„Jak wielcy artyści cierpią i nigdy nie są pewni swego fachu”. Symcha Trachter w Paryżu

W muzeach, salonach i na wystawach Paryża lat 20. młody Symcha Trachter stykał się z największymi mistrzami nowoczesnego malarstwa. Podczas pobytu we Francji zbliżył się do wypracowania indywidualnego stylu.

Wide trachter img 3
Symcha Trachter po powrocie z Paryża w 1929 r. Zdjęcie wykonane w Lublinie przez Wiktora Ziółkowskiego  /  Wojewódzka Biblioteka Publiczna im. Hieronima Łopacińskiego w Lublinie

Do Paryża lat 1900–1914 i 1918–1939 podążali artyści z różnych stron Europy. Szczególnie licznie przybywali przedstawiciele krajów słowiańskich, zwłaszcza Żydzi z Europy Środkowo-Wschodniej, z twórcami światowej klasy na czele, takimi jak Marc Chagall, Jules Pascin, Chaim Soutine czy Ossip Zadkine[1]. O wyjeździe Trachtera do Paryża mogły przesądzić kontakty z uczniami Józefa Pankiewicza w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych[2], którzy podzielali przekonanie swojego mistrza, że dla każdego artysty konieczne jest przejście przez „szkołę Paryża”, by poznać malarstwo u jego impresjonistycznych źródeł[3].

Celem podróży miały być też muzea i galerie prezentujące malarstwo dawnych mistrzów; przede wszystkim więc Luwr. Młodzi artyści krakowscy nie myśleli w ogóle o współcześnie rozwijających się w Paryżu nurtach sztuki. Sądzili raczej, że stolica Republiki nie zmieniła się od lat siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych XIX stulecia. Kapiści, zachęceni przez Pankiewicza, wyjechali do Paryża jesienią 1924 roku[4]. Trachter niecały rok później. Miasto od razu zachwyciło młodego malarza. Chłonął atmosferę ulic, wmieszał się w tłum i świętował wraz z paryżanami dzień 14 lipca[5]. Tak jak kapiści często chodził do muzeów, zwłaszcza do przepastnego Luwru[6].

Na początku pobytu pisał w liście o swojej kwaterze i jej lokalizacji: „Mieszkam bardzo daleko od akademij, codziennie jadę metrem prawie 1/2 go. Mieszkam nie daleko Montmartre – na piątym piętrze, mam bardzo ładny pokuj”[7]. Później przeniósł się do centrum miasta, pod adres rue Sainte-Croix-de-la-Bretonnerie 39[8].

Po przyjeździe nad Sekwanę adepci malarstwa zwykle zapisywali się do prywatnych szkół artystycznych rozsianych po dzielnicy Montparnasse, nieco na wyrost zwanych akademiami. Trachter uczęszczał do Académie Ranson, gdzie uczył się pod kierunkiem Rogera Bissière’a. Profesor nie zrobił jednak na nim wielkiego wrażenia[9]. Wydaje się, że artysta z Lublina więcej się nauczył, podpatrując pracę paryskich malarzy w ich w pracowniach i oglądając obrazy na wystawach.

O tym, jak wyglądało życie malarza o żydowskich korzeniach pochodzącego z Europy Środkowej w Paryżu, pojęcie daje nam relacja Cecylii Słapakowej, opracowana na podstawie rozmowy z Emmanuelem Mané-Katzem, którą dziennikarka przeprowadziła dla gazety „5-ta Rano” w 1937 roku. Wprawdzie jest to zapis sporządzony kilka lat po pobycie Trachtera w Paryżu, ale ukazuje znaczenie tego miasta dla malarzy znajdujących się w podobnej sytuacji co lubelski twórca oraz to, jak rozumiała ją w latach trzydziestych ówczesna intelektualistka.

„Jak wygląda dzisiejsza rzeczywistość artystów żydowskich w Paryżu? – pytam Mané-Katza. – Paryż jest prawdziwą ojczyzną malarzy, centrum światowej sztuki. W muzeach, galeriach, prywatnych nieraz zbiorach kolekcjonuje się największe arcydzieła sztuki malarskiej. I ta właśnie możność konfrontacji własnej pracy z obcą twórczością zmusza do samokrytycyzmu, do ciągłej autokontroli, do parcia naprzód przez porównanie. Paryż jest «najcięższym i najlżejszym» zarazem miastem na świecie. I nigdzie zapewne artysta nie czuje się tak dobrze i tak swobodnie, jak właśnie w nadsekwańskiej stolicy. Wśród żydowskich artystów malarzy nieliczna jeno garstka osiągnęła sławę i dobrobyt materialny, na ogół wielka panuje wśród nich bieda, ta sama zresztą, jak w sferach artystycznych nieżydowskich. Nieszczęściem wielu artystów przybywających do Paryża jest, że dążąc do zasymilowania się z nowym środowiskiem, zatracają swoje «ja», zaś do głębi francuskiej kultury nie sięgają – i błąkać się muszą potem przez całe życie, bez oparcia, nieurządzeni. Tylko tym, którzy mają protekcję, udaje się jakoś zwycięsko wybrnąć z beznadziejnej sytuacji, mogą pracować owocnie, tym niemniej jednak w historii świata malarskiego niemal żadnej nie odgrywają roli. Tworzą obrazy słabe, sprzedają mało, nie wybijają się powyżej poziomu drugorzędnych malarzy. Natomiast ci, którzy asymilując najlepsze pierwiastki światowej i francuskiej kultury artystycznej, zachowali swoją indywidualność, wznieśli się na wyżyny Parnasu, mają rozgłos światowy. Prawdziwy talent – podkreśla z prawdziwym przekonaniem Mané-Katz – nie może zginąć. Artysta, który ma coś do powiedzenia, wypowie się zawsze. A jeśli jest artystą naprawdę wielkim, imię jego musi przejść do historii.

Paryż pozwala przemówić każdemu artyście. Jest właśnie tym wyjątkowy i wielki, że odrzuca wszelkie segregacje narodowościowe przy ocenie twórczości. Nie ma żadnego znaczenia pochodzenie artysty, jedno jest ważne i rozstrzyga o wszystkim: talent oraz indywidualność twórcza.

Pewne grupy malarzy francuskich pozbawionych talentu usiłują wprawdzie wywołać ferment, prowadząc agitację w kierunku specjalnego popierania artystów autochtonów, jednak bezskutecznie, bowiem dla Paryża istnieje przede wszystkim człowiek, humanitaryzm góruje nad nacjonalizmem. Muzea kupują obrazy artystów żydowskich, urządzają łączne wystawy francuskich i żydowskich malarzy, a nawet ci malarze, którzy nie mogą sprzedać swych obrazów, korzystają z zapomogi dla bezrobotnych, wyznaczonej przez rząd zarówno dla Francuzów, jak i cudzoziemców. Toteż artyści żydowscy żyjący w Paryżu są gorącymi patriotami Francji. Kiedy Mané-Katz wypowiada: «ubóstwiamy wszyscy ten kraj, bo pozwala nam rozwijać nasze talenty, bo czujemy się w nim wolnymi ludźmi i możemy się wyżyć twórczo w całej pełni» – słowa jego rozbrzmiewają szlachetnym patosem szczerego uwielbienia i entuzjazmem niemal chłopięcym I może dlatego właśnie mają w sobie coś z przejmującego czaru świeżości – z zapachu Pól Elizejskich i orzeźwiającego powiewu romantycznej Sekwany”[10].

Podobnie jak dla Mané-Katza, tak i dla Trachtera Paryż był miejscem konfrontacji własnej twórczości z dziełami innych malarzy. To właśnie owo ciągłe porównywanie prowadziło do autokrytyki i szukania własnego języka, który mógłby stać się czymś nowym i oryginalnym. Na trud włożony w te poszukiwania i konfrontacje Trachter narzekał w listach: „Dopiero poznałem tych dwóch największych malarzy 20. wieku [Paula Cézanne’a i Auguste’a Renoira – J.B.]. Jak wielcy artyści cierpią i nigdy nie są pewni swego fachu”[11]. Trachter szukał inspiracji i porównywał swoją twórczość do prac innych malarzy, zwiedzając paryskie muzea, wystawy i salony. Poszedł do Muzeum Rodina, zwiedził Międzynarodową Wystawę Sztuki Dekoracyjnej i Wzornictwa, która odbyła się w 1925 roku[12]. Odwiedzał też pracownie Eugeniusza Eibischa i Tadeusza Makowskiego: „Ostatnio widziałem prace Ejbisza, dosyć szczere są [to – J.B.] rzeczy i wiele postępu, ale na Paryż są według mnie trochę biedne. Pan Zborowski, Marchand obrazów, płaci mu miesięcznie 1500 fr. Koledzy Ejbisza uważają go za bardzo dobrego malarza, ja też jestem tego zdania”[13]. Oglądał również obrazy innych malarzy z Polski, takich jak Roman Kramsztyk czy Eugeniusz Zak. Oprócz tego widział płótna André Deraina, Charles’a Dufresne’a i Chaima Soutine’a, o których pisał z uznaniem, a czasem i podziwem[14]. Interesowała go nadal merkantylna strona sztuki; dowiadywał się, jakie ceny osiągają obrazy ważnych dla niego artystów, na przykład Soutine’a i Amedea Modiglianiego: „Czy Pan słyszał o Sutinie? On teraz jest b. znany w Paryżu, prawie na ustach wszystkich malarzach. Uważają go za największego malarza z młodszego pokolenia. Przed paru laty był zupełnie nieznany, płacą za jego obrazy po 50000, 10000 fr. B. mi się podobają jego obrazy, to bardzo niespokojny malarz, wielki plastyk. Za Modjilanego też płacą b. wysokie ceny”[15].

W swojej relacji Słapakowa akcentowała kosmopolityczny charakter międzywojennego Paryża, gdzie tylko czasem odzywały się echa nacjonalizmu. W świecie artystycznym przeważnie nikt nie zwracał uwagi na pochodzenie twórcy. Trudno powiedzieć, czy był to jeden z powodów, które skłoniły Trachtera do wyjazdu do Paryża. W zachowanych listach malarz nie wspomina o tym nawet słowem. Zresztą w Polsce nie miał raczej trudności z prezentowaniem swoich obrazów. Nie narzekał też na stosunki panujące w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Mimo materialnej pomocy rodziny, dobrej atmosfery i licznych bodźców motywujących go do pracy[16], Trachter nie był jednak w stanie albo nie chciał pozostać we Francji. Czy lękał się zatracenia własnego „ja”, o czym pisała Słapakowa? Raczej nie, a przynajmniej żadne z zachowanych źródeł o tym nie mówi. Wydaje się wręcz, że po pobycie we Francji malarz stał się bardziej pewien swojej sztuki i zaczął śmiało krytykować innych twórców. Być może więc powodem była zazdrość o sukcesy konkurentów? Albo po prostu tęsknota za rodziną i miejscami znanymi od urodzenia oraz samotność coraz częściej dająca o sobie znać? Zanim Trachter powrócił do Polski, wybrał się jeszcze na południe Francji, do zachwycającej słońcem i barwami Prowansji. Udał się tam pod koniec lutego 1928 roku, dołączając do Eugeniusza Eibischa i jego żony Franciszki, którzy zatrzymali się w Saint-Paul-de-Vence, położonym na wysokim wzgórzu. Miasteczko i otaczająca je przyroda zachwyciły malarza[17]. Dobrze mu było w towarzystwie pochodzącego z Lublina Eibischa. Owocem tego pobytu stało się przynajmniej kilka pejzaży, ukazujących miejscowość i okolice[18]. Do dziś zachował się jeden z nich[19] – jest bliźniaczo podobny do płótna Eibischa, które powstało w tym samym miejscu, w tym samym albo zbliżonym czasie[20].


Artykuł jest fragmentem publikacji „Trachter. Malarz z Lublina”, towarzyszącej wystawie czasowej w Żydowskim Instytucie Historycznym


Wystawę Symcha Trachter 1894–1942. Światło i barwa można oglądać w Żydowskim Instytucie Historycznym do 25 października 2020 roku


Wystawa finansowana jest przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię w ramach Funduszu EOG oraz przez budżet krajowy




Przypisy:

[1] L. Lameński, Rola Paryża w rozwoju malarstwa polskiego XIX i XX wieku, [w:] tegoż, Moi artyści, moje galerie. Teksty o sztuce XIX i XX wieku, Lublin 2008, s. 66–68.

[2] Trachter niedługo po przybyciu do Paryża pisał do Ziółkowskiego: „Widziałem się z kilkoma kolegami z Krakowa, moc malarzy z Krakowa, prawie cały krakowski świat artystyczny siedzi obecnie w Paryżu” (list do W. Ziółkowskiego z 25 maja 1925 r., Korespondencja WZ, k. 87–90). Zapis uproszczony w stosunku do oryginalnego tekstu listu.

[3] Andrzej Turowski, Nurt koloryzmu w dwudziestoleciu międzywojennym, [w:] Dzieje sztuki polskiej, red. Bożena Kowalska, Warszawa 1987, s. 206.

[4] Tamże.

[5] List to W. Ziółkowskiego z 22 lipca 1925 r., Korespondencja WZ, k. 91–94.

[6] Widokówka do W. Ziółkowskiego z 12 kwietnia 1925 r., Korespondencja WZ, k. 85.

[7] List do W. Ziółkowskiego z 25 maja 1925 r., Korespondencja WZ, k. 87–90.

[8] Kartka pocztowa do W. Ziółkowskiego z 1 listopada 1927 r., Korespondencja WZ, k. 95.

[9] List do W. Ziółkowskiego z 25 maja 1925 r., Korespondencja WZ, k. 87–89.

[10] Cecylia Słapakowa, Godzina z Mane Katzem, „5-ta Rano”, 20 V 1937, s. 7.

[11] List do W. Ziółkowskiego z 22 lipca 1925 r., Korespondencja WZ, k. 91–94.

[12] Tamże.

[13] List do W. Ziółkowskiego z 22 grudnia 1927 r., Korespondencja WZ, k. 98–100.

[14] Kartka pocztowa do W. Ziółkowskiego z 15 stycznia 1929 r., Korespondencja WZ, k. 105.

[15] List do W. Ziółkowskiego z 22 grudnia 1927 r., Korespondencja WZ, k. 98–100.

[16] Autor notatki prasowej Malarze lubelscy na wystawach w Paryżu („Ziemia Lubelska” 1928, nr 349, s. 4) pisał: „(…) korespondent paryski gazety dr Julian Tur informuje, że w obecnym salonie jesiennym w Grand Palais w Paryżu prócz Lewensztadta chlubnie zaprezentował się S. Trachter”.

[17] Widokówka do W. Ziółkowskiego z 3 marca 1928 r., Korespondencja WZ, k. 104.

[18] M. Weinzieher, Symche Trachter…, dz. cyt.

[19] Pejzaż Saint-Paul-de-Vence, Muzeum Lubelskie w Lublinie (dalej ML), nr inw. S/Mal/1421/ML, zob. katalog, Obrazy olejne, nr 7.

[20] Pejzaż Saint-Paul-de-Vence, Muzeum Lubelskie w Lublinie (dalej ML), nr inw. S/Mal/1421/ML, zob. katalog, Obrazy olejne, nr 7. Tam również informacje o obrazie Eibischa.




Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem