Musimy uwierzyć w siłę człowieczeństwa

Wywiad z Piotrem Głowackim, odtwórcą roli Emanuela Ringelbluma w filmie Roberty Grossman „Kto napisze naszą historię?”

Wide emanuel3
Zdjęcie: Anna Włoch/Match&Spark

Kiedy dowiedział się Pan o Archiwum Ringelbuma?

Pierwszy raz zetknąłem się z Archiwum podczas pracy przy „W ciemności” Agnieszki Holland. Wyd. Karta wydało wtedy wybór tekstów z Archiwum (Archiwum Ringelbluma. Dzień pod dniu Zagłady). To, co tam przeczytałem, umocniło moje intuicje, że nie ma jednej historii. Historia to zbiór indywidualnych spojrzeń. Wszyscy, którzy mówią „my to robiliśmy”, manipulują. Biorą jedną z wypowiedzi lub jeden z punktów widzenia i próbują je uogólnić. To jest nieprawdziwe. Jeżeli historia jest nauką o wydarzeniach, to – czerpiąc z teatru – musi być jedność miejsca, czasu i akcji, żeby można było o czymś powiedzieć „my”. Ale też trzeba pamiętać, że to „my” odnosi się tylko i wyłącznie do uczestnictwa w wydarzeniu, a nie jego oceny, odbioru czy roli, jaką odegrało w czyimś życiu. Ktoś, kto urodzony po wojnie mówi „my ratowaliśmy” albo „my zabijaliśmy”, dokonuje nadużycia. Archiwum potwierdza to całkowicie. Jest to wizja działania historyka jako kogoś, kto zbiera zeznania, słowa osób w trakcie dziania się jakiejś sytuacji.

Archiwum przywraca liczbom twarze. Liczby bardzo łatwo jest zaszeregować, ale już twarze, świadomości, oczy, usta, ręce, ludzi, którzy mówią swoje zdanie i opisują swój fragment rzeczywistości – trudno. Wierzę, że po tym, jak Archiwum zostało udostępnione, wszyscy, którzy będą próbowali pisać historię po swojemu, będą mieli trudniej. Mówię tu o każdej stronie, która będzie próbowała uogólniać.

Nie wiedziałem wcześniej o tym zbiorze dokumentów. To było dla mnie niesamowite odkrycie. W toku rozmów z różnymi osobami, zauważyłem, że prawie nikt nie słyszał o Emanuelu Ringelblumie. Przez kolejne lata śledziłem losy Archiwum i kiedy przyszła możliwość, żeby Ringelbluma reprezentować na ekranie, był to dla mnie dar od losu, zawodowe szczęście mieszające się z prywatnym. Czułem, że będę uczestniczyć w czymś, co jest potrzebne, co sprawi, że ludzie o nim usłyszą. Kiedy Roberta Grossman zaprosiła mnie, by wraz z nią i całą ekipą nagłośnić Archiwum, nie mieliśmy jeszcze poczucia, że to na pewno się uda, a nawet, że będzie dystrybuowane na taką skalę. A teraz, 27 stycznia – w Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu – to ten właśnie film opowie na całym świecie o Podziemnym Archiwum Getta Warszawy.

W trakcie przygotowań do filmu miałem dostęp do oryginałów w Żydowskim Instytucie Historycznym. Było to dla mnie niezwykle istotne, jako że w filmie są momenty, w których Ringelblum pisze. Podczas kręcenia „Golgoty wrocławskiej” grana przeze mnie postać miała bezpośrednią styczność z listami pisanymi przez ludzi skazanych na karę śmierci. Pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie wtedy spotkanie z oryginałami – widziałem siłę nacisku ołówka, którą ręką ktoś pisał, jak pochylone są litery. Pismo ręczne jest dowodem na to, że ktoś trzymał ołówek w ręce, że za dłonią był łokieć, ramię, reszta ciała, głowa. W pewnym sensie taki list, coś, co jest napisane, może działać jak płyta gramofonowa. Jeżeli położymy rękę na literach i zaczniemy po nich jechać, odtwarzać ten kształt, to wchodzi w nas ruch osoby, która to pisała. Dla mnie osobiście to ma taką moc. W pracy z rolą Emanuela Ringelbluma stałem się jakby adapterem, igłą przykładaną do płyty, którą są jego zapiski. Wykonując te ruchy, on wchodzi we mnie. Może to brzmi górnolotnie, ale trudno mówić o tych rzeczach inaczej. To się po prostu czuje.

Łatwo było panu wczuć się w tę rolę?

Moje podejście zawodowe jest takie, że do każdej postaci jest mi tak samo daleko i tak samo blisko. Tak samo blisko, bo jesteśmy ludźmi, a tak samo daleko, bo jesteśmy osobnymi ludźmi. A tym bardziej daleko jest z postaciami prawdziwymi. Jest to inny człowiek po prostu. Gdybym mówił, że poczułem dużą bliskość z Emanuelem Ringelblumem, mam wrażenie, że byłaby to uzurpacja, próba podpisania się pod jego geniuszem. Mogę raczej powiedzieć, że jakaś postać inspiruje mnie do działania, interesuje albo powoduje, że odnoszę się do niej z szacunkiem. Dzięki aktorstwu podchodzimy bliżej do człowieka – jak ta igła gramofonowa.

Roberta przyjęła, a my na tę propozycję żywo zareagowaliśmy, że wszyscy jesteśmy narzędziami do przekazania informacji. Musimy użyć całej swojej wiedzy, umiejętności artystycznych po to, by w pewnym sensie zniknąć. Nie dokładać, nie interpretować, być jedynie pasem transmisyjnym. Nasze żyjące ciało to massa tabulettae dla informacji, która ma dzięki nam ożyć. Mamy być neutralni. To jest bardzo trudne, szczególnie przy poruszających tematach, ale też dające dużą satysfakcję w momencie, kiedy się udaje. A widząc reakcje widzów, mam wrażenie, że się udało. Reagują bardzo emocjonalnie na coś, co w świadomym procesie było nastawione nie na budzenie emocji, tylko na przekazywanie informacji.

To musiało być trudne z racji na to, że Rinbelblum niewiele pisze o sobie…

Szukałem jego siły. Odnalazłem ją w jego skupieniu na istocie ludzkiej egzystencji, potędze ludzkiej świadomości, na woli, która wykracza poza czas wyznaczony ciału. Również na wierze w to, że informacja przeważa nad energią i materią, jest silniejsza niż przemoc. Mimo iż nasze ciała nie przetrwają, on nadal będzie trwał jako historyk, naoczny świadek wydarzeń. Wiemy o świecie tyle, ile zostało nam przekazane. Ringelblum w pełni świadomie podjął się zadania, które było większe od niego. To jest postawa ponadczasowa.

Reprezentując go na ekranie istotne było dla mnie, żeby nie poddawać się otoczeniu. Gdyby on uległ otoczeniu, nie mógłby wykonać swojego zadania. Podjął niesamowitą walkę opartą o moc swojej świadomości – to wszystko przy jego socjalistycznym, materialistycznym podejściu do rzeczywistości. To świadczy o sile jego umysłu, odpowiedzialności za to, że to my dbamy o kształt człowieczeństwa.

I to jest bardzo socjalistyczne właśnie. W jaki sposób powinniśmy dzieło to kontynuować?

Musimy uwierzyć w siłę człowieczeństwa i w równość ludzkich egzystencji. Musimy się odważyć, by stać się autorytetem dla młodzieży, która pragnie autorytetów, a które to miejsce zajmują ludzie niewierzący w człowieka, chcący człowieka zniszczyć. Jedyne, czego nam brakuje, to odwagi do doroślenia. Mówię o kontynuacji dzieła Ringelbuma w tym sensie, że on zgromadził ludzi z różnych dziedzin, wyznaczył cel i poprowadził w tej trudnej sytuacji. Mówił coś, co okazało się silniejsze niż podziały proponowane przez małych i w których sam wcześniej uczestniczył.

9 miesięcy po planie zdjęciowym urodziły się moje dzieci: Ida i Aaron. Spotkanie z Emanuelem Ringelblumem było tak silne, że daliśmy naszemu synowi na drugie imię Emanuel. [..] Ładniejszych imion nie znaleźliśmy.

Rozmawiała: Anna Majchrowska



Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma, Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny w Polsce oraz Program Oneg Szabat są partnerami zarówno filmu „Kto napisze naszą historię?”, jak i specjalnego pokazu w dniu 27 stycznia 2019 r. — w Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu.







Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem