31 maja. Rocznica urodzin Altera Kacyzne. Przeczytaj opowiadanie „Stare Miasto”

Alter Kacyzne, pisarz i fotograf, urodził się w Wilnie 31 maja 1885 r. Przez większość życia mieszkał w Warszawie, pisał opowiadania, powieści i dramaty, był współautorem scenariusza filmu „Dybuk”. Wykonał też setki zdjęć zamieszkanych przez Żydów miasteczek w międzywojennej Polsce. Z okazji rocznicy jego urodzin przedstawiamy opowiadanie „Stare Miasto” w tłumaczeniu Michała Friedmana.

Wide jew teaches his grandson to read
Stary Żyd uczy swojego wnuka czytać  /  Alter Kacyzne, Wikipedia

Alter Szolem Kacyzne przyszedł na świat w ubogiej rodzinie wileńskich Żydów. Około 1900 r. został czeladnikiem w zakładzie fotograficznym w Jekaterynosławiu (Dniepropietrowsk, obecnie Dniepr na zachodniej Ukrainie). Od 1910 r. mieszkał w Warszawie, gdzie prowadził studio portretowe. Nawiązał kontakt z Icchokiem Lejbem Perecem, jednym z najważniejszych twórców literatury jidysz, który zachęcił go do pisania w języku żydowskim i wsparł na początku kariery literackiej. Później współpracował głównie z Szymonem An-skim.

Był autorem m.in. dramatu Książę (Dukus, 1926 r.), opowiadań Arabeski (Arabeskn, 1922) powieści Silni i słabi (Sztarke un szwache), z Andrzejem Markiem napisał scenariusz filmu Dybuk Michała Waszyńskiego z 1937 r., uznanego za najbardziej udany przedwojenny polski film w języku jidysz. Współpracował też z żydowskimi czasopismami ukazującymi się w Polsce, takimi jak „Literarisze Bleter”, redagował magazyn „Majn Redendiker Film”.

W latach 20. Kacyzne otrzymał od amerykańskiej organizacji HIAS (Hebrew Immigrant Aid Society – Towarzystwo Pomocy Żydowskim Imigrantom) zadanie udokumentowania życia polskich Żydów. Przemierzając Polskę, głównie Lubelszczyznę, Galicję i Kresy, wykonał tysiące zdjęć, uwieczniających życie Żydów, przede wszystkim biednej ludności małych miasteczek. Z podróży do Hiszpanii, Włoch, Maroka czy Rumunii wysyłał zdjęcia do nowojorskiego dziennika „Forwerts”.

We wrześniu 1939 r. Kacyzne przedostał się do Lwowa, pracował jako kierownik artystyczny Państwowego Teatru Żydowskiego, współpracował z czasopismem „Czerwony Sztandar”. Po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej próbował schronić się w Tarnopolu, gdzie zginął zamordowany 7 lipca 1941 r. Według wzmianki Emanuela Ringelbluma, „zaprotestował przeciwko poniewieraniu go przez strażników ukraińskich i dał wyraz swemu oburzeniu. Za karę zamęczyli go na śmierć”[1]. Żona Kacyznego, Chana, zginęła w obozie zagłady w Bełżcu. Ich córka, Sulamita, przeżyła wojnę, zmarła w 1999 r.

Podczas wojny uległy zniszczeniu niemal wszystkie fotografie Altera Kacyzne, z wyjątkiem ok. 700, które wysłał do Stanów Zjednoczonych. Dziś znajdują się one w zbiorach YIVO – Institute for Jewish Research w Nowym Jorku.

Z okazji rocznicy urodzin pisarza i fotografa przedstawiamy opowiadanie Stare miasto, fragment powieści Silni i słabi.


Alter Kacyzne

Stare miasto


Kiedyś ten labirynt wąskich uliczek przebiegających między wysokimi, szarymi kamienicami był sercem Warszawy. Obecnie jest już tylko peryferyjną dzielnicą miasta. Przywodzi na myśl jakąś narośl na zdrowym ciele. Na ciele nowoczesnego miasta, w którego żyłach jakoś inaczej płynie krew i serce bije inaczej.

Żydzi nazywają to miejsce Starym Miastem. Ma ono sobie tylko właściwą specyficzną atmosferę. Nawet powietrze w nim jest zupełnie inne niż w pozostałych dzielnicach Warszawy. I ludzie tutaj inaczej wyglądają. Odnosi się to zarówno do Żydów, jak i do nie-Żydów. Wszyscy tu mają twarze jakoś poszarzałe i jakby przywiędłe. Jakby kurz dawno minionych lat i dawnych pokoleń wgryzł się w fałdy ich ubrań i przykleił się do zmarszczek na ich twarzach. Słowem, panuje tu istna szarzyzna. Ludzie chodzący po uliczkach wloką za sobą cienie szarych, wysokich kamienic. Chodzą wąskimi chodnikami prawie przylepieni do murów. Przytuleni do nich niczym dzieci do kolan matki. Wąskie, choć wysokie kamienice sprawiają wrażenie, jakby stały na spuchniętych nogach. U dołu są bowiem szersze niż u góry. Szare ściany ześlizgują się na brudny chodnik, jakby szukały w nim oparcia przed gwałtownym upadkiem. Nie ma tu zwykłych, typowych bram. Wąskie, obdrapane z wiekowej farby drzwi prowadzą do tonących w ciemnościach korytarzy. W nocy oświetla je jedna, zwisająca z sufitu lampa. Te ponure, ciemne, zawsze otwarte korytarze rzucają strach na wąską uliczkę. Wydaje się, że wołają: Ludzie, miejcie się na baczności! Pamiętajcie, że na świecie grasują czarownice. W każdym zakątku czyhają na was biesy! I ludzie, znacznie gorsi od wszelakich biesów. Nie na próżno przecież stoją w niszach wykutych w murach kamienic na wiecznej warcie Madonny i Święci. Mury są stare, szare i zapuszczone, ale Madonny świecą czystym blaskiem sukien stale i systematycznie zamalowywanych błękitną, niebiańską farbą. Wieńce zdobiące ich głowy składają się zawsze ze świeżych, pachnących kwiatów. W ten sposób wierni chrześcijanie wyrażają im swoją wdzięczność za ich wieczną opiekę i trwanie na warcie.

Po cienistych uliczkach snują się ludzie-cienie. I kiedy do wąskiej przestrzeni między wysokimi murami wdziera się kawalątek słońca, uliczka traci swoją dotychczasową szarą całość. Ulega rozbiciu na kilka ostrych zakątków i na szereg krzywych pasemek. Wydaje się, że za chwilę całkiem się rozpadnie, bo oto przerażone ludzkie cienie wydają się uciekać jak najdalej od uliczki po to, żeby znaleźć ocalenie przed grożącym tu niebezpieczeństwem. Chcą jak najszybciej wydostać się z tego miejsca, przypominającego dziurawy rękaw. Chcą dobiec do starego rynku. Tam, w pełnym świetle słońca, przyjdą do siebie, odzyskają pogodę ducha.

Jeśli dawniej Stare Miasto było sercem Warszawy, to stary rynek jest sercem tego serca.

Stary rynek swoim kształtem przypomina czworoboczną skrzynię. Jej bokami są czteropiętrowe na ogół kamienice o trzech lub czterech oknach. Wszystkie są szare ze starości i jedna do drugiej jakby podobna. To jednak tylko złudzenie. Każda bowiem kamienica posiada własną, niepodobną do innej twarz. Twarz z niepowtarzalnym wdziękiem. Wdziękiem podupadłego arystokraty. Jeśli tak jest, to co je trzyma razem? Co sprawia, że szczelnie do siebie przyciśnięte trzymają się twardo ramię przy ramieniu? Widocznie dlatego że wszystkie jak jeden mąż wpatrują się swoimi pozbawionymi powiek oczami w siedzącą na cokole, w samym środku rynku, syrenę. Prawdziwa czarodziejka z tej warszawskiej Panny Wodnej o bezczelnie obnażonych piersiach i zagiętym ogonie rybim. To ona właśnie, ze swoją tarczą i mieczem, rzuciła czary na stare kamienice. To ona przykuwa wzrok stojących na warcie w niszach kamienic Madonn i Świętych.

Czworoboczny rynek przypominający zamkniętą skrzynię nie jest normalnym placem targowym. Jest raczej podobny do ogromnej izby bez dachu. Wspólnej izby na użytek wszystkich tutejszych mieszkańców. Bawią się na nim dzieci. Hasają wokół syreny. Daleko od niej nie odbiegną. Nie potrafią. Syrena na nich także rzuciła czary. Na schodkach cokołu siedzą stare kobiety i liczą oczka w pończochach. Smutne prowadzą rozmowy. Uskarżają się na swój los. Jedna skarży się na to, że jej mąż grosza nie zarabia, druga, że mąż jej pije i na dodatek bije. Trzecia zaś obu im zazdrości, bo jej mąż od dawna już spoczywa w grobie. W letnie wieczory przechadzają się po placu robotnicy w samych kamizelkach. Do ust przylepione mają papierosy. Często zatrzymują się przy cokole, na którym siedzi Panna Wodna i odbywają długie rozmowy.

Są tu sami swoi. Swoja też jest ta ogromna izba bez dachu. Czują się tu wolno i swobodnie tu oddychają.

Żydzi i Polacy są tu sobie jakoś bliżsi niż gdziekolwiek w Warszawie. Ciężka bieda jednakowo ich dotyka. Jednakowo ich przytłacza. Na Starym Mieście bogacze nie mieszkają. Cienie minionych pokoleń Żydów i Polaków są tu ze sobą splecione wspólną tajemnicą.

I oto właśnie widzimy, jak na placu przy Pannie Wodnej, zatrzymali się dwaj robotnicy. Po skończonej robocie, w drodze do domu spotkali się i przywitali. Rozmowę zagaił jasnowłosy, rosły robotnik:

— Jak tam u ciebie z pracą?

Pytanie nie należało do zdawkowych. Nie chodziło mu o to, żeby byle co powiedzieć. Był po prostu ciekaw, czy kolega ma stałą pracę i czy z tej pracy jest zadowolony. Zapytany po krótkim wahaniu odpowiedział:

— Izraelu, szczerze ci powiem, jak jest z moją pracą. Nie leży mi ona na sercu. Powiedz sam, czy malowanie kwiecistych szlaczków na ścianach mieszkań przy ulicy Franciszkańskiej jest właściwą pracą dla takiego jak ja prawdziwego malarza? Oby tych brzuchatych facetów szlag trafił! Czy po to warto było mnie, Szajce, przyjechać do Warszawy?

Blondyn poklepał go po ramieniu i powiedział:

— Bądź cierpliwy. Poczekaj. Nie od razu Kraków zbudowano.

Człowiekowi patrzącemu na nich z boku mogło się wydawać, że tylko jeden z nich był prawdziwym robotnikiem. Na robotnika właściwie wyglądał Szajke. On bowiem miał na sobie koszulę i spodnie upstrzone rozmaitymi kolorowymi farbami używanymi przez pokojowych malarzy. Prawdziwa paleta. Zdziwienie budził tylko fakt, że tylna część jego ubrania także pokryta była wielobarwnymi plamami.

W przeciwieństwie do Szajki, Izrael miał na sobie czyste, porządne ubranie, ładną koszulę z miękkim kołnierzykiem i krawat. W ręku laska i na palcu złoty pierścionek ślubny. Ale złotem błyszczał nie tylko palec. Kiedy uśmiechając się otwierał usta, złotem błyskały jego zęby.

— Nie masz cierpliwości, Szajke — łagodnym głosem skarcił go Izrael. — Zrozum, że Warszawa to nie miasteczko. To głęboka otchłań. Tu tylko dzięki cierpliwości i energii do czegoś dojdziesz. Czy byłeś już u Rytowa?

— Właśnie od niego wracam.

I mówiąc to Szajke zagapił się na dach jednej z wysokich kamienic. Patrzył i patrzył. Wzroku nie mógł od niego oderwać. Oto bowiem dostrzegł wśród czarnych od starości dachówek szeroką, szklaną, czworoboczną łatę.

— A niech go jasny piorun trzaśnie! Ma teraz u siebie modelkę.

Izrael przerwał mu dalszy tok wywodów:

— I w tym ubraniu byłeś u niego?

Szajke z początku nie zrozumiał pytania Izraela. Ze zdumieniem w oczach spojrzał na niego. Dostrzegłszy, że ten krytycznie ogląda jego usiane plamami ubranie, połapał się, w czym rzecz i natychmiast wybuchnął śmiechem. Wąziutkie jego oczy nagle przekształciły się w skośne szparki otoczone cienkimi zmarszczkami.

— Prawdziwy Chińczyk — szepnął jakby do siebie Izrael.

— A ty uważasz, że powinienem był na jego cześć przebrać się w porządny garnitur? Kim właściwie jest ten Rytow? Czy nie takim samym jak ja malarzem?

— Tak, ale z pewną małą różnicą. Rytow to znacząca już dziś postać. To sławna szycha. To malarz obsypany wieloma nagrodami.

— Tfu! Widzę, że i z ciebie, Izraelu także zrobił się już burżuj. Dlatego, że on posiada własne atelier, że może sobie pozwolić na kupno płótna bez ograniczeń, że stać go na modelkę, że piszą o nim w gazetach, ja, Szajke, mam się przebierać? Ja Izraelu, wracam z roboty.

I mówiąc to, uderzył się w pierś. Od tego uderzenia tuman kurzu wystrzelił z jego koszuli.

Izrael widząc, że go nie przekona, dał za wygraną. Uśmiechnął się i zapytał:

— Czy Rytow ma twoje rysunki i obrazy?

— Tak.

— I co powiedział?

— Że bardzo mu się podobają.

— A konkretnie?

Na twarzy Szajki pojawił się grymas. Oczy mu się jeszcze bardziej zwęziły. Zupełnie jak u skośnookiego Chińczyka. Podrapał się po głowie i wypalił:

— Cholera go wie! Powiedział, że mam dalej pracować.

— A ty, sam, nie wiedziałeś o tym?

— Powiedz szczerze Izraelu, czy taka praca ma dla mnie sens? Czy doprowadzi mnie do upragnionego celu?

Z żałosnej miny na twarzy Szajki można było wyczytać błagalną prośbę, żeby Izrael uwolnił go od ciężaru, jakim był obowiązek kontynuowania nielubianej pracy. Mimo przyznania się do lenistwa, nie utracił jednak Szajke sympatii Izraela.

— A niech cię kule biją, Chińczyku — zawołał Izrael i szybko machnąwszy ręką dodał:

— Z ciebie, Szajke, będzie taki malarz artysta, jak ze mnie tancerz. Ze wszystkich twoich talentów pozostanie ci tylko sztuka gwizdania.

Szajke stanął w rozkroku i założywszy ręce na boki powiedział:

— A co? Słyszałeś kiedyś lepszego ode mnie gwizdacza?

Izrael roześmiał się. W jego otwartych zębach błysnęły złotem zęby. I nagle Szajke spoważniał. Przesunął czapkę na sam czubek głowy i z całą powagą oświadczył:

— Dajmy temu spokój Izraelu. Powiedz mi lepiej, co słychać z moimi wierszami. Czy wreszcie kiedyś zobaczę choć jedno moje słowo w druku?

Izrael przyrzekł mu, że w najbliższym numerze „Zeszytów Partyjnych” ukażą się jego wiersze. Szajce to jednak nie wystarczyło. Dalej napierał na Izraela:

— Kiedy się ukażą?

— Zrozum Szajke. Nie można przecież całego numeru czasopisma wypełnić wierszami. Brakuje nam jeszcze sporo innego niż wiersze materiału. Właśnie dzisiaj wybieram się do Szmuela po odbiór wstępnego artykułu. Bądź cierpliwy.

Szajke jednak cierpliwością nie grzeszył. Jego muza nie chciała czekać. W kieszeni błyszczących od farby spodni, miał właśnie nowy wiersz. Wahał się, czy go pokazać Izraelowi. Przecież ten nie zdążył jeszcze wydrukować poprzednich jego wierszy. Nie, nie pokaże go.

Podniósł głowę i wlepił wzrok w dach kamienicy. W jego „chińskich” oczach tlił się jakiś promieniejący płomyk i na wargach błąkał się uśmiech niewinnego dziecka. Na dachu stał chłopczyk i machał w powietrzu kijem pięciokrotnie dłuższym od siebie. Do kija przywiązana była szmata. Powiewał nią, tak jakby odprawiał jakieś czary. Może chciał przemalować całe niebo wiszące nad rynkiem Starego Miasta? A może machał szmatą na zachodzące słońce, bo chciał je zatrzymać. Prawda okazała się prostsza. Chłopiec dyrygował gromadą srebrzystych gołębi. Wysoko w powietrznej przestrzeni krążyły srebrzystobiałe ptaki. Miało się wrażenie, że to nie ptaki, ale kwiaty, które wysypywały się z różowego obłoku. Kiedy gromadnie spadały koszącym lotem na dach, zamieniały się w jedną, dużą stertę czarnych szmatek, po czym natychmiast zrywały się znowu do lotu i znowu upodobniały się do srebrnych kwiatów. I w tej właśnie chwili zapłonęły od obłoku pod słońcem różowym kolorem. Ochłonąwszy od tego widoku Szajke wrócił do przerwanej rozmowy:

— W moim miasteczku Izraelu, indyki o tej porze idą już spać. Przytulają się do siebie, opowiadają sobie wczorajsze sny. A brzmi to tak:

— Tiu-liu! Lu, lu, lu! Tiul, tiul, tiul.

Te dźwięki wyraził Szajke gwizdaniem. I robił to znakomicie. Uzmysłowił Izraelowi treść owych dźwięków w taki sposób, że ten wybuchnął głośnym śmiechem, po czym zawołał:

— A niech cię licho porwie, ty mój poeto!

Ty mój gwizdaczu. Dobranoc.

 

 

Przełożył z jidysz Michał Friedman

Źródło: Wolne Lektury, Fundacja Nowoczesna Polska

Licencja Creative Commons Uznanie Autorstwa – Na Tych Samych Warunkach 3.0.PL.


Zobacz też:

Dybuk z celuloidu. Przedwojenne kino żydowskie w Polsce

Wspomnienie Icchoka Lejba Pereca. Przeczytaj opowiadanie „Czasy mesjasza”



[1] Archiwum Ringelbluma, t. 29, Pisma Emanuela Ringelbluma z bunkra, opracowała Joanna Nalewajko-Kulikov, tłum. Adam Rutkowski i in., Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2018, s. 211.


Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem