Kapkę uparta: Rachela Auerbach część 2

Wide dos naje lebn formularz 2
Dos naje lebn formularz

W pierwszej części Archiwum znajdują się również częściowo przedwojenne prace autorki oraz jej życiowego partnera, doskonałego żydowskiego poety, Icyka Mangera. Już podczas porządkowania materiałów i sporządzania protokołu, pisarka sygnalizuje chęć odebrania swoich dokumentów. Składa oficjalne podanie, które Prezydium CKŻP rozpatruje 4 października 1946 roku. Ostateczną decyzję uzależnia się od opinii Wydziału Kultury i Propagandy CKŻP. W listopadzie Auerbach otrzymuje zgodę na odebranie dokumentów powstałych przed styczniem 1940 roku (wedle innych danych przed wrześniem 1939 roku) oraz rzeczy osobistych. Z reszty dokumentów może sporządzić odpisy. Zanim zostanie odnaleziona druga część archiwum, w grudniu 1950 roku, Auerbach nie będzie już w Polsce. Wyjechała – przez Londyn – do Izraela. 

Wśród dokumentów z drugiej części Archiwum znajdują się jej przedwojenne prace naukowe i dziennikarskie, kolejna część spuścizny Mangera, list pisarki do bratanka Mundka we Lwowie, jak również spisana przez nią relacja Abrama Krzepickiego, uciekiniera z obozu w Treblince. Auerbach spisywała ją pracując przy Franciszkańskiej 30 w fabryce cukierków i miodu sztucznego. Relację poprzedziła wstępem zatytułowanym Czym jest Treblinka? – fenomenologia przedsiębiorstwa mordu. O odzyskanie tych dokumentów lub choćby ich kopii – wielokrotnie zabiegała w Instytucie. W liście do Bera Marka, wówczas Dyrektora ŻIH, z 20 marca 1951 roku, przekonywała, że przedwojenne rzeczy można jej zwrócić w oryginale („nie mają one żadnej wartości archiwalnej”, argumentowała), jeśli idzie o pozostałe – prosiła o kopie. Informowała też, że pracuje właśnie nad historią Archiwum. 

Kolejny list, z kwietnia 1951 roku, rozpoczynała słowami: Ciągle wyglądam fotokopii moich rękopisów o Treblince wraz z innymi artykułami, ale niestety jeszcze nic nie otrzymałam. Nie muszę Panu tłumaczyć, jak bardzo pragnę już te rzeczy zobaczyć i jakie zdenerwowanie odczuwam, zastanawiając się, czemu jeszcze nie przychodzą. Proszę, niech mi Pan napisze, dlaczego to trwa tak długo, proszę też jednocześnie, by dopilnował Pan, by rzeczy te już wysłano. [przekład z jid. Karolina Szymaniak]



Następne pismo, z 1967 roku, adresowane było do Tatiany Berenstein i Adama Rutkowskiego. Towarzyszyło ono upoważnieniu, w jakie wyposażyła Auerbach jadącą do Polski Miriam Peleg-Mariańską (Marię Hochberg), prosząc o wydanie jej dokumentów lub znajdujących się w Archiwum ŻIH. Rutkowski dopisał na nim odręcznie: Przeprowadzono rozmowę z panią Peleg (Mariańską) i wyjaśniono, że nie może być mowy o przekazaniu fotokopii (mikrofilmów). Dziś jeszcze z całą pewnością trudno ustalić, czy Auerbach przed śmiercią, w 1976 roku, ostatecznie wszystkie te dokumenty otrzymała. Choć z pewnością dysponowała (częściowo przynajmniej) fotokopiami relacji Krzepickiego.

Brak dostępu do tych dokumentów musiał być dla Auerbach niezwykle bolesnym doświadczeniem. Do swoich tekstów miała bardzo emocjonalny stosunek i była z nimi wręcz fizycznie związana. We wstępie do pracyBe-chucot Warszazaznaczała, że martwi się o nie niczym matka o dzieci.

Były to też dla niej świadectwa zamordowanego świata i świadectwa Zagłady, do których przywiązywała ogromną wartość. Choć powtarzała też często z cierpką (auto)ironią: Niestety, do ratowania rękopisów miałam więcej szczęścia niż do ratowania ludzi….

Gdy wyemigrowała do Izraela głównym obszarem jej działań stała się właśnie praca nad świadectwami. Po powstaniu Instytutu Jad Waszem (Yad Vashem) w 1953 roku, stanęła na czele wydziału zbierania świadectw (od marca 1954). Zajmowała się również teorią świadectwa, metodami ich zbierania. Uważała np., że zeznania świadków należy nagrywać, gdyż zapisywanie przerywa tok narracji, wytraca jej napięcie, poza tym zapis relacji nie zawsze oddaje cechy języka świadka, jego sposobu formułowania myśli, pracy jego pamięci. Wówczas jednak na sprawę tę nie wszyscy patrzyli w ten sposób i z trudem udawało jej się przekonać kierownictwo Instytutu do zapewnienia odpowiednich środków na nagrania. Z 3000 świadectw zebranych przez nią do 1965 roku, obejmujących 82 tysiące arkuszy jednostronnie złożonych (folio), tylko 600 to nagrania. 

Pod koniec lat 50. Auerbach przejściowo, po konflikcie z dyrekcją Instytutu, została odsunięta od pracy, którą postrzegała jako misję. Później, po dłuższym sporze, który toczył się także na łamach prasy, została do pracy przywrócona i wyszła z całej sprawy wzmocniona, energicznie zabierając się do powiększenia roli swojego Wydziału i poszerzenia pracy na rzecz zbierania świadectw, które w jej wizji miały stanowić dowód przed trybunałem historii, skoro nie dane było im wybrzmieć przed trybunałem sądowym. Zaledwie kilka lat później, w 1961 roku, po raz pierwszy na taką skalę, głos świadków wybrzmiał głośno na sali sądowej.

Rola Auerbach w przygotowaniu procesu Eichmanna jest nie do przecenienia. To ona i jej współpracownicy, ściśle współpracując ze śledczymi, dostarczali materiałów dowodowych do procesu, sporządzali listy świadków, dostarczali streszczenia i materiały. Początkowo zakładano udział około 20 świadków. Auerbach obawiała się, że oskarżenie skoncentruje się tylko na dokumentach oficjalnych i bezpośrednich dowodach winy Eichmanna. Jednak prace przygotowawcze i bliższy kontakt oskarżyciela, Gideona Hausnera, z samą Auerbach i jej Wydziałem, sprawiły, że rola, jaką przyznano świadkom w tym procesie, uległa diametralnej zmianie, a tym samym i proces zmienił swój charakter.

Sama Auerbach również szykowała się do zeznań, poprosiła o wyasygnowanie dla siebie 1,5 godziny. Przeznaczono jej 45 minut, a przesłuchiwano jeszcze kwadrans krócej. Miała występować przed bojowcami getta, mówić o sytuacji przed powstaniem, przede wszystkim o działalności artystów żydowskich w Warszawie, jednak ostatecznie zeznawała po Jicchaku „Antku” Cukermanie i Cywii Lubetkin. To oni stali się dla Hausnera i animatorów procesu postaciami najważniejszym. Izraelowi potrzebni byli modelowi bohaterowie-żołnierze. Cisi bohaterowie Auerbach, stawiający w getcie opór przede wszystkim duchowy, zeszli na dalszy plan. Sprawa ta mocno dotknęła pisarkę, która była tak zdenerwowana, że nie była w stanie dobrze złożyć zeznań. W jednym z listów pisała: Jestem bardzo zraniona i łatwo ani szybko się z tego nie otrząsnę.

Nie przerwało to jej pracy, którą kontynuowała do odejścia na emeryturę w 1968 roku. A także i później, choć nie bez trudności ze strony Instytutu, jak zawsze uparta, walcząca o to, co uznawała za najważniejsze, zaniepokojona o przyszłość stworzonego przez siebie wydziału. Dopiero w 1974 roku, po latach przerwy, ukazała się jej własna książka Warszawskie testamenty. Spotkania, działania, losy 1933–1943. Własne pisanie zaniedbywała przez lata oddania świadectwom innych, czując ciężar zobowiązania, ciężar ocalenia. Jak notowała jeszcze w czasie wojny:

Z każdym człowiekiem, który umiera, ginie cały świat. Świadomość tego faktu musi się stać hasłem nowego po tej wojnie pacyfizmu i nowego nawrotu do uznania jednostki, tak w obecnym totalizmie spostponowanej na rzecz abstraktu zbiorowości. Za zgubą Polaka, Niemca czy Rosjanina ginie jednak świat, który istnieje w innych odmianach. Za zgubą każdego nowego niedobitka zagłady żydowstwa polskiego – ginie reszta wiedzy o nim. Ginie gatunek. Ginie świadomość najważniejszych jego przeżyć, m.in. przeżyć Zagłady.

Kolejnej książki, nad którą pracowała, nie udało jej się ukończyć. Wyszła już pośmiertnie. Kilka lat wcześniej zdiagnozowano u niej raka piersi. Zmarła w maju 1976 roku.

 

W tekście pominięto przypisy. Bardziej szczegółowe informacje na temat pisarki znajdzie Czytelnik w artykule, który będzie towarzyszył wydaniu prac Auerbach pt. Dziennik i inne pisma z getta, która ukaże się nakładem Wydawnictwa ŻIH.

Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem