Fuks na wojnie

Z prof. Marianem Fuksem, historykiem, muzykologiem, byłym dyrektorem Żydowskiego Instytutu Historycznego, pułkownikiem Wojska Polskiego, autorem ponad tysiąca prac z dziedziny historii i kultury rozmawia Piotr Korczyński.

Wide  en  mgl4222
Prof. Marian Fuks  /  fot. Grzegorz Kwolek (ŻIH)

Przez wiele lat był pan związany z prasą wojskową, zajmował się także jej badaniem. Z „Polską Zbrojną” również?

Mój ojciec był zagorzałym piłsudczykiem. W naszym domu popiersie Marszałka stało na honorowym miejscu. Ojciec często kupował „Polskę Zbrojną”, w której kult Józefa Piłsudskiego był wyraźnie eksponowany. Według mnie przed wojną to pismo było jednym z najlepiej redagowanych dzienników w kraju. Dowodem na to jest m.in. to, że chętnie czytały je osoby z wojskiem niezwiązane. Mój sentyment do „Polski Zbrojnej” wynika również z tego, że kiedy dziennik ten został reaktywowany w styczniu 1945 roku, publikowałem w nim swoje pierwsze recenzje i artykuły o muzyce. Byłem wtedy oficerem 1 Warszawskiej Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. Kiedy zaś po wojnie pisałem pracę magisterską o prasie wojskowej, poznałem założyciela „Polski Zbrojnej” – płk. Remigiusza Kwiatkowskiego, wtedy już starszego, schorowanego człowieka. Był postacią niezwykle barwną, a przy tym utalentowaną literacko. Ukończył studia historyczne i filologiczne w Warszawie, orientalistyczne w Moskwie i archeologiczne w Petersburgu. Jako działacz niepodległościowy poznał też dobrze carskie więzienia. Publicystyką prasową zajmował się jeszcze przed I wojną światową.

W pana życiu było wiele zaskakujących wydarzeń, które przypominają połączenie opowiadań Gogola i Czechowa z domieszką historii opisanych przez Sołżenicyna. Pewne zdjęcie na przykład omal nie doprowadziło pana przed pluton egzekucyjny.

Zrobiono mi je na przepustce w czasie służby wojskowej w 1938 roku. Elegancka młoda kobieta, która przy mnie siedzi na ławce, to koleżanka siostry – Anna Moor. Kiedy 1 września 1939 roku niemiecka armia zaatakowała Polskę, miałem kartę mobilizacyjną do 1 Pułku Szwoleżerów. To była tzw. karta z niebieskim paskiem, zobowiązująca do stawienia się na wezwanie, ale ono niestety nigdy nie nadeszło. 6 września, po apelu radiowym płk. Romana Umiastowskiego nakazującym opuszczenie Warszawy m.in. rezerwistom Wojska Polskiego, wyruszyłem na wschód. Kiedy żegnałem rodziców i siostry, nie pomyślałem, że już nigdy ich nie zobaczę... Po wielu perypetiach dotarłem do Kowla, gdzie 17 września wkroczyła Armia Czerwona. Na przełomie 1939 i 1940 roku zesłano mnie na daleką północ, bo odmówiłem przyjęcia sowieckiego obywatelstwa. Tam w posiołku [osiedle zamieszkane przez zesłańców] Nierczuga aresztowano mnie i pod konwojem odstawiono do aresztu NKWD w Krasnoborsku. Śledczy oświadczyli, że jestem oskarżony o szpiegostwo, kontrrewolucyjną agitację i sabotaż. Groziło mi od ośmiu lat pozbawienia wolności do kary śmierci. To były poważne zarzuty, ale ich uzasadnienie może budzić dziś uśmiech, jak w Gogolowskiej farsie. Miałem rzekomo zataić, że byłem polskim oficerem. Świadczyć miały o tym donos oraz wspomniane zdjęcie, które znaleziono przy mnie w czasie rewizji w Nierczudze.

Przecież pan nie był oficerem...

Moje tłumaczenia, że jestem jedynie starszym strzelcem, co widać na zdjęciu, i kapralem rezerwy, nie przekonało enkawudzisty. Dla niego elegancki mundur, wysoka rogatywka, szabla u boku i buty z ostrogami, a ponadto towarzystwo eleganckiej dziewczyny w futerku były dobitnymi dowodami na to, że ma przed sobą oficera. Zarzut kontrrewolucyjnej agitacji postawiono mi zaś za krytyczne wypowiedzi na temat Związku Sowieckiego. Według donosu jednego ze współwięźniów, z którym razem rąbałem las, miałem powiedzieć: „Hitler jest dobry, ale Stalin też nie jest zły”. Zarzucono mi na dodatek sabotaż. Kiedyś w czasie przerwy na wyrębie otrzymaliśmy czaj. Tę obrzydliwie zimną lurę wylałem za siebie. Nie zauważyłem, że stał tam przywiązany do drzewa koń naszego brygadzisty Francowa. Wprawdzie ani kropla herbaty go nie dosięgła, ale Francow wrzeszczał, że chciałem jego wierzchowca poparzyć wrzątkiem...

Choć zarzuty wywołują śmiech, mogło skończyć się plutonem egzekucyjnym...

I stanąłem przed plutonem egzekucyjnym. Śledztwo trwało dziesięć dni, w czasie których enkawudziści starali się zmusić mnie do podpisania protokołu śledztwa. Zapierałem się. Wreszcie dyżurny zaprowadził mnie nad pobliską rzekę. Po drodze namawiał mnie, abym podpisał protokół, bo szkoda mojego młodego życia. Na brzegu stała mała budka. Ustawił mnie pod oknem i oświadczył, że jeśli nie zgodzę się podpisać protokołu, ma rozkaz za godzinę mnie rozstrzelać. Wszedł do budki i w oknie ustawił w moją stronę przeładowany karabin. Po godzinie znowu zaczął namawiać do podpisania protokołu, pocieszając: „Kary śmierci ci nie dadzą, może jakieś osiem lat. Jesteś młody, przeżyjesz”. W końcu odprowadził mnie do aresztu. Po ostatniej próbie namówienia mnie na ustępstwo przesłuchujący lejtnant oświadczył, że tę sprawę przekazują do Moskwy. W ten sposób bez sądu zostałem zaocznie skazany przez moskiewskie „osoboje sowieszczanije” na trzy lata „insprawitielno-trudowych łagieriej” jako „socjalno-opasnyj element”. Wyrok rozpocząłem w „pieresylnym łagrze”, czyli obozie etapowym w Kotłasie, a następnie przewieziono mnie do łagru w Uchcie. Stałem się jednym z zeków – mieszkańców archipelagu Gułag. Kiedy odsiadywałem wyrok, moja rodzina ginęła w rozpętanym przez Niemców w Polsce Holokauście...

Pański wyrok zakończył się wraz z podpisaniem układu Sikorski-Majski w lipcu 1941 roku?

Tak. Wcześniej jednak zdarzył się jeszcze inny cud. Po kilku dniach wycieńczającej pracy stwierdziłem, że koniec ze mną. Wtedy do obozu przybył nariadczyk [osoba, która zajmowała się organizowaniem brygad roboczych] z listą specjalistów z wyższym wykształceniem. Jakież było moje zdumienie, kiedy wśród geologów, inżynierów i profesorów wyczytano moje nazwisko z dopiskiem „ekonomista”. Oczywiście nie miałem wtedy żadnego wyższego wykształcenia, a w aktach było wpisane „liceum ekonomiczne”. W 1933 roku ukończyłem elitarną Szkołę Handlową Zgromadzenia Kupców i to mnie uratowało. Przydzielono mi pracę w biurze „techniczeskowo snabrzenija”, czyli zaopatrzenia technicznego. Prowadziłem kartoteki części zamiennych i sprzętu dla licznych w Uchcie kopalni. Niemniej jednak i mnie dopadła słynna obozowa choroba – cynga, czyli szkorbut. Znajomy polski lekarz, więzień, dał mi nielegalnie, jak to się mówiło „pod strachem Boga”, kilka zastrzyków z witaminą C przeznaczonych tylko dla nadzorców łagru.

Na początku sierpnia 1941 roku któregoś dnia o poranku obudzono więźniów ze wszystkich baraków i nakazano zbiórkę z rzeczami w strefie utworzonej w nocy w samym środku obozu przez sprowadzoną w tym celu specjalną brygadę. Kiedy szeroki na kilkanaście metrów i otoczony drutem kolczastym teren zapełnił się tłumem więźniów, z głośników usłyszeliśmy informację o amnestii dla polskich obywateli. Odczytano też rozkaz: „Obywatele sowieccy mają udać się przez przejście z prawej strony do obozu i tam, zgodnie ze wskazaniami nariadczyków, udać się do baraków. Polscy obywatele pozostają w zonie, a każdy, którego obejmuje amnestia, będzie wyczytany z listy i uda się do lewej strony obozu”. Rozpoczęło się wyczytywanie nazwisk i sprawdzanie dokumentów. Polacy, również Żydzi polscy, przechodzili na lewą stronę obozu. Ja znalazłem się wśród szczęśliwców na liście. Każdy z nas dostał dokument uprawniający do podróży po Związku Sowieckim i parę rubli. Każdy też mógł sobie wybrać miejsce, do którego chciałby się udać i szukać tam pracy.

Jaki pan kierunek wybrał?

Z kilkoma kolegami zdecydowaliśmy się na Baszkirię. Po wielu perypetiach wylądowałem w Inzerze, miejscowości leżącej u stóp Uralu. Miałem problem ze znalezieniem pracy, bo oprócz „wysokich ekonomicznych kwalifikacji” miałem zaropiałe oczy po cyndze. W końcu zostałem w Inzerze „szczotowodem”, czyli pomocnikiem księgowego. Największym szczęściem było jednak to, że zamieszkałem w domu dziadka Aloszy i babuszki Tani, którzy traktowali mnie jak syna. Szybko doszedłem do zdrowia, nie miałem jednak żadnych wiadomości od rodziny z kraju. Ból rozłąki z najbliższymi trochę łagodziła gazeta „Polska. Tygodnik Polaków w ZSRR”, wydawana przez polską ambasadę w Kujbyszewie. Wycinałem zdjęcia polskich miejscowości, zwłaszcza Warszawy, które wklejałem do zrobionego własnoręcznie albumu z polską flagą na okładce. Zresztą mam go do dziś. Z tej gazety dowiedziałem się też, że pod dowództwem gen. Władysława Andersa formuje się polska armia. Niezwłocznie napisałem list do ambasady z prośbą o przekazanie władzom wojskowym mojego zgłoszenia do służby, ale niestety, nie otrzymałem odpowiedzi. Za to 20 maja 1943 roku wręczono mi „powiestkę” – wezwanie do stawienia się w stolicy Baszkirii, Ufie, do wojenkomatu w celu odbycia służby w Armii Czerwonej! To był dla mnie szok. Jako obywatel polski nie chciałem o tym słyszeć...

Nie służył pan jednak w radzieckim mundurze. Jak udało się tego uniknąć?

Zdecydował o tym kolejny w moim życiu nieoczekiwany obrót spraw. W desperacji wysłałem telegram do ambasadora Stanisława Kota z prośbą o interwencję. Tym razem odpowiedź dostałem nadspodziewanie szybko, bo 26 maja, kiedy czekałem już spakowany z tobołkiem na wyjazd do Ufy. Telegram miał nadruk „prawitielstwiennaja” – czyli rządowa, co było kluczem do szczęśliwego zamknięcia tej sprawy. Treść telegramu brzmiała tak: „Powołajcie się na notę komisarza spraw zagranicznych nr...” – niestety już nie pamiętam jaki – „...o tym, że polscy obywatele nie są zobowiązani służyć w Armii Czerwonej i batalionach pracy. Podpisał: Ambasador Rzeczypospolitej Polskiej Stanisław Kot”. Uzbrojony w takie pismo pojechałem do wojenkomatu. Dokument z nadrukiem „rządowy” zrobił takie wrażenie, że po kilku dniach wróciłem z powrotem do Inzeru, gdzie zdążyłem awansować na głównego księgowego.

Ta sprawa była prawdopodobnie jedną z ostatnich pozytywnie załatwionych przez ambasadora rządu polskiego w Związku Sowieckim. Kiedy udało się panu ponownie włożyć polski mundur?

Gdy zgłosiłem się do sztabu 1 Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki w Sielcach nad Oką, otrzymałem skierowanie do leżącego niedaleko Biełoomutu, gdzie formowano 1 Brygadę Pancerną. Oświadczyłem, że jestem kawalerzystą i z bronią pancerną nie mam nic wspólnego. Półżartem odpowiedziano mi, że w takiej formacji potrzebni są również żołnierze innych specjalności. Później zauważono, że dobrze radzę sobie z językiem rosyjskim w mowie i piśmie. Niebagatelne było też moje „ekonomiczne” wykształcenie. Tak zostałem szefem kancelarii kwatermistrzostwa brygady. W szeregach 1 Brygady Pancernej przeszedłem jej cały szlak bojowy. Brałem udział m.in. w walkach na przyczółku magnuszewskim i w słynnej bitwie pod Studziankami. Wtedy przeżyłem ciężki nalot lotniczy, ale najbliżej śmierci byłem chyba... 8 maja 1945 roku. W mojej ewidencji wojskowej mam zapisane: „Kontuzjowany w walkach o Gdynię i Gdańsk”.

Kiedy nocą Niemcy podpisali kapitulację, brygada stacjonowała we Wrzeszczu koło Gdańska. Na wieść o tym rankiem zapanowała wśród nas wielka euforia. Mój szef, kwatermistrz brygady ppłk Stefan Szczepański, wydał mi rozkaz, bym wziął ciężarówkę oraz dwóch żołnierzy i pojechał do stojącego niedaleko opuszczonego magazynu napojów po kilka skrzynek piwa. Tam na bramie ktoś kredą napisał „Minnyj karantin”, czyli kwarantanna na miny. Wydałem kierowcy polecenie, by zawrócił, ale obok nas przejechała rosyjska półciężarówka. Otworzyli bramę i przejechali bez przeszkód. Jeżeli tak, to i my jedziemy! A tu trach! Nasza ciężarówka najechała na minę. Wybuch rozwalił szoferkę. Jej fragmenty uderzyły mnie w kark. Straciłem przytomność. Kontuzja nie okazała się groźna, ale dość długo przyjmowałem środki przeciwbólowe, a ból w tyle głowy odzywał się przez wiele lat.

Kiedy dowiedział się pan o tragicznym losie swojej rodziny?

Szczegółów z ostatnich chwil moich bliskich nie poznałem nigdy. Kiedy w sierpniu 1944 roku nasza brygada znalazła się pod Warszawą, zaczęły do mnie docierać coraz dokładniejsze wiadomości o getcie. Z niecierpliwością wyczekiwałem zdobycia Pragi, bo przecież tam, na ulicy Targowej 63, spędziłem z matką, ojcem i dwiema siostrami ponad 20 lat. Kiedy tam dotarliśmy, od razu poszedłem do naszego domu, bo okazało się, że ocalał i został zamieniony na biuro Polskiego Radia. Od sąsiadki dowiedziałem się, że moja rodzina została przekwaterowana do getta. Prawdopodobnie przeniosła się do brata mojej mamy, Samuela Wrońskiego, przed wojną zamożnego właściciela garbarni. Usłyszałem też, że wcześniej młodsza siostra Bela i jej narzeczony, wykształcony w Wiedniu specjalista od poligrafii, pianista, jazzman, dokądś wyjechali, a starsza Regina z narzeczonym podobno biorą udział w powstaniu warszawskim.

Kiedy krążyłem po ulicy Targowej, ktoś nagle zawołał mnie po imieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem kolegę szkolnego – Szlamę Bursztyna w... kolejarskiej czapce. Padliśmy sobie w objęcia. „Szlamek, żyjesz!”, krzyknąłem, a on mi odpowiedział: „Nie jestem żaden Szlama Bursztyn, tylko Stanisław Bieniasz, z zawodu konduktor... Oto moja kenkarta”. Okazało się, że ożenił się z Polką, a jego szwagier urządził go na stanowisku konduktora wąskotorówki otwockiej. Od Szlamka dowiedziałem się wielu strasznych szczegółów dotyczących warszawskich Żydów...

Henryk Prajs bardzo dobrze wspominał służbę w 3. Pułku Szwoleżerów. Podkreślał, że kadra pułku szczególnie dbała o to, by nie było żadnych przejawów dyskryminacji szwoleżerów nie tylko żydowskiego czy ukraińskiego pochodzenia, ale też niemieckiego. Jakie są pana doświadczenia z 9 Pułku Strzelców Konnych?

Podobne do tych Henryka Prajsa, którego zresztą znałem. Mimo obaw mojej mamy, która namawiała ojca, by dzięki swoim znajomościom wśród kadry oficerskiej wyreklamował mnie z wojska, okazałem się zdolnym kawalerzystą. Nie tylko polubiłem jazdę konną, szermierkę szablą i operowanie lancą, ale też stałem się wręcz ulubieńcem pułkowego postrachu rekrutów – wachmistrza Dybciaka. Opowiem anegdotę związaną z wachmistrzem Dybciakiem. W magazynie mundurowym szwadronu, w którym dokonywano także drobnych napraw, pracował strzelec konny Mojżesz Menachowski rodem z Białegostoku, z zawodu krawiec. Pewnego dnia wdał się w awanturę ze strzelcem konnym Kunawiczem, któremu nie spodobały się przydzielone bryczesy. W czasie kłótni wrzasnął do Menachowskiego: „Ty parszywy Żydzie!”. Usłyszał to przechodzący obok Dybciak. Zameldował o tym dowódcy szwadronu, rotmistrzowi Robakowi. Zrobiła się z tego afera. Zebrano cały szwadron na odprawę i do dziś pamiętam słowa rotmistrza Robaka: „To wy macie być obrońcami ojczyzny? Tu nie ma podziału na Żydów, Białorusinów, Ukraińców i Polaków! Tu są polscy żołnierze. Nie będziemy tolerować takich wyskoków, jaki miał miejsce. Zapamiętajcie to sobie!”. Kunawicz został skazany na siedem dni służby stajennego poza kolejnością.

Co pan jeszcze zawdzięcza pracy w „Polsce Zbrojnej”?

Podobnie jak nieodżałowanej pamięci Henryk Prajs, mam wiele miłych wspomnień związanych z wojskiem. To w jego szeregach zaczęła się moja kariera dziennikarska i naukowa. Mogłem też, co miało dla mnie niebagatelne znaczenie, oprócz podejmowania w „Polsce Zbrojnej” czy „Przeglądzie Kwatermistrzowskim” tematów stricte wojskowych, pisać o mojej wielkiej pasji: muzyce. Zresztą wiele ważnych sfer mojego długiego życia miało swój początek w „Polsce Zbrojnej”, choćby późniejsza praca magisterska i doktorska z historii prasy wojskowej. Kto by kiedyś pomyślał o tym, że chłopak z warszawskiej Pragi, który w czasie zabaw z rówieśnikami w policjantów i złodziei zawsze odgrywał rolę złodzieja, będzie miał tak barwne, wielowymiarowe życie, że oprócz służby wojskowej czy propagowania muzyki będzie w przyszłości dokumentować tak bogate i tragiczne zarazem dzieje Żydów polskich.

---------------------------

Artykuł ukazał się w „Polsce Zbrojnej”, nr 4, kwiecień 2019.





This website uses cookies to collect statistical data. If you do not accept it, please disable cookies in your web browser. I understand