwłok miało odbywać się nocą. Wszystkie te szczegółowe rozwiązania okazały się bardzo przydatne, ponieważ epidemia trwała do marca 1679 r.

W uchwale władz miejskich z 1677 r. oraz w zarządzeniu komendanta Szymanowskiego i magistratu Starej Warszawy z 1678 r. Żydzi zostali określeni jako grupa, której obecność w mieście i na przedmieściach jest nielegalna, a jej działalność sprzyja rozwojowi epidemii. Schemat ten był powielany w następnych dziesięcioleciach. Tymczasem osadnictwo żydowskie w stolicy rozwijało się, szczególnie w otaczających Starą i Nową Warszawę jurydykach. Nielegalni żydowscy mieszkańcy, zajmujący się handlem i rzemiosłem, byli zwalczani przez władze miejskie i nieustannie zagrażało im wypędzenie.

Latem 1679 r. magistrat Starego Miasta, odwołując się do przysługujących Warszawie praw i królewskich dekretów, wezwał wyznawców judaizmu do opuszczenia stolicy. Zarządzenie zostało obwieszczone trzykrotnie przy odgłosie trąbki, ale nie odniosło żadnego skutku. „Żydzi przeciwko prawom miasta, dekretowi i reskryptom J[ego] K[rólewskiej] M[oś]ci, nie dbając na publikacyje trzy razy przy trąbie odprawione, uporczywie poważają się tu mieszkać i bawić” – stwierdzili rajcy w uchwale podjętej 21 sierpnia tego roku.

Ta i podobne jej, późniejsze uchwały były reakcją na coraz silniejsze dążenie wyznawców religii mojżeszowej do zapewnienie sobie stałej obecności w Warszawie, ważnej dla nich jako centrum życia politycznego i gospodarczego.

Walka z pomorem i rywalizacja gospodarcza

Sytuacja niechcianych żydowskich osadników stawała się szczególnie trudna, gdy pojawiało się kolejne zagrożenie dżumą. Wydawane wówczas nadzwyczajne zarządzenia, mające zabezpieczyć Warszawę przed epidemią lub ograniczyć jej rozwój, stwarzały okazję do pozbycia się Żydów, postrzeganych przez chrześcijańskich kupców i rzemieślników jako coraz groźniejsi rywale gospodarczy. Oba te czynniki, epidemiczny i ekonomiczny, splatały się ze sobą na różne sposoby, czego ciekawym świadectwem jest zarządzenie wydane w 1702 r. przez burmistrza powietrznego Aleksandra Czamera. Ponieważ uważano, że do roznoszenia zarazy przyczyniają się głównie żydowscy kupcy i chrześcijańskie przekupki, burmistrz nakazał podskarbiemu, aby jak najprędzej postarał się wystawić w sąsiedztwie ratusza staromiejskiego „klatkę na przekupki i Żydy”. Wyłapywani i zamykani w klatce wyznawcy judaizmu oraz przekupki byli następnie wyganiani z miasta.

W 1704 r. stolica znalazła się ponownie w obliczu zarazy nadciągającej z województwa ruskiego. Magistrat Starego Miasta wydał wówczas zarządzenie, którego pierwszy punkt odnosił się do Żydów, zarówno nielegalnie mieszkających w Warszawie, jak i przyjeżdżających do niej z towarem. W ruchliwości kupców żydowskich i prowadzonej przez nich działalności, a szczególnie w handlu rzeczami używanymi, dopatrywano się największego zagrożenia dla zdrowia mieszczan. Zaowocowało to surowym postanowieniem:

 „Ponieważ największe od Żydów powietrza zarazy bywają, którzy z ruskich ode Lwowa i innych przyległych zapowietrzonych krajów, miast i miasteczek przychodząc, przy drugich Żydach, którzy sobie rezydencyje po przedmieścich założyli, bawią się i ukrywają, fanty po zmarłych ludziach kupując i przedając, chrześcian zarażają. Tedy dla większej od powietrza ostrożności wszystkich Żydów z domów, kamienic i dworów mieszczanie gospodarze i obywatele wyganiać od siebie powinni, ani onym więcej nie najmować”.

Magistrat zgadzał się, by do miasta wjeżdżali na krótko żydowscy kupcy posiadający urzędowe zaświadczenia, że przybywają z terenów nie objętych zarazą. Wszyscy inni mieli być karani chłostą i wyganiani. W uchwale czytamy:

 „Nie zabraniając jednak z towarem albo przy jakiej potrzebie do miasta przyjechania na krótki czas tym Żydom, którzy będą mieli atestacyje urzędowne prawdziwe, niepodejrzane, jako z zdrowego powietrza przychodzą i gdy się z takiemi atestacyjami urzędowi opowiedzą i one pokażą. A bez atestacyi urzędownej każdy Żyd w mieście i na przedmieściach postrzeżony, biczami z miasta wygnany będzie, a po pierwszym wygnaniu gdy się znowu powróci, tedy u pręgierza (...) śmigany będzie”.

W następnych punktach zarządzenia zakazano przechowywania w domach żebraków i włóczęgów oraz przyjmowania na nocleg ludzi nieposiadających zaświadczeń o pochodzeniu i stanie zdrowia. Nakazano zgłaszanie władzom każdego przypadku zachorowania i zgonu, by cyrulik miejski mógł zbadać ich przyczynę. Ponadto zabroniono wylewania nieczystości na ulice.

Stosunek warszawskich władz miejskich do Żydów w okresie zagrożenia morowym powietrzem nie był czymś zupełnie wyjątkowym. Podobne zarządzenia wydawały władze wielu miast. Dla przykładu podajmy, że podczas epidemii w 1707 r. krakowski magistrat zakazał mieszczanom przyjmować przyjezdnych i zarządził m.in.: „O Żydach kto by wiedział, że się tu w mieście ukrywają i nie wyszli do swego miasta podług publikaciej o tem ogłoszonej, aby dawał znać do urzędu dla wygnania onychże”.

Ponieważ władze Warszawy obawiały się, że grasująca w Małopolsce dżuma dotrze na Mazowsze, wydały 19 września 1707 r. zarządzenie przeciwepidemiczne, niemal identyczne z tym ogłoszonym w 1704 r. Na pierwszym miejscu, jako główne źródło zagrożenia wymieniono Żydów, stwierdzając tym razem, że chodzi o przybyszów „z Podgórza, od Krakowa”. Jednakże zaraza, ostatnia wielka w historii stolicy, została przywleczona do niej prawdopodobnie przez wojsko.

Około św. Jana (14 lipca) 1708 r. wystąpiły liczne przypadki zachorowań wśród mieszkańców Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu. W krótkim czasie epidemia ogarnęła niemal wszystkie domy w mieście, także klasztory i magnackie pałace. Dla przykładu podajmy, że z 72 osób obecnych w siedzibie wojewody płockiego pozostało przy życiu tylko 5. Spośród członków staromiejskiego magistratu przeżyło 3 rajców, 2 ławników i 3 przedstawicieli gminu. Ze 150 szewców polskich ocalało jedynie 8, a z 36 szewców niemieckich tylko 3.

Magnackie pałace i kościoły stały opustoszałe. Niektóre przedmieścia, jak np. Leszno i Solec, wyludniły się prawie zupełnie. Zamieszkane pozostały jedynie pojedyncze domy. Po opustoszałych, porosłych trawą ulicach, włóczyły się swobodnie dzikie zwierzęta.

Zamożni mieszczanie ratowali się wyjeżdżając z miasta i jednocześnie roznosząc zarazę po Mazowszu. Ubodzy mieszkańcy przenieśli się w lasy i zarośla w rejonie Woli, wierząc, że ukryją się tam przed morem. Komendant miasta Jan Adam Bucholc (Bucholtz) postanowił wyprowadzić zarażonych ze stolicy i osiedlić ich w izolacji, w jej sąsiedztwie. W miarę możliwości starał się zaopatrzyć ich w żywność, ubrania i lekarstwa. Członkowie bractwa św. Benona zbierali ofiary na zapowietrzonych i rozdawali je potrzebującym. 49 członków bractwa, którzy opiekowali się chorującymi, zmarło.

Liczba ofiar wyniosła w 1708 r. 8760 osób, choć według niektórych źródeł sięgnęła 30 tysięcy ludzi. Ta druga wielkość jest jednak mało prawdopodobna. Około 1700 r. w Warszawie żyło przypuszczalnie około 20 tysięcy osób, a wraz z otaczającymi ją osiedlami być może blisko 30 tysięcy osób. Niemniej możemy zaryzykować stwierdzenie, że dżuma spowodowała śmierć niemal połowy mieszkańców stolicy. Dodajmy, że w tym czasie morowe powietrze opanowało wiele miast, a jego ofiary były bardzo liczne. W Krakowie w latach 1707–1709 r. zmarło ponoć ponad 7200 osób, czyli niemal dwie trzecie mieszkańców. W Toruniu zarejestrowano w 1708 r. około 4 tysiące zgonów.

Epidemia osłabła w okresie mroźnej zimy z 1708 na 1709 r. i wydawało się, że opuściła Warszawę. Wszakże latem 1709 r. około dnia św. Marii Magdaleny (22 lipca) nastąpił nawrót morowego powietrza i mieszkańcy Starego Miasta znów zaczęli chorować. Wywołało to śmiertelny lęk i ucieczkę wielu ludzi ze stolicy. Jednakże wkrótce zaraza ustała, toteż część mieszczan powróciła do swych siedzib. Niestety, w październiku 1711 r. morowe powietrze ponownie opanowało Warszawę i grasowało do lutego 1712 r., choć nie spowodowało już tak znacznej liczby zgonów. Nie zamykano kościołów, działał również handel. Mór wyraźnie stracił na sile i niebawem ustał. Warszawianie mieli nadzieję, że nadszedł kres czarnej śmierci. Tak się jednak nie stało.

Około św. Jakuba (25 lipca) 1712 r. czeladnik kuśnierski, który powrócił właśnie z Krakowa, pokazywał i sprzedawał skóry baranie w gospodzie położonej koło kościoła bernardynów. Skóry były zakażone, toteż ich nabywcy zarazili się dżumą. Nocą wybuchł pożar nad Wisłą, a pośród ludzi, którzy przybyli walczyć z żywiołem, byli zarażeni. W tłoku zainfekowali dżumą wielu innych mieszkańców stolicy. Już następnego dnia zmarło kilkadziesiąt osób, co wywołało w Warszawie panikę i ucieczkę wielu zamożnych mieszkańców jak najdalej od miasta. Liczni mieszczanie zaopatrzyli się w wodę i żywność, po czym zabarykadowali się w swych domach. Klasztory zamknęły swe bramy. Ludzie biedni tułali się po otaczających stolicę zagajnikach i lasach. Epidemia trwała do późnej jesieni.

Nie powinno nas dziwić, że po tak tragicznych doświadczeniach warszawskie mieszczaństwo robiło wszystko, by jak najlepiej zabezpieczyć się przed zarazą. W 1719 r., gdy obawiano się, że do Warszawy dotrze zaraza grasująca na południowym wschodzie Rzeczypospolitej, magistrat Starego Miasta zabronił wpuszczać kupców z ziem ruskich, zarówno prawosławnych, jak i Żydów. Zakazano wynajmowania mieszkań kupcom żydowskim, ograniczono czas działania szynków, a ponadto po raz kolejny polecono wypędzić włóczęgów i prostytutki.

Okopy przeciwko zarazie

W 1770 r. morowe powietrze pojawiło się w województwach podolskim, bracławskim, ruskim i wołyńskim. Prawdopodobnie zostało przywleczone do Rzeczypospolitej przez wojska rosyjskie, toczące na Kresach walki z konfederacją barską. Król Stanisław August Poniatowski oraz magnaci wysłali lekarzy na tereny objęte zarazą, by pomogli w jej zwalczaniu i przysłali raporty na temat rozwoju sytuacji. Kanclerze koronny i litewski spotkali się na naradę z generałem Iwanem Iwanowiczem Wejmarnem, rosyjskim posłem i głównodowodzącym wojsk rosyjskich stacjonujących w Polsce. Postanowili m.in., że w razie potrzeby Warszawa zostanie otoczona kordonem wojsk pod dowództwem generała Franciszka Branickiego.

Ponieważ zaraza rozchodziła się po kraju i zbliżała do stolicy, marszałek wielki koronny Stanisław Lubomirski wystąpił z projektem otoczenia miasta oraz przedmieść wałem i fosą. Zamysł ten został zaakceptowany przez króla, toteż przystąpiono do jego realizacji. Ludzi do budowy okopów mieli zapewnić właściciele nieruchomości, którzy mogli sami opłacić najemników lub przekazać odpowiednią kwotę władzom. Ponieważ sypanie wałów opóźniało się ze względu na jesienną porę roku oraz sprzeciwy właścicieli niektórych nieruchomości, przekopano 26 dróg publicznych wiodących do stolicy. Pozostawiono jedynie sześć wjazdów do niej, które funkcjonowały także po ukończeniu okopów w grudniu 1770 r. Przebiegały one od Polkowa w rejonie dzisiejszych ulic Okopowej, Towarowej, Koszykowej, Noakowskiego, Polnej i Bagateli, po czym obejmowały Łazienki.

Czuwać przy każdym wjeździe mieli rewizorzy towarów, trzej strażnicy (jeden konny i dwaj piesi), pisarz i cyrulik. Postanowiono zaopatrzyć ich w specjalne narzędzia, które miały chronić przed zarażeniem, takie jak kleszcze do odbierania dokumentów, fajerki (pojemniki z żarem) do ich okurzania (czyli dezynfekowania) oraz świdry do sprawdzania wwożonych produktów rolnych. Urząd marszałkowski nakazał zatrzymywać wszystkich przyjezdnych u wjazdu do miasta, gdzie miano sprawdzać ich paszporty. Kupcy powinni posiadać zaświadczenia z komór celnych oraz miejscowości, przez które przejeżdżali, że ich towar pochodzi z terenów nie objętych zarazą. Wwożone do miasta rzeczy miały być starannie rewidowane. Postanowiono, że ludzie, których stan zdrowia budziłby wątpliwości, będą zatrzymywani celem poddania kwarantannie. Miała ona odbywać się na Solcu lub w Polkowie.

18 października 1770 r. magistrat Starej Warszawy podjął uchwałę, w której zajął się problemami związanymi z budową wału oraz pilnowaniem wjazdów do miasta. W dokumencie stwierdzono, że „zaraza powietrzna w kraju polskim panuje i coraz dalej rozszerza się, zaczym jak kara ta za grzechy nasze od Pana Boga pochodzi”. Aby Bóg „z miłosierdzia swego tę plagę od miejsca tego odwrócić raczył” ogłosił patronami stolicy Matkę Boską Łaskawą oraz kilku świętych i poprosił biskupa poznańskiego, kanclerza Andrzeja Młodziejowskiego o odprawienie nabożeństwa. W uchwale tej znajdujemy także stwierdzenie, że epidemie są najczęściej skutkiem działalności żydowskich kupców, przywożących towary z miejsc opanowanych przez morowe powietrze. Pod pretekstem grożącego stolicy braku żywności, magistrat postanowili prosić marszałka wielkiego koronnego Stanisława Lubomirskiego o wypędzenie nielegalnych żydowskich osadników:

„Jako zaś najdawniejsze doświadczenia i teraźniejsze pogłoski nas uczą, że zarazy panujące powietrzne najczęściej z żydostwa zyskiem przez zakupowanie fantów uwodzącego się i towary z miejsc zaraźnych przywożącego powstawały; także, aby naciskające się coraz żydostwo miasta tego w wiktuałach nie ogładzało; zaczym, zapobiegając bliskim stąd wynikać mogącym okazyjom, upraszać J[aśnie] O[świeconego] Ks[ięcia] Marszałka W[ielkiego] K[oronnego], aby tychże Żydów z Warszawy i jej okolicy wypędzić rozkazał”.

Nie wiemy dokładnie, ilu starozakonnych mieszkało wówczas w Warszawie. W 1764 r. było ich około 2 500, ale w następnych latach napłynęło sporo nowych żydowskich osadników. W sumie nie stanowili jednak więcej niż 7–8 % mieszkańców stolicy i jest mało prawdopodobne, by mogli spowodować brak żywności. Faktem jest natomiast, że żydowscy kupcy, kramarze, domokrążcy, szynkarze i różnych specjalności rzemieślnicy odgrywali coraz istotniejszą rolę w życiu gospodarczym stolicy, byli coraz poważniejszą konkurencją dla mieszczan zajmujących się handlem i rzemiosłem. Toteż nic dziwnego, że pod pretekstem walki z morowym powietrzem władze miejskie chciały pozbyć się niechcianych przybyszów.

Tymczasem starano się jak najlepiej przygotować miasto na nadejście zarazy. W porozumieniu z lekarzami władze zalecały stosowanie różnych środków dezynfekcyjnych: czyszczenie podłóg i mebli ługiem z popiołu i niegaszonego wapna, bielenie ścian wapnem, okadzanie pomieszczeń i odzieży palonym prochem lub siarką, ewentualnie oparami octu (wylewanego np. na rozpalone cegły lub kamienie), dezynfekowanie odzieży w roztworze ługu lub w occie. Zalecano używanie rękawiczek moczonych w occie. Za szczególnie skuteczny środek uważano ocet zaprawiony ziołami i przyprawami korzennymi, wzmocniony kamforą rozpuszczoną w wódce. Był to tzw. „Ocet czterech złodziei”, wynaleziony ponoć przez ludzi okradających domy i zwłoki zadżumionych. Specyfik ten pito i smarowano się nim. Niemniej wielu lekarzy zdawało sobie sprawę, że nie ma skutecznego lekarstwa na dżumę.

Na szczęście tym razem zaraza nie dotarła do Warszawy.

Siła stereotypu

W XVII i XVIII w. władze i mieszkańcy Warszawy musieli wielokrotnie stawić czoła morowemu powietrzu. Dżuma spowodowała śmierć tysięcy ludzi, choć starano się ograniczyć rozmiary epidemii i jej skutki. Stosowane metody, bazujące na ówczesnej wiedzy o chorobach zakaźnych, były w dużej części nieskuteczne, aczkolwiek niektóre pozwalały zmniejszyć liczbę zachorowań i zgonów. Dodajmy, że metody te – jak na przykład ograniczenie kontaktów międzyludzkich, stosowanie środków dezynfekcyjnych i izolacja zakażonych – zachowały swą aktualność do dziś.

Epidemie chorób zakaźnych traktowano od średniowiecza jako karę za grzechy, a jednocześnie wierzono, że zarazę przynosi jakaś obca społeczność, którą podejrzewano o złowrogie zamiary. Toteż w okresie pomoru warszawscy mieszczanie byli wrogo nastawieni wobec Żydów, tym bardziej, że ich obecność w mieście była nielegalna. Coraz liczniejsi żydowscy kupcy, handlarze, szynkarze i rzemieślnicy stawali się dla reszty mieszczan gospodarczymi rywalami.

Żydzi byli przez stulecia postrzegani jako wrogowie chrześcijaństwa, w różny sposób szkodzący jego wyznawcom. W średniowieczu wierzono, że zatruwają rzeki i studnie, by spowodować śmierć jak największej liczby chrześcijan, a przekonanie to było powtarzane przez stulecia w literaturze antysemickiej. W XVII i XVIII w. widziano w Żydach wrogich chrześcijanom rywali gospodarczych, którzy, kierując się chęcią zysku, podejmują ryzyko handlu używanymi rzeczami i w ten sposób rozpowszechniają zarazę. Im liczniejsza była warszawska społeczność żydowska, im większą rolę odgrywała w życiu gospodarczym stolicy, tym częściej władze miejskie dowodziły, że w okresie epidemii Żydzi stwarzają największe zagrożenie dla zdrowia i życia mieszczan.

Wiele wrogich Żydom stereotypów utrzymywało się przez bardzo długi czas ze względu na niewielką wiedzę o mechanizmach rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych. Wierzono, że wyznawcy judaizmu roznoszą zarówno odór niewiary, skażenie grzechem i brud moralny, jak i brud cielesny, toksyczne nieczystości kryjące się w ich domach i oferowanych towarach. Autor anonimowego Zwierciadła polskiego dla publiczności..., wydanego jesienią 1790 r., pisał o Warszawie, że jest „smrodem skażona przez mnogość żydostwa”, dowodził, że „Żyd każdy zdrajca” i nawoływał, by usunąć wszystkich z miasta.

Oto jeden z przejawów niezwykle silnego stereotypu, który przez stulecia kładł się cieniem na losy Żydów.

 

Przeczytaj też:


Jakub Frank – fenomen mesjasza

Ulepszyć los Izraelitów. Żydzi w działalności Antoniego Jana Ostrowskiego

Henryka Goldszmita niezgoda ze światem


Źródła:

Philipp Altmann, Pest, Geißlerzüge und Judenverfolgungen zur Zeit der ersten Pestwelle 1347–51, München 2003.

Klaus Bergdolt, Der Schwarze Tod. Die Grosse Pest und das Ende des Mittelalters, München 2003.

Maria Bogucka, Rozwój demograficzno-przestrzenny, w: Dzieje Warszawy, t. 2, Warszawa w latach 1526–1795; praca zbiorowa pod red. A. Zahorskiego, Warszawa 1984.

Jean Delumeau, Strach w kulturze Zachodu. XIV–XVIII w.; tłum. Adam Szymanowski, Warszawa 1986.

Jan Długosz, Roczniki czyli Kroniki sławnego Królestwa Polskiego. Księga 9. 1300–1370; tłum. Julia Mrukówna, Warszawa 2009.

Paweł Fijałkowski, Warszawska społeczność żydowska w okresie stanisławowskim. 1764–1795. Rozwój w dobie wielkich zmian, Warszawa 2016.

Ludwik Gąsiorowski, Zbiór wiadomości do historii sztuki lekarskiej w Polsce od czasów najdawniejszych aż do najnowszych, t. 2, Poznań 1853; t. 3, Poznań 1854.

Franciszek Giedroyć, Mór w Polsce w wiekach ubiegłych. Zarys historyczny, Warszawa 1899.

Łukasz Gołębiowski, Opisanie historyczno-statystyczne miasta Warszawy, Warszawa 1827.

Andrzej Karpiński, W walce z niewidzialnym wrogiem. Epidemie chorób zakaźnych w Rzeczypospolitej w XVI–XVIII wieku i ich następstwa demograficzne, społeczno-ekonomiczne i polityczne, Warszawa 2000.

Kazimierz Konarski, Warszawa w pierwszym jej stołecznym okresie, Warszawa 1970.

Jan Kracik, Pokonać czarną śmierć. Staropolskie postawy wobec zarazy, Kraków 1991.

Materiały do dziejów Sejmu Czteroletniego, t. 6, oprac. A. Eisenbach, J. Michalski, E. Rostworowski, J. Woliński, Wrocław 1969.

Aleksander Karol Smakosz, Ocena farmakologiczna wybranych surowców i preparatów farmaceutycznych stosowanych w leczeniu dżumy według Alexii pedemontani De secretis libri septem (1563 r.) w opracowaniu Marcina Siennika (1568 r.), w: Acta Uroboroi. W kręgu epidemii; praca zbior. pod red. Mateusza Dąsala, Wrocław 2018.

Franciszek Sobieszczański, Rys historyczno-statystyczny wzrostu i stanu miasta Warszawy od najdawniejszych czasów aż do 1847 roku, Warszawa 1848.

Sebastian Śleszkowski, O ustrzeżeniu się i leczeniu morowego powietrza, także gorączek jadowitych przymiotnych z petociami, nauka każdemu wiekowi, płci i stanami przysposobiona (…), Kalisz 1623.

Sebastian Śleszkowski, Odkrycie zdrad, złośliwych ceremonij, tajemnych rad, praktyk szkodliwych Rzeczypospolitej i straszliwych zamysłów żydowskich. Także wytknienie niektórych pomocników żydowskich (...), Braniewo 1621.

Piotr Umiastowski, Nauka o morowym powietrzu na czwory księgi rozłożona, Kraków 1591.

Aleksander Wejnert, Wiadomość o morowem powietrzu w Warszawie w latach 1624 i 1625 panującem, w: Starożytności Warszawy. Dzieło zbiorowo-zeszytowe, wyd. A. Wejnert, t. 3, Warszawa 1854.

Aleksander Wejnert, Wiadomość historyczna o pierwszych okopach otaczających Warszawę i Pragę, w: Starożytności Warszawskie. Dzieło zbiorowo-zeszytowe, t. 1, z. V, Warszawa 1848.

Edith Wenzel, Synagoga und Ecclesia. Zum Antijudaismus im deutschsprachigen Spiel des späten Mittelalters, w: Judentum, Antisemitismus und europäische Kultur; red. Hans Otto Horch, Tübingen 1988.

Szymon Wrzesiński, Epidemie w dawnej Polsce, Zakrzewo 2011.

Andrzej Zahorski, Ludność, w: Dzieje Warszawy, t. 2. Warszawa w latach 1526–1795; praca zbior. pod red. A. Zahorskiego, Warszawa 1984.


[1] Dokładnie rzecz ujmując: kał 10–12 letniego chłopca.






Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem