„Niech pan nie wychodzi na ulicę, bo pana złapią”. Koniec likwidacji getta łódzkiego

Najdłużej ze wszystkich gett w okupowanej Polsce przetrwała łódzka dzielnica zamknięta. W lecie 1944 roku, kiedy wojska radzieckie zbliżyły się do Wisły, zaledwie 130 kilometrów od Łodzi, rozpoczęła się wywózka żydowskich mieszkańców miasta do Auschwitz. Ostatnie transporty odeszły do obozu zagłady 29 sierpnia.

Wide output onlinejpgtools 5
Józef (Icchak) Kowner, „Portret mężczyzny w okularach”, getto łódzkie, 1941 r.  /  zbiory ŻIH

Wiosną 1944 r. getto łódzkie pozostawało ostatnią „dzielnicą zamkniętą” w okupowanej Polsce. Pomimo klęski głodu i wywózek do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem (Kulmhof am Nehr), znajdowało się w nim jeszcze ponad 77 tysięcy osób[1]. Do tego czasu łódzkich Żydów utrzymywała przy życiu ich praca na rzecz Wehrmachtu. W „resortach” – jak nazywano zakłady pracy przymusowej, działające w łódzkim getcie – produkowano głównie odzież. Praca ta była kartą przetargową wewnętrznych rozgrywek toczonych przez różne organizacje i grupy wpływów działające w państwie nazistowskim, przede wszystkim armię i Ministerstwo Uzbrojenia Rzeszy, którego kierownik Albert Speer nadal chciał wykorzystywać getto dla potrzeb wojennych[2].

Jednak w kwietniu 1944 r. Heinrich Himmler, szef SS, nakazał odbudowę zlikwidowanego rok wcześniej obozu zagłady w Kulmhof, zaś w czerwcu na rozkaz władz niemieckich wznowiono wywózki. Oficjalnie, robotnicy z Łodzi mieli usuwać skutki bombardowań alianckich na terenie Niemiec. Osoby te tak naprawdę trafiały do komór gazowych Kulmhof. Wielu mieszkańców getta nie wątpiło, że zgłoszenie się do transportu jest równoznaczne ze śmiercią, dlatego ukrywali się.

„Obława w godzinach południowych. To nowa metoda wyłapywania ludzi, którzy się sami nie stawili” – odnotowywał w „Biuletynie Kroniki Codziennej” 13 lipca 1944 r. Oskar Rosenfeld. Kronikarze, głównie przedwojenni dziennikarze, pracujący w Archiwum administracji getta, odnotowywali najważniejsze codzienne wydarzenia, takie jak dostawy jedzenia, zmiany w liczbie ludności, temperaturę w mieście (w lipcu i sierpniu 1944 r. nawet ponad 30 stopni Celsjusza), narodziny i zgony: do ostatnich dni w getcie rodziły się dzieci, a osoby młode i starsze popełniały samobójstwa, często rzucając się z okien kamienic albo dając się zastrzelić niemieckim żandarmom. – „Funkcjonariusze Służby Porządkowej przeczesują ulicę, potem nagle ją zamykają i wszystkich ludzi, których tylko mogą dopaść spędzają w jedno miejsce. (…) Zawstydzający, wstrząsający widok ulicy. Żydzi urządzają polowanie na Żydów niczym na dziką zwierzynę. Prawdziwe polowanie na Żydów zorganizowane przez Żydów. Ale co robić, nie ma innego wyjścia. Osoba wezwana musi się stawić. Jeśli uda mu się uzyskać zwolnienie, to dobrze. Jeśli nie, musi się stawić. To jest twardy nakaz chwili. (…)«Niech pan nie wychodzi na ulicę, bo pana złapią». Tymi słowami ludzie ostrzegali się wzajemnie”[3].

„Jednak teraz w getcie dzieje się tak samo, jak i w życiu, silniejszy pożera słabszego. Ktoś musi wyjechać. 700 osób w jednym transporcie. Ludzie będący u steru nie będą przecież wysyłać swych krewnych. I tu los jest sprawą rynkową”[4] – pisał kronikarz 14 lipca.

Do 14 lipca 1944 r. wywieziono z łódzkiego getta ponad 7 tysięcy osób. Deportacje nagle wstrzymano. Chaim Mordechaj Rumkowski, prezes Judenratu, uważał to za znak, że getto jest potrzebne Niemcom ze względów gospodarczych.

„Radość w getcie. Jeszcze nigdy getto nie było tak szczęśliwe. (…)” – odnotowywała kronika. – „Prezes natychmiast osobiście zadzwonił do Biura Kart i zarządził natychmiastowe uchylenie wszystkich blokad żywnościowych. Mknął jak strzała swą dorożką przez miasto, od jednego resortu do drugiego i do Centralnego Więzienia.

Ludzie obejmowali się na ulicy, całowali się w oddziałach i resortach: «Już nie będzie wysiedleń». Początkowo wcale się nie zastanawiano, czy to tylko krótkotrwała przerwa, czy ostateczne wstrzymanie transportów. (…) Getto odwykło od liczenia czasu w perspektywie dłuższej niż kilka godzin. Z początku nikt nie chciał w to uwierzyć. (…) Nie ma ani łóżka, ani krzesła, ani szafy, ale będzie się spać na podłodze i znów jakoś to będzie. Człowiek z getta jest jak kot, spada zawsze na cztery łapy. Znów ze wszystkim się upora. Centralny Punkt Skupu pewnie wszystko zwróci. Prezes na pewno zatroszczy się o to, żeby powracający z Centralnego Więzienia i punktów zbornych otrzymali pomoc”[5].

1 sierpnia przyszedł jednak rozkaz „ewakuacji getta” ze względu na zbliżanie się frontu wschodniego. Pozostający w Łodzi Żydzi nie mieli złudzeń, że czeka ich śmierć. Mimo zapewnień Hansa Biebowa, szefa niemieckiej administracji cywilnej, że po przesiedleniu podejmą pracę w lepszych warunkach, oraz zachęt ze strony Rumkowskiego, Żydzi nie chcieli sami zgłaszać się do wywózek.

W nocy z 7 na 8 sierpnia rozpoczęły się łapanki, które nie ominęły także zakładów pracy. Inaczej niż np. w Warszawie, Niemcy już w 1940 r. wyburzyli budynki otaczające mury getta, co właściwie uniemożliwiało jego mieszkańcom ucieczkę. Jedyną szansą na ocalenie było ukrycie się gdzieś w pustoszejącej dzielnicy

„Ja, moja rodzina i jeszcze znajomi, razem 33 osób, w tym 16-cioro dzieci, schowaliśmy się w podziemnym bunkrze” — wspominał Mendel Tron. — "Z nami była rodzina kierownika urzędu gospodarczego Zajberta. Miał on kierować oczyszczeniem getta [z pozostawionego mienia — P.B.]. (…) Z początku mieliśmy jedzenie z nagromadzonych zapasów, potem musieliśmy wychodzić. Szliśmy do mieszkań i szukaliśmy żywności. Niemiecka policja złapała 2 osoby na ulicach getta: mężczyznę (dra Wajskopfa) i małego chłopca z bunkru, odesłano ich do obozu pracy. Na drugi dzień znowu uciekli. – – Szukali i znaleźli ich kryjówkę. Zażądali, by wszyscy wyszli. Pierwszy wyszedł dr Wajskopf, wziął cegłę i uderzył Biebowa i Szwinda w głowę, upadli. Żydowscy lagerführerzy dobiegli do niego i zaczęli się z nim mocować. On by ich zabił, ale z tyłu podszedł rzeźnik Apt i uderzył Wajskopfa dwa razy żelazem po głowie, zranił go. Ciężko ranny klął Niemców, mówił, że chociaż zniszczyli 10 Żydów z bunkru, to świat i tak się dowie co zrobili z Żydami. – – Przyszedł szef Kripo, Neumann, i wpakował w niego jeszcze kilka kul.

W bunkrze było 13 osób, troje uciekło, Wajskopfa zabili, a 9 odesłano w niewiadomym kierunku”[6].

Doktor Daniel Weiskopf próbował wcześniej utworzyć ruch oporu w getcie. Jego śmierć nadeszła w sierpniu lub w listopadzie 1944 r., już trzy miesiące po zakończeniu wywózki.

Do 28 sierpnia wszystkie osoby pozostające w getcie, pod karą śmierci, miały zgłosić się do wywózki. 29 sierpnia odeszły ostatnie transporty — ogółem w tym miesiącu 67 tys. Żydów z Łodzi trafiło do obozu KL Auschwitz-Birkenau. Większość z nich od razu zamordowano w komorach gazowych, część zapędzono do pracy przymusowej na terenie obozu. W jednym z ostatnich transportów Łódź opuścił Rumkowski z żoną, bratem i częścią najbliższych współpracowników – został zamordowany w Auschwitz prawdopodobnie kilka dni później, na początku września 1944 r.

Około 1400 osób pozostało w trzech obozach przy ul. Jakuba i Łagiewnickiej. Z osadzonych przy ul. Jakuba utworzono Komando Porządkowe, które miało przeszukiwać opuszczoną dzielnicę w poszukiwaniu wszelkich wartościowych rzeczy. W obozie przy ul. Łagiewnickiej umieszczono specjalistów z branż chronionych przed deportacją. Członkowie Komanda Porządkowego pozostali w mieście do końca okupacji – chociaż w styczniu 1945 r. Niemcy chcieli ich wymordować, na wieść o wykopaniu masowych grobów postanowili się oni ukryć i doczekali nadejścia Armii Czerwonej.


Głód i nadzieja na koniec wojny. Przeczytaj fragment dziennika Heńka Fogla z getta łódzkiego

„Pokazać życie, które było walką”. Wywiad z autorami książki „Rok za drutem kolczastym”


Przypisy:

[1] Podstawowe informacje o wywózce z sierpnia 1944 r. podaję za: Adam Sitarek, „Otoczone drutem państwo”. Struktura i funkcjonowanie administracji żydowskiej getta łódzkiego, IPN, Łódź 2018; Adam Sitarek, Ewa Wiatr, Wstęp, w: Heniek Fogel, Dziennik, opracowali Adam Sitarek, Ewa Wiatr, Wydawnictwo ŻIH, Warszawa 2019, s. 17–21.

[2] Kronika getta łódzkiego/Litzmannstadt Getto 1941–1944, tom IV. 1944, opracowanie i redakcja naukowa Julian Baranowski i in., Archiwum Państwowe w Łodzi/Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, Łódź 2009, s. 422, przypis 248.

[3] Tamże, s. 422–423.

[4] Tamże, s. 424.

[5] Tamże, s. 426.

[6] Mendel Tron, [Bunkry w getcie łódzkim], „Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego” nr 54, kwiecień-czerwiec 1965, s. 130–131.



Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem