Wykład Belli Szwarcman-Czarnoty

Tekst wykładu wygłoszonego przez laureatkę, Bellę Szwarcman-Czarnotę podczas uroczystości wręczenia nagrody im. Jana Karskiego i Poli Nireńskiej, która odbyła się w dniu 26 listopada 2018 r. w Żydowskim Instytucie Historycznym.

Wide glowne

Zacznę od serdecznych podziękowań – dla szacownej kapituły, dla rodziny, dla przyjaciół i znajomych. Dla wszystkich bliskich i nieco dalszych, dla Was wszystkich tutaj, bo bez Was zapewne nie robiłabym tego, co robię. Mało kto pisze wyłącznie do szuflady i niewiele osób chce przemawiać tylko do siebie.

Przede wszystkim chciałam mówić najpierw do rodziny – do córki i męża, żeby opowiedzieć im o historii rodziny, o żydowskiej historii, o tym, co łączyło kolejne pokolenia.

Po to, żeby zachować to, co żydowskie. Bo nie jest łatwo być kroplą w morzu. A więc najpierw chciałam wyposażyć w wiedzę – taką, jaką miałam, swoją córkę. Żydowski Instytut Historyczny był, nieprzypadkowo, moim pierwszym miejscem pracy na tej drodze, po rozstaniu z PWN-em. A potem kolejny krok – praca w „Midraszu”, do której zaprosił mnie założyciel pisma Konstanty Gebert. Choć nie odgrywałam takiej roli, jaką on sobie dla mnie wyobraził, to znalazłam swoje miejsce i czułam, że jest to miejsce właściwe. Intensywnie pracując i cały czas intensywnie się ucząc spędziłam tam 21 lat. Teraz z pierwotnego składu redakcji zostało nas tylko dwoje, Piotr Paziński i ja, i zmagamy się z przeciwnościami. Jestem mu wdzięczna za stałą zachętę do pracy, za to, że – jak powiada – „trzeba jakoś uzasadnić swoje istnienie”.

Nagroda, którą mnie wyróżniono, zobowiązuje. Zobowiązuje do tego, żeby pamiętać o tym, kto tę nagrodę ufundował i na czyją część. O Janie Karskim wiemy sporo, o jego żonie, Poli Nireńskiej-Nirensztajn — znacznie mniej. Zapewne zakres naszej wiedzy poszerzy się, gdyż niebawem ukaże się książka pani Weroniki Kostyrko.

Pola Nireńska mieszkała w kamienicy położonej tuż obok gmachu, w którym obecnie przebywamy, przy Tłomackiem 3. Jej powołaniem był taniec i to powołanie realizowała. Gdy miała wyjść za mąż za Jana Karskiego, przyszły mąż poprosił ją o przyjęcie chrztu tak, by mogli wziąć ślub kościelny. Pola Nireńska nie miała nic przeciwko temu – wtedy.

Karski i Nireńska rozmawiali ze sobą po angielsku – nie przyszło mu do głowy, że urodzona w Polsce i tam wychowana Pola, potrafi. A ona nie wyprowadzała go z błędu, dopiero, gdy odwiedził ich brat Karskiego, który zresztą sprzeciwiał się ślubowi, Pola przemówiła po polsku. O Zagładzie, o działalności Karskiego, o jej rodzinie nie rozmawiali przez wiele lat. To milczenie, takie milczenie było udziałem wielu rodzin żydowskich czy żydowsko-polskich. Było też dramatem dla kolejnego pokolenia. Dzięki Bogu to milczenie nie dotknęło mojego rodzinnego domu.

Gdy na prośbę męża Pola Nireńska przestała tańczyć, zaczęła ją nękać depresja. Cierpiała z jej powodu, ale też z powodu osaczającej ją starości, zmagała się też z poczuciem winy wobec tych z jej rodziny, którzy jej zginęli. Zaczęła żałować przejścia na katolicyzm, nie z powodów religijnych, ale dlatego, że uważała, iż w ten sposób oddzieliła się od rodziny, która zginęła. Milczenie i poczucie winy — to dotknęło niemal wszystkich ocalałych i ich rodziny. Poeta Aron Cejtlin, który przypadkowo – w celach zawodowych – znalazł się przed wybuchem wojny w Nowym Jorku i już stamtąd dowiedział się o zagładzie rodziny.

Oto jak wyraził to poczucie winy w wierszu:

Nie przypadł mi ten zaszczyt

Zawczasu z Polski wyjechałem,

Bóg od straszliwej wojny mnie odsunął.

Dlaczego? Dlaczego Polskę opuściłem?


Nie przypadł mi ten honor, by z narodem moim

pójść drogą płomieni.

I jak niewybaczalny grzech boleśnie czuję,

że wciąż żyję.

Żyję i wiersze składam.

Poczucie winy wkrótce mnie zatruje,

chyba że obiorę jedną z trzech postaci,

co są gotowe przesłonić moją winę;

które czekają i wzywają mnie żarliwie.

Jedna z nich to świętość, druga obłąkanie,

samobójstwo trzecia.

 

Lecz dla słabeusza samobójstwo rzecz zbyt twarda,

nazbyt mały jestem, aby przyjąć świętość,

i nawet nie jest mi dane w obłędu otchłań popaść.

(przekład: Bella Szwarcman-Czarnota)

 

Do tańca Nireńska wróciła, bo taniec był treścią jej życie. A może też dlatego, że gdy tyle się przemilcza, ważne jest, by przemówić inaczej – ruchem, gestem. Ze sceną ostatecznie pożegnała się spektaklem – tetralogią Holokaustu. Popełniła samobójstwo w 1992 roku, cierpiąc ponad miarę.

O cierpieniu, które nie pozwala dłużej żyć, mówi w swoim komentarzu do czytania Chajej Sara (Życie Sary) Kalonymus Kalman [Kelmisz] Szapiro, rabin Piaseczna, od 1923 roku rabin w Warszawie, potem ostatni rabin getta warszawskiego. Stracił syna w bombardowaniu w pierwszych tygodniach wojny, a potem córkę. W getcie mieszkał przy ulicy Dzielnej 5, zorganizował tam dom modlitwy, w którym nauczał i kuchnię dla potrzebujących. Został rozstrzelany w obozie w Trawnikach w 1943 roku. Swoje kazania, a właściwie, jak je nazywał tory, sam spisał po hebrajsku, choć wygłaszane były w jidysz, umieścił w bańce i zakopał. Zostały odnalezione po wojnie podczas budowy osiedla i przetłumaczone na wiele języków, również na polski, wydane pod tytułem Święty ogień.

Czytanie Chajej Sara, sprzed trzech tygodni, mówi, wydawałoby się paradoksalnie, o śmierci Sary. Komentarz do Chajej Sara wygłosił podczas trzeciego szabatowego posiłku (seuda szliszi) w 1939 roku. Cytuje najpierw komentarz Rasziego, który powiedział: Dlaczego wiadomość o śmierci Sary pojawia się tuż po tym, jak Abraham ofiarował Izaaka? Chodziło o to, by pokazać, że nawet mocna, wyjątkowa kobieta jak Sara nie była w stanie znieść tak wielkiego cierpienia, jakiego doznała, gdy się dowiedziała się, na jaką próbę był wystawiony jej syn. Skoro jej było trudno, to tym bardziej zwyczajnym ludziom, im jest trudniej znosić cierpienia.
Rabin Szapiro dodaje, że Sara oddała duszę Wiekuistemu rozmyślnie, by pokazać Mu, że istnieje takie cierpienie, jakiego człowiek znieść nie może, więc umiera, a jeśli nawet pozostanie przy życiu, to jego duch, inteligencja i siła są złamane.

Pola Nireńska odebrała sobie życie, gdy nie mogła tańcem i gestem wyrazić tego, o czym milczała. O czym milczeli – ona i jej mąż. Ona siłę czerpała z tańca.

 Z czego można czerpać siłę, poczucie przynależności, na czym budować tożsamość – o tym mówi poetka Malka Heifetz-Tussman, urodzona w latach 90 XIX w. na Wołyniu i która w 1914 roku wyemigrowała do Ameryki. W swoim wierszu Kelers un bojdemer (Piwnice i strychy) ze zbioru „Pod twoim znakiem” powiada:

Mój przyjaciel – poeta Ted

Przyszedł się pożegnać.

Chciał powiedzieć szalom.

Lubi to słowo, bo gdy się powie szalom, nie trzeba mówić już nic więcej.

Ted jedzie do rodziców, którzy są starzy, ale nadal mieszkają w wielkim domu w Bostonie i nie chcą się pozbyć niczego z piwnicy i strychu.

Dobrze jest w piwnicy dotknąć starego dębowego stołu i ławy na solidnych nogach.

Dzieciaki biegną na strych, otwierają wielkie kufry, chwytają klucze, które już nie otwierają niczego. Dziewczęta wyciągają stare suknie, krynoliny, z których przez dziury w brokacie sterczą fiszbiny, owijają się ręcznie wykończonymi szalami i wpinają we włosy wielkie grzebienie, a w uszy kolczyki, które się tak pięknie kołyszą.

Chłopcy przebierają się w szynele i mundury z wielkimi guzikami, z rewolwerami zbiegają po schodach na dół, wzniecając tumany kurzu.

„ Tyle historii, tyle tradycji na tych starych strychach. Niech dzieciaki wiedzą, skąd pochodzą”.

„Tak — odpowiada poetka — dzieci to nie są rzodkiewki,

 ich korzenie sięgają głęboko.”

Ja też zabiorę moje maluchy do starego domu: dobrze będzie dotknąć w piwnicy pulpitu na księgi mojego dziadka i maszynki do mielenia macy, miedzianych rondli, w których babka i ciotki smażyły konfitury. Dziewczynki przymierzą czepek i chustką szterntichl, modlitewnik dla kobiet, tchinę napisaną przez Sorę bas Tojwim, może wytropią wetknięty gdzieś sznur pereł, które dziadek podarował babci w dniu jej ślubu, a może kolczyki, które zakładała zawsze przed błogosławieniem świec.

Chłopcy znajdą odświętny strój, w którym dziadek jeździł do cadyk z Czarnobyla,, kipę, tałes i tefilin, które niegdyś nosił rabejnu Tam, woreczek ziemi z Erec Isroel,szofar, którego dźwięki mogą rozpłatać niebo i besaminkę w kształcie karabinu.

Tak, dzieci muszą wiedzieć skąd pochodzą

A Ted pyta:

Gdzie jest twój stary dom?

Twoja piwnica? Twój strych?

A ja odpowiadam mu tak po żydowsku, pytaniem na pytanie:

Gdzie jest stary dom mojego dziadka?

Wielu z nas nie widziało nigdy domu dziadka, ani strychu, ani piwnicy. W miejscu, gdzie stał dom mojego dziadka Jehudy Lejba Liberzona w Bereźnem na Wołyniu, rośnie trawa. Moje pokolenie jest jak potomkowie Noego, urodzone po potopie.

Kiedy z piwnic i strychów ocalało jedynie kilka przedmiotów i zdjęć – wszystko musi się opierać na słowach, na gestach, na muzyce. W opowiadaniach, wspomnieniach, w spisywaniu ich. Trzeba mówić, trzeba pisać, przetwarzać. Zajmować się tym, co ojciec Icyka Mangera, niezwykły krawiec i niezwykły ojciec, określił jako literatojre – połączenie literatury z Torą, rozumianą jako nauczanie, z Torą – jako dziedzictwem.

I tu zwrócić by się należało w stronę Wilna. Wilna i Nowego Jorku, jako że YIVO jest mostem łączącym oba te miasta. Ważne dla mnie, bo z archiwów wileńskich i nowojorskich korzystałam dzięki stypendium Rachel i Abrahama Melezinów, mogłam przyjrzeć się z bliska z dokumentami dotyczącymi rodzinnej historii, mającej swoje mocne korzenie w Wilnie i jego jidyszowych instytucjach: seminarium nauczycielskim, chórze Jakowa Gersztejna, Żydowskim Instytucie Muzycznym. Z działalnością tych instytucji, z trudnościami ze strony władz, jakich doświadczały.

Wileńskie YIVO – Żydowski Instytut Naukowy — powstał w 1925 r. i, dopiero okupacja nazistowska położyła kres działalności w tym miejscu i w tej postaci. A wówczas YIVO odrodziło się w Nowym Jorku, dokąd przeszmuglowano wyniesione z narażeniem życia skarby – bibliotekę i dokumenty – za sprawą papierowej brygady (papir brigade), w której działali m.in. Awrom Suckewer i Szmerke Kaczerginski. Nie wszystko zostało wywiezione z Wilna do Nowego Jorku czy przez nazistów do Niemiec– znaczna część materiałów została na miejscu. Dwa lata temu, w kościele św. Jerzego, nazywanym też Pałacem Książki, jako że gromadzono tam zniszczone książki i dokumenty z nie istniejących już organizacji i instytucji, odnaleziono dwa lata temu ogromny zbiór dokumentów, fotografii, rękopisów. W sumie liczący około 170 000 stron. Został on ukryty przez wieloletniego dyrektora Pałacu Książki, nieżyjącego już bibliografa Antanasa Ulpisa, który rozumiał, że w latach władzy radzieckiej tego rodzaju dokumenty nie mają szansy przetrwać. Te dokumenty, najczęściej w złym i bardzo złym stanie, wymagają wielu lat pracy fachowców najwyższej klasy – wspólnej pracy nowojorskiego YIVO i działu Judaica w Bibliotece Mażvydasa w Wilnie. Zebrania środków na ten cel. Rok temu w Nowym Jorku pokazano część znalezisk, potem oglądałam je wszystkie w Wilnie, dzięki życzliwości dr Larysy Lempert. Wśród znalezisk w języku hebrajskim, jidysz, polskim, rosyjskim, niemieckim list napisany przez Marka Chagalla do dyrekcji YIVO w sprawie utworzenia Muzeum Sztuki, rękopisy znanych i nieznanych utworów Suckewera, Chaima Gradego, wypracowania napisane ręką dziecka w jidysz, m.in. życiorys Szolema Alejchema, ale też jego listy.

Z ogromnym wzruszeniem odnalazłam rękopis powieści fantastycznej In tojznt jor arum, nieznanego dotychczas utworu Lejzora Wolfa, wileńskiego poety. Nad przekładami jego nie znanej szerszemu gronu czytelników poezji pracowałam mniej więcej dwa lata temu.

Wolf zapewne napisał tę powieść jeszcze przed wybuchem II wojny światowej, ucieczką z Wilna do Białegostoku, a potem przedwczesną śmiercią w Azji Środkowej. Zmarł w 1941 roku w Szachrizabs Uzbekistanie z głodu czy na tyfus w wieku lat 37.

Obecnie dzieło Lejzora Wolfa jest znane tylko nielicznym, ale w międzywojennym Wilnie na jego spotkania autorskie przychodziły tłumy. Suckewer napisał o nim, że jest spadkobiercą Hioba i Motke Chabada, dowcipnisia i badchana wileńskiego. Wolf, a właściwie Mekler, należał do grupy Jung Wilne, nie końca przystawał jednak do tej grupy. Urodzony w biednej rodzinie w 1910 roku, uczęszczał do jednej z bardziej znanych świeckich szkół wileńskich – folksszul Gurewicza, a potem rok do innej świeckiej szkoły, Meficej Haskala. Potem jego szkołą i uniwersytetem była – jak dla wielu niezamożnych i ambitnych młodych ludzi z żydowskich rodzin — była wspaniała biblioteka Straszuna, w której przesiadywał całymi dniami.

Pierwszy wiersz opublikował jako szesnastolatek w warszawskiej gazecie „LIterarisze bleter”, w późniejszych latach publikował najczęściej w „Wilner Tog”, piśmie będącym trybuną grupy artystycznej Jung Wilne.

Szlojme Belis – poeta, jeden z założycieli grupy, który później był krytykiem literackim, notabene dobrze znanym również w powojennej Polsce ze swych książek i publikacji w gazecie „Fołks Sztyme” w książce Portretn un problemen, wydanej przez Jidisz Buch w 1964 roku, zamieścił esej — wspomnienie poświęcone twórczości Wolfa i jemu samemu.

Niebywała wprost płodność poety budziła niejednoznaczne odczucia. Poeta bowiem postanowił opublikować tysiąc i jeden wierszy i zrealizował swoje postanowienie.

Mój smutek jest ciemnym cielątkiem,

Moje życie — czarna jaskółką,

Która ostrzega, przepowiada,

ze wiosna nie żyje…

W innym wierszu porównuje noc do brązowej twarzy Puszkina, a księżyc do jasnej głowy Jesienina. O sobie powiada:

Podążałem głębokimi śladami

Lejzera Wolfa, młodego mędrca,

Co miał myśli niezwykłe,

Lecz nigdzie go nie spotkałem,

Ani na górach,

Ani w dolinach,

Ani w jaskiniach,

Ani w niebiosach.

Gdzie może być ten młody starzec,

Chmurny geniusz młodych ksiąg?

Gdzie się podział nasz ulubieniec,

Co ciężkie sny śni w lekkiej duszy?

[…]

I okazuje się, że nigdy go nie było

Na naszej ziemi, w naszych kręgach,

A ślady jego zatarł

Stary wilk, co śmierci szuka

W wyschniętych lasach…

 

Kim więc był w ogóle?

Białym kotem w worku?

Cebulą na księżycu?

Kto mógł go zjeść?

[…]

I okazuje się, że nigdy go nie było,

I nie będzie nigdy i się nie stanie,

A jego ślad został sfałszowany.

We wspomnianym już szkicu Lejzer Wolf – der mencz, der dichter Szlojme Belis opisuje, jak podczas wizyty w mieszkaniu Wolfa zamarł na widok szuflad, z których wylewały się papiery zapisane utworami poetyckimi, dramatami, niedokończonymi powieściami. I przede wszystkim – owe tysiąc i jeden wierszy. Czy był to dziecięcy kaprys, czy dziwaczny eksperyment – tego Belis nie zdołał rozstrzygnąć. Wykrztusił tylko: – Tak nie wolno. – Czego nie wolno? – zapytał Wolf. – Tak wiele pisać. – Ale dlaczego? Kto tak powiedział? – zdziwił się poeta. –Te utwory tłoczą się i huczą w mojej głowie – dodał…

Ważnym krokiem na drodze twórczej Lejzera Wolfa był poemat Ewigingo. Poeta napisał ten utwór w dwa dni – krócej niż ja tłumaczyłam – od 2 do 4 listopada 1934 roku. Opublikował go w 1936 r. nakładem wydawnictwa Gerangl. Ze swoich długo ciułanych oszczędności sam opłacił koszty wydania. A warto może dodać, że zarabiał na życie, szyjąc elementy do rękawiczek.

Poemat fantastyczno-filozoficzny, którego tematem serio jest odwieczna wędrówka człowieka. Utrzymana jest w stylu poematu Henry’ego Longfellowa Song of Hiawatha. Jest jednak rzeczą niezwykle mało prawdopodobną, aby Wolf znał poemat ten w oryginale. Z pewnością jednak czytał przekład Jehojasza, który – jak twierdzi Lejzer Ran – był ulubionym wierszem wileńskiej młodzieży żydowskiej.

Wrócił tu do marzenia A. Wajtera, pisarza i działacza partii Bund, zamordowanego podczas pogromu wileńskiego w marcu 1919 roku, by wyprowadzić język jidysz w szeroki świat, choćby przez zmianę „niezrozumiałego” alfabetu żydowskiego na zrozumiały kechol hagoim — dla wszystkich nie-Żydów alfabet łaciński.

Później poemat został zapisany alfabetem hebrajskim przez Lejzera Rana. Głównym bohaterem Ewigingo jest stary Gutamingo, który pragnie syna, mającego zapewnić mu wsparcie, a może nawet wieczne życie. Rusza więc na jego poszukiwanie. Podąża do Goethego, ale droga była trudna i długa, zatem Goethe już nie żyje. Zamiast niego króluje Karol Marks. Gutamingo udaje się do Moskwy, gdzie zostaje przepędzony sprzed mauzoleum Lenina do Mirograjewa – ni to czarnoksiężnika, ni to szalbierczego reprezentanta radzieckiej nauki. Całość poematu jest utrzymana w charakterystycznym dla Lejzera Wolfa tonie – groteska miesza się z melancholią, a smutek z szyderstwem.

Tak właśnie postrzegał Wolfa – człowieka Szlojme Belis. Utalentowany i oryginalny młody poeta był, jego zdaniem, postacią nieszczęśliwą, a nawet tragiczną. Ubogi, niezaradny, o nieciekawej powierzchowności – był głęboko samotny. Nikt nigdy nie widział Wolfa idącego beztrosko na spacer z dziewczyną pod rękę – dodaje krytyk.

Zapewne dlatego właśnie Lejzera Wolfa Szmerke Kaczergiński poprosił, by został mentorem nowego pokolenia piszącej młodzieży. I ten oto samotnik, przesiadujący ze swoim kotem w domu, okazał się niezwykle pomocnym nauczycielem młodzieży (a sam zaledwie dobiegał trzydziestki). Wolf umacniał młodych poetów w przekonaniu, że to jidysz powinien być środkiem ich ekspresji artystycznej. Grupa początkujących poetów – niemal wszyscy oni byli niezamożni, nie mieli gruntownego wykształcenia, szukali ukojenia w poezji — spotykała się u Lejzera Wolfa co piątek (od 1937 roku). Z czasem spotkania zaczęły przebiegać wedle określonego rytuału. Matka Lejzera zapalała świece szabatowe młodzi czytali na głos swoje utwory, a Lejzer słuchał uważnie, zwracał uwagę na słabości…, Po części literackiej przychodził młody kompozytor Lejb Egoz, który śpiewał swoje utwory. Skomponował też melodię do jednego z wierszy Lejzera Wolfa.

Grupa wydawała własne pismo „Jungwald” – w sumie ukazały się cztery zeszyty (przestało się ono ukazywać z powodu dramatycznej sytuacji finansowej społeczności).

W piśmie publikował też Lejzer Wolf. Zamieszczał tam co bardziej „zuchwałe” utwory, jak gdyby chciał dodać młodym twórcom odwagi.

Lejzer Wolf uciekł z Wilna tuż przed wkroczeniem Niemców, w ślad za wycofującymi się wojskami radzieckimi.

Ostatnią przed wybuchem wojny publikacją Lejzora Wolfa był tomik poetycki Szwarce Perl. Wieczór promocyjny tomiku zorganizował Josef Czernichow, adwokat, działacz społeczny i polityczny pochodzący z Charkowa, prowadził salon literacki, w którym bywał między innymi Józef Roth. Opowiedział wówczas anegdotę o pasażerze „Titanica”, który poprosił stewarda o rachunek, mimo iż statek tonął. Czernichow stwierdził, że to analogia do sytuacji, w jakiej znalazła się wówczas literatura jidysz. „To my musimy pokryć koszty literatury jidysz”.

Jidysz to było nie jedyne oblicze Wilna, ale dla wielu, również dla mnie – najważniejsze. I nie tylko mieszkańcy Wilna i okolic kształtowali klimat miasta, zjeżdżali się tu ludzie z całej Polski, z miast i małych sztetli.

Seminaria nauczycielskie i inne jidyszowe placówki edukacyjne i kulturalne międzywojennego Wilna spełniły swoje zadanie na tyle, na ile mogły w tych trudnych okolicznościach i krótkim czasie, jaki był im dany. Wykształciły „budowniczych” życia żydowskiego, którzy zapełnili świeckie instytucje żydowskie, a przede wszystkim folksszuln. Wychowały pokolenie ludzi krzewiących jidysz, twórców, pedagogów i artystów, oddanych językowi, który uważali za podstawę swojej tożsamości. Niektórzy z nich, którzy przeżyli Zagładę, postanowili kontynuować swoje działania po wojnie, w Polsce. I to mimo roku 1946, 1956, 1968, choć po każdym z tych wydarzeń rzedły ich szeregi. Jeszcze i po 68 roku zdarzało mi się słyszeć żywy jidysz, na ulicy, co prawda w okolicach pomnika Bohaterów Getta 19 kwietnia, ale jednak...

Dla mnie jidysz był pierwszym językiem, rzecz jasna z czasem, niepostrzeżenie, przesłonił go polski, przez wiele lat nie używałam go na co dzień, poza domem. Był zastygły, ograniczony, a ja nie wierzyłam, że jidysz kiedykolwiek odzyska swoje znaczenie swoją moc tu, w Polsce. Nie wierzyłam profesorowi MIchałowi Friedmanowi, gdy wyraził pewność, że będę tłumaczyć, że czeka mnie mnóstwo pracy. A jednak bardzo stopniowo, czytając, tłumacząc pierwsze wiersze, początkowo sama dla siebie, przekonałam się, że mój jidysz odżył i odtajał. I, równolegle, w Polsce, pojawiło się całe pokolenie jidyszystów, dla których ten język stał się równie drogi i ważny, jak dla mnie. To ich praca i zapał sprawiły, że uwierzyłam, iż nie wszystko jest stracone i jestem im ogromnie wdzięczna, że zaprosili – raczej zaprosiły, bo przytłaczająca większość z nich to kobiety – mnie do swoich przedsięwzięć.

Dla nich, podobnie jak dla mnie bliskie są słowa Moszego Kulbaka

Gezen hob ich jidysze werter wi fejgałach klejne, wi fejgałach klejne, wi funken, gecojgn fun finctern arc.

Gefilt hob ich jidysze werter wi tajbałach rejne, wi tajbałach rejne.

Di tajbałach worken un worken in harc.

 

Bella Szwarcman-Czarnota jest filozofką, tłumaczką, eseistką, publicystką. Przez wiele lat pracowała w Państwowym Wydawnictwie Naukowym w redakcji filozofii, a także w redakcji Biuletynu ŻIH. Od 1997 r. jest redaktorką i felietonistką w „Midraszu”. Tłumaczka z języka francuskiego, rosyjskiego i jidisz. Autorka książek i szeregu artykułów dotyczących literatury jidysz. Stypendystka Urzędu M.St. Warszawa w 2010 r., a także nowojorskiego YIVO Institute for Jewish Research w 2011 r. Laureatka nagrody im. ks. Stanisława Musiała w 2016 r.

Relacja z uroczystości wręczenia nagrody im. Jana Karskiego i Poli Nireńskiej

 




This website uses cookies to collect statistical data. If you do not accept it, please disable cookies in your web browser. I understand