Plenerowa wystawa „Nalewki. Opowieść o nieistniejącej ulicy”

Wide  44a9781
Grzegrz Kwolek (ŻIH)

Próżno dziś szukać w Warszawie materialnych śladów istnienia dawnej Dzielnicy Północnej, zwanej też Dzielnicą Muranowską. Po miejscu, w którym przed wojną mieszkała większość warszawskich Żydów nie zostało już niemal nic, nie licząc krótkiego, zaledwie dwustumetrowego fragmentu dawnej ulicy Nalewki, noszącej dziś zresztą już inną nazwę – Bohaterów Getta. 

Oryginalny bruk, zachowany wraz z widocznymi torami tramwajowymi, rozpoczyna się na rogu ulic Długiej i Bohaterów Getta, w miejscu gdzie niegdyś swój początek miały historyczne Nalewki i biegnie w kierunku północnym, w stronę Ogrodu Krasińskich. Właśnie tam, vis-a-vis barokowej bramy rzeczonego ogrodu, Żydowski Instytut Historyczny – w 75. rocznicę rozpoczęcia przez Niemców masowej akcji wymordowania wszystkich Żydów w Generalny Gubernatorstwie o kryptonimie „Reinhardt” – zorganizował wystawę plenerową poświęconą temu miejscu. Opowiada ona tylko o jednej, wybranej spośród dziesiątków innych, ulicy. O ulicy najsłynniejszej, wręcz legendarnej, znanej na całym świecie, jak ją przedstawiano w licznych wspomnieniach. O ulicy stanowiącej główną arterię „żydowskiej dzielnicy”, będącej jej bijącym sercem – ulicy Nalewki.

Wystawa zatytułowana „Nalewki. Opowieść o nieistniejącej ulicy“ to opowieść składająca się z dwóch „rozdziałów“. Pierwszy z nich, zaprezentowany od strony Ogrodu Krasińskich, poświęcony jest przedwojennym Nalewkom, swoistemu miastu w mieście, słynącym ze swego niepowtarzalnego charakteru, specyficznej atmosfery rodem z orientalnych bazarów Bliskiego Wschodu. Miejsca ze względu na swoje zapachy, dźwięki i oczywiście niebywały zgiełk i ścisk panujący na chodnikach i licznych podwórzach fascynującego zarówno przybyszów z zagranicy jak i warszawskich gojów z pobliskich chrześcijańskich ulic. Drugi rozdział, znajdujący się od strony ulicy Andersa, to opowieść o zmierzchu Nalewek i ich całkowitej anihilacji. Ta część wystawy pokazuje ulicę w okresie okupacji niemieckiej, jej zniszczenia po wrześniowych bombardowaniach, życie na Nalewkach w czasie funkcjonowania getta warszawskiego, aż po jego brutalną pacyfikację i morze ruin po wojnie.

Chcąc choć w niewielkim stopniu wyobrazić sobie i podejrzeć, niczym przez dziurkę od klucza, życie dawnych Nalewek, zarówno w okresie międzywojennym, jak i w czasie wojny, na wystawie znalazły się liczne materiały wizualne, a także tekstowe, na które składają się fragmenty wspomnień takich ludzi pióra, jak m.in. Efraim Kaganowski, Mosze Zonszajn, Hillel Seidman czy bodaj najbardziej znany Bernard Singer, autor książki „Moje Nalewki”.


Przedwojenne Nalewki w prasie i na fotografii

W części poświęconej przedwojennym Nalewkom w formie znaków graficznych pokazane zostały różnego rodzaju ogłoszenia oraz afisze w języku polskim oraz w jidysz, pochodzące z żydowskiej prasy dwudziestolecia międzywojennego. Warto w tym miejscu przypomnieć, iż w owym czasie Warszawa była centrum wydawniczym rezonującym na cały żydowski świat. To w stolicy Polski wychodziło najwięcej tytułów prasowych i to tutaj ukazywały się najbardziej poczytne i opiniotwórcze dzienniki w języku polskim, jak „Nasz Przegląd” oraz w jidysz, w tym dwa najważniejsze i zarazem rywalizujące ze sobą „Hajnt” i „Der Moment”. Pierwszy z nich, zanim przeniósł swoją redakcję na ulicę Chłodną miał swoją siedzibę pod adresem Nalewki 2a, w drugim skrzydle największego budynku na całej ulicy – Pasażu Simonsa. Z kolei redakcja „Der Moment”, wyposażona w najnowszego typu linotypy i maszyny rotacyjne, znajdowała się na Nalewkach 38. Mieszkańcy Dzielnicy Północnej, rozmiłowani w czytaniu książek, każdego dnia z wielkim zapałem oddawali się lekturze prasy, jest zatem wielce zrozumiałe dlaczego tak chętnie zamieszczano na łamach licznych żydowskich gazet wszelkiego typu anonse i reklamy.

Ogłoszenia i afisze są niezwykle ciekawym źródłem informacji pokazującym całe spektrum instytucji i organizacji działających na Nalewkach i stanowiących de facto reprezentację całej Dzielnicy Północnej – od banków i kas pożyczkowych, organizacji młodzieżowych, związków zawodowych i klubów sportowych niemal wszystkich ugrupowań i partii politycznych, po księgarnie i czytelnie: Blumberga (Nalewki 31), F. Rozena (Nalewki 37), Sowy (Nalewki 15), Gitlina (Kramy Nalewkowskie). Nie brakowało też bardziej tradycyjnych ogłoszeń reklamowych, dzięki którym potencjalni konsumenci mogli dowiedzieć się m.in. gdzie na Nalewkach można kupić wino po cenach hurtowych (Nalewki 41), gdzie nabyć gramofon (Nalewki 12), a gdzie znajduje się lecznica chorób wenerycznych i nerwowych (Nalewki 42). Jeśli ktoś z kolei potrzebował sprawnego buchaltera, akwizytora czy może korepetytora z nauk przyrodniczych, również wiedział pod jakim nalewkowskim adresem może go znaleźć. Nie brakowało także bardziej niebanalnych, przynajmniej z dzisiejszej perspektywy, ogłoszeń takich jak to, które informowało, że pod adresem Nalewki 15 stare krawaty przerabia się na nowe. Dzięki prasie i zawartym w niej ogłoszeniom wiemy również sporo o wydarzeniach kulturalnych i artystycznych mających miejsce na Nalewkach, m.in. o odbywających się tam wiecach publicznych, akademiach rocznicowych, odczytach znanych osobistości, zapisach do konkretnych szkół, potańcówkach, popisach gimnastycznych, i tak dalej, i tak dalej i tak dalej…

Obok fragmentów wspomnień przytoczonych wcześniej pisarzy oraz ogłoszeń pochodzących z żydowskiej prasy na wystawie pokazanych zostało również kilkanaście fotografii, które stanowią główny szkielet opowieści o Nalewkach i są bez wątpienia jej najważniejszym elementem. Fotografie przedstawiające z jednej strony przedwojenne scenki uliczne, jak również wojenne zniszczenia, pochodzą ze zbiorów archiwalnych różnych instytucji, zarówno z kraju (m.in. Żydowskie Instytut Historyczny, Muzeum Powstania Warszawskiego) jak i z zagranicy (m.in. The Ghetto Fighters’ House i Yad Vashem w Izraelu, United States Holocaust Memorial Museum, Muzeum Narodowe w Hadze). Z licznych, niezwykle ciekawych fotografii znajdujących się w powyższych zbiorach, wybranych zostało tylko kilka, które w sposób najbardziej przekrojowy pokazują to, co działo się w samym sercu żydowskiej Warszawy. A działo się doprawdy wiele…

Przedwojenna Warszawa była największym żydowskim skupiskiem w Europie, a co trzeci jej mieszkaniec był Żydem. Jednakże społeczność ta pod wieloma względami była zróżnicowana wewnętrznie, a różnice te uwypuklały się na gruncie zarówno ekonomicznym czy politycznym, jak też w podejściu poszczególnych środowisk do kwestii religii oraz języka. Na jednej ulicy żyli obok siebie syjoniści, socjaliści, komuniści, pobożni Żydzi, chasydzi i asymilatorzy oraz ci, którzy nie identyfikowali się z żadną ideologią i wiedli skupiony na sprawach codziennych żywot. Powyższy stan rzeczy, charakterystyczny dla warszawskiej społeczności żydowskiej, historyczka Ruta Sakowska podsumowała słowami: „średniowiecze sąsiadowało tu z nowoczesnością, konserwatyzm z awangardą, mistycyzm z marksizmem”. Wszystkie te różnice światopoglądowe oraz antagonizmy klasowo-warstwowe ludności żydowskiej jak w soczewce uwidoczniały się z całą siłą i ostrością również na Nalewkach. Aby się o tym przekonać wystarczy uważnie prześledzić prezentowane na wystawie zdjęcia takich autorów jak: Alter Kacyzne, Roman Vishniac, Menachem Kipnis, Willem van de Poll czy też kadry z amatorskiego filmu nakręconego latem 1939 r. przez amerykańskiego pediatrę Benjamina Gasula. Twórcy tych zdjęć, obserwując bacznie rzeczywistość w oku swoich aparatów, chcieli uchwycić tą pulsującą życiem niepowtarzalną aurę Nalewek, którą przede wszystkim tworzyli ludzie, stanowiący istotę tego co zwie się jidyszkajt. Ludzie o wysokim potencjale energii społecznej, wyczuleni i podatni na nowe prądy polityczne i mody intelektualne, jednocześnie zmagający się z trudną rzeczywistością II RP: dużym bezrobociem obejmującym praktycznie wszystkie sektory handlu i rzemiosła oraz narastającym antysemityzmem i bojkotami. Cały przekrój żydowskich Nalewek, biedni i bogaci, młodzi i starzy, miejscowi i z prowincji, chasydzi w kapotach i misnagdzi, buchalterzy w białych kołnierzykach i robotnicy w wysmarowanych ubraniach, bezrobotni z gazetami pod pachą, subiekci, furmani i tragarze, interesanci, krawcy, szewcy, stateczni kupcy i uliczni sprzedawcy z koszami bajgli i baniakami wody sodowej oraz wózkami pełnymi owoców, „eleganciki” w szykownych kapeluszach i wypastowanych na błysk butach, przechodnie, jidiszowi poeci i literaci, dziennikarze z małych i dużych redakcji, chałupnicy wyczekujący cierpliwie przez cały dzień na klienta, wielcy biznesmeni, mełamedzi i ich uczniowie, studenci śpieszący się do jesziw w długich czarnych kapotach i okrągłych czapeczkach na głowie, dzieci, mnóstwo dzieci, dziewczęta z wstążkami wplecionymi w warkocze oraz wyszminkowane modnisie w płaszczykach i kapelusikach, noszące się z polska aż po cienkie pończochy, staruszki w szajtlach i czarnych szalach zarzuconych na plecy oraz długobrodzi starcy w nadgryzionych zębem czasu chałatach oparci o charakterystyczne warszawskie laseczki, został uwieczniony na prezentowanych na wystawie fotografiach.

Jednym z bodaj najlepszych miejsc, nadającym się znakomicie do obserwacji codziennego życia, z jego wszechobecną krzątaniną na trotuarze oraz jezdni i dającym się co jakiś czas słyszeć przeraźliwym piskom skręcających tramwajów, było centralne miejsce Dzielnicy Północnej – skrzyżowanie Nalewek z Franciszkańską i Gęsią. Na ulicy Franciszkańskiej, odchodzącej od Nalewek w kierunku wschodnim, specjalizowano się w produkcji skóry, której osobliwy zapach unosił się w powietrzu każdego dnia. To właśnie z niej robiono niemal wszystkie męskie i damskie buty w całej Polsce, wyrabiano tu także skórzane paski, szelki, walizki oraz portfele. Z kolei ul. Gęsia, ciągnąca się w kierunku zachodnim, aż do żydowskiego cmentarza przy ul. Okopowej, była główną siedzibą handlu tekstylnego. Tu swoje przedstawicielstwa swego czasu miały wielkie łódzkie zakłady m.in.: „I.K. Poznański”, „Widzewska Manufaktura”, a także liczne fabryki z Bielska, Częstochowy i przede wszystkim z Białegostoku. Skrzyżowanie tych trzech ulic uchodziło za jedno z najbardziej ruchliwych miejsc na mapie przedwojennej Warszawy i to właśnie bez wątpienia czyniło je świetnym punktem obserwacyjnym. Przekonał się o tym m.in. holenderski fotograf Willem van de Poll, który wiosną 1934 r. przybył do Polski w celu sfotografowania miast i miasteczek II RP. Van de Poll, jak każdy dobry fotoreporter, szukał miejsc ciekawych i nietuzinkowych, gdzie mógł spotkać ludzi o ciekawych twarzach i spojrzeniach. A zatem nie mogło go zabraknąć również na Nalewkach. Skrzyżowanie z Gęsią i Franciszkańską okazało się na tyle interesujące dla Holendra, że postanowił uwiecznić je na kilku zdjęciach z różnych perspektyw. Na jednym ze zdjęć prezentowanym na wystawie widzimy północno-wschodni róg Nalewek z Franciszkańską, które to miejsce — co ciekawe — nigdy nie było nazywane Franciszkańską, lecz zawsze „rogiem Nalewek i Franciszkańskiej”. W narożnej kamienicy o ściętym boku oprócz Buchalteryjnego Biura Rzeczoznawców, zakładu fotograficznego „Ryś”, fabryki czekolady „Plutos” i kantoru loterii mieściło się również coś na kształt mini centrum bielizny: była tu pracownia bielizny damskiej Tenenbauma, fabryka bielizny Perelmutter i B-cia oraz „wytwórnia bielizny. J. Zejman” z dobrze widocznym na zdjęciu szyldem. Subiektami w tych sklepach byli mężczyźni z pejsami, z długimi brodami i w jarmułkach na głowie, którzy mimo faktu iż nie wiedzieli do czego służą poszczególne elementy damskiej bielizny, z wielkim zapałem sprzedawali je swoim klientom również nieobeznanym w tej delikatnej kobiecej materii. Na innym zdjęciu z tej serii widzimy południowo-wschodni narożnik Nalewek i ulicy Franciszkańskiej z polskim policjantem kierującym ruchem i dorożką zaprzęgniętą w jednego konia skręcającą z Gęsiej w ulicę Nalewki na pierwszym planie. Na ostatnim z omawianych zdjęć słynnego skrzyżowania, van de Poll uchwycił dwóch przechodzących przez jezdnię chłopców w czarnych kapotach i okrągłych, warszawskich płóciennych czapkach „żydowskich” — prawdopodobnie uczniów jednego z chederów. Ewidentnie jeden z nich, mający lekko odwróconą głową w kierunku południowym, sprawdza czy aby na pewno nic nie jedzie od strony ul. Nalewki. Za ich plecami rozciąga się widok na ulicę Franciszkańską. Na drugim planie widać także przejeżdżającą „jedynkę”, tramwaj kursujący na trasie Powązki – Wierzbno, który z Franciszkańskiej skręcał w Nalewki. Ulica ta były świetnie skomunikowane z całym miastem. Liczne przebiegające tędy linie tramwajowe pozwalały na łatwy dojazd w praktycznie każdy punkt stolicy.



Prezentowane na wystawie zdjęcia holenderskiego fotografa mogą stanowić interesujące odkrycie dla wszystkich miłośników przedwojennej Warszawy, gdyż nie są one często reprodukowane ani w czasopismach ani w książkach. Tym samym wciąż pozostają mało znane szerokiej publiczności. Inaczej sprawa wygląda w przypadku dwóch, można być rzec kultowych czy też ikonicznych, zdjęć nalewkowskich podwórzy. Zdjęcia o których mowa, w odróżnieniu od fotografii van de Polla często wykorzystywane były na całym świecie w licznych publikacjach oraz katalogach. Te dokumenty wizualne, będące niejako symbolem warszawskich Nalewek, zostały również pokazane na ŻIH-owskiej wystawie. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że przedstawiają one to samo wąskie, obudowane pięciokondygnacyjnymi oficynami, podwórze na Nalewkach. W rzeczywistości fotografia autorstwa Romana Vishniaca z 1938 r. pokazuje podwórze na Nalewkach 20, natomiast na zdjęciu zrobionym przez Altera Kacyzne w roku 1925, uwiecznione zostało jedno z trzech podwórzy znajdujących się pod adresem Nalewki 15.

Zdjęcie Vishniaca wydaje się być jedną z najlepszych egzemplifikacji tego, czym de facto były przedwojenne Nalewki, na których od zmierzchu do świtu odbywał się handel i gdzie oferowano szeroki wachlarz różnego rodzaju usług i towarów, a na wszystkich ścianach poprzecznych budynków oraz oknach wystawowych widniały liczne metalowe szyldy. Czegoż tam nie było? Na podwórzu kamienicy nr 20 znajdowały się m.in.: wytwórnia trykotaży, pracownia fartuchów, fabryka wyrobów podróżniczych, sprzedaż pończoch, skład przędzy i bawełny, sklep koronek, wstążek i przyborów do gorsetów. Co więcej, z uwagi na fakt, że podwórze domu nr 20 stanowiło pasaż handlowy między ulicami Nalewki i Wałową – na której znajdował się popularny bazar nazywany „Starą Wołówką” — przez cały dzień masy ludzi przelewały się z jednej ulicy na drugą i z powrotem. Było to najruchliwsze miejsce po parzystej stronie Nalewek i z całą pewnością fotografia Vishniaca, z tłumem falujących ludzi i z szyldami reklamowymi na pierwszym planie jest tego niezbitym dowodem. Prawdą jest jednak, że takie podwórza nie były na Nalewkach niczym szczególnym. Kryły się one, czasem było ich nawet kilka, we wszystkich domach i kamienicach. Najczęściej były czworokątne, pełne hałasujących ludzi, gdzie przed witrynami sklepów przesiadywali długobrodzi staruszkowie w czapkach z krótkim daszkiem, a we wszystkich kątach podwórza piętrzyły się skrzynki i wozy z różnego rodzaju towarem. Jedno z takich podwórzy sfilmował wspomniany już wcześniej amerykański turysta, doktor Benjamin Gasul. W swoim kolorowym filmie z sierpnia 1939 utrwalił on kilka minut z życia tamtejszych mieszkańców, których również można zobaczyć na plenerowej wystawie o Nalewkach.


Warto jeszcze zatrzymać się na chwilę przy fotografii Altera Kazycne, na której uwiecznione zostało długie podwórze domu przy Nalewkach 15. Co dość zaskakujące, wydaje się ono nieco opustoszałe, jednak w głębi zdjęcia dostrzec można grupę ludzi kłębiących się u wejścia po drugiej stronie podwórka. W jakim celu ci wszyscy ludzie tam się zgromadzili? Nie wiadomo. Pewne jest natomiast, że podwórze to było powszechnie znane jako podwórze Mławera lub Mławskiego, z jidysz „Mławers hojf”. Nazwa podwórka związana była z funkcjonującą w tym miejscu bożnicą, którą niegdyś założył niejaki Herszel, prawdopodobnie mieszkaniec Mławy. Z czasem on lub jego potomkowie przybrali nazwisko Mławerów lub Mławskich i tak utrwaliła się nazwa całego podwórza. Bożnica na „podwórku Mławera“ była tylko jedną z wielu bożnic działających na Nalewkach. Tutaj zresztą znajdowały się dziesiątki mniejszych i większych szuli, sztibli, bejt-ha midraszy. Od poniedziałku do czwartku przebywali tam również, cieszący się olbrzymim autorytetem i mający licznych wyznawców, cadycy z Kozienic, Sochaczewa i Góry Kalwarii. W każdy piątek popołudniu na Nalewkach, które wiodły życie pobożne i tradycyjne, zamykano wszystkie sklepy, a ruch i handel na ulicy zupełnie ustawał. W sobotę natomiast ulica ziała totalną pustką, nie było na niej widać żadnego przechodnia, a tramwaje przejeżdżające przez Nalewki zatrzymywały się na przystanku dosłownie na chwilę i czym prędzej mknęły dalej, pozostawiając mieszkańców ulicy Nalewki pogrążonych w modlitwie i w celebracji szabasu.

W wyniku Holokaustu dokonanego przez Niemców w czasie II wojny światowej to, co można było nazwać twórczą i dynamiczną cywilizacją Żydów polskich, zostało zniszczone i bezpowrotnie utracone. To, do czego dzisiaj możemy sięgnąć, aby choć w znikomym stopniu spróbować odbudować i tym samym przypomnieć ten żydowski świat, tak jak ma to miejsce w przypadku zorganizowanej przez ŻIH plenerowej wystawy o Nalewkach — to właśnie utrwalone na papierze wspomnienia naocznych świadków, pożółkłe wycinki ze starych gazet i czarno-białe fotografie. To wszystko jednak, mimo iż pieczołowicie ze sobą złożone, w dalszym ciągu pozostaje jedynie impresją, o tym co dawniej było, a czego już nie ma.

 

Agnieszka Kajczyk

Opiekun merytoryczny plenerowej wystawy „Nalewki. Opowieść o nieistniejącej ulicy”. Zorganizowanej w ramach 75. rocznicy Aktion Reinhardt i Zagłady Żydów polskich dokonanej przez niemiecką III Rzeszę.



Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem