O ulicy Nalewki opowiada dr Rafał Żebrowski

Nalewki były osią dzielnicy żydowskiej. Szeroka ulica, gęsto zaludniona, wręcz zatłoczona, wyróżniała się zdecydowaną dominacją języka jidysz i odmiennością strojów.

Wide full hd  tram

Nalewki były osią dzielnicy żydowskiej. Szeroka ulica, gęsto zaludniona, wręcz zatłoczona, po której po której jeździły tramwaje, wyróżniał się zdecydowaną dominacją języka jidysz i odmiennością strojów – wokół Nalewek królował tradycyjny strój religijnych kobiet – peruki i mężczyzn – chałaty. 



Bernard „Regnis” Singer „Moje Nalewki”, Warszawa 1956 „Dzielnica żydowska w Warszawie zajmowała jedną piątą część miasta, skupiała dwieście pięćdziesiąt tysięcy osób, a więc jedną trzecią mieszkańców. […] Ten mały świat wydawał się bardzo duży. Podziwiałem pasaż Friedmana na Świętojerskiej z wyjściem na Wałową. Można tam było mieszkać, nie wychodząc wcale na ulicę. Były dwie bożnice, kapliczka dla chasydów z Góry Kalwarii, dwa chedery, piekarnia, sklepiki spożywcze, kilka jadłodajni i kawiarni, jeden hotel i dwie instytucje o śmiesznej nazwie ‘’umeblowane pokoje’’. Nie było monopolu spirytusowego. Nalewki sprzedawały koronki, wyroby galanteryjne i pończosznicze. Gęsia handlowała manufakturą moskiewską i łódzką. Franciszkańska skupowała radomską skórę… Zdarzał się intruz, który sprzedawał mydło na Gęsiej zamiast na Franciszkańskiej. Były też w naszej dzielnicy oazy ‘’gojowskie”. Fregat sprzedawał platery dla młodych małżeństw, Skarzyński na Nalewkach mydło, które kupowały służące w sobotę. Perłow handlował herbatą i cukrem na tychże Nalewkach. Kupowano u niego cukier, by zamienić na strublówkę. Kupcy mieszkali najczęściej blisko swoich sklepów. Modlili się niedaleko od mieszkań.

Henryk Nagiel, Tajemnice Nalewek, Warszawa 1911:

„Nalewki ze swymi, że się tak wyrażę, dopływami: Franiszkańska, Gęsią i Muranowską, nie są podobne do żadnej z ulic Warszawy. Takiego tumu, pędzącego na zabój, gestykulującego i rozprawiającego głośno, zaczepiającego, nie tracącego ani chwili czasu, nie znajdziesz nigdzie indziej w Warszawie. Przedrzeć się przez to ludzkie mrowie ani podobna! Środkiem biegną z głośnymi dzwonkami tramwaje, jadą dorożki, turkoczą ciężkie, ładowane wozy. Przy trotuarach wyładowują towary. Wszędzie ruch. Niekiedy fala ludzka, nie znajdując dość miejsca na chodniku, wlewa się na środek ulicy. A same domy… Nie spostrzeżesz na nich ani jednego łokcia wolnego muru: wszędzie – szyldy. Na parterze sklepy, na piętrze składy – I tak dalej, aż do poddasza. W podwórzu również sklepy. I zajrzeć tylko do której z tych ciemnych nor: znajdziesz tam towaru nieraz na setki rubli. Domy mają specjalny charakter i fizjognomie. Brudne i obdarte, ale pakowne. Kilka podwórz, cały labirynt oficyn, jakieś pochylone domki, rodzaje stajenek – to wszystko mieści kilka tysięcy nieraz osób. Takie olbrzymie domy, małe miasteczka, mają odrębną ludność. Straganiarka, co przez pół wieku na trzecim podwórku sprzedawała sąsiednim bachurom makagigi: oto bakałarz, co z chederu w drugim podwórzu przez lat dziesięć na ulicę nie wyjrzał. […] Czego zresztą nie można znaleźć na Nalewkach? Są to i fabryki i warsztaty, składy i kantory, i hotele, i restauracje. Jest tu i ludność przyjezdna, specjalna, o długich i kędzierzawych brodach, twarzach wschodnich i zapachu cebuli i długich chałatach, przedsiębiorcza, robiąca obroty na tysiące, przybyła z Odessy, Tyflisu, nieraz z Isfahanu, ale zawsze z Nalewkami i tysiącem węzłów związana, mówiąca ich językiem i interesy ich rozumiejąca”.


Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem