„Niech pan im powie, żeby malowali sceny z getta”

131. rocznica urodzin Romana Kramsztyka, malarza i rysownika, zastrzelonego w gettcie podczas akcji likwidacyjnej.

Wide roman kramsztyk rodzina  ydowska w getcie a 1079
Roman Kramsztyk, Rodzina w getcie (ze zbiorów ŻIH)

Dziś mija 131. rocznica urodzin Romana Kramsztyka — malarza i rysownika, jednego z najbardziej znanych artystów dwudziestolecia międzywojennego. Prawdopodobnie również w sierpniu minęła 73. rocznica jego śmierci. Zginął na ulicy warszawskiego getta, zastrzelony przez własowca w czasie pierwszej akcji likwidacyjnej. 

Roman Kramsztyk urodził się 18 sierpnia 1885 roku w Warszawie w zasymilowanej żydowskiej rodzinie, zaangażowanej w działalność polityczną. Zarówno rodziny matki — Heleny z Fajansów, jak i ojca — Juliana Kramsztyka, ordynatora oddziału chorób wewnętrznych Szpitala Dziecięcego Bersohnów i Baumanów, należały do spolonizowanej żydowskiej inteligencji. Dziadek rysownika — Izaak Kramsztyk, był rabinem postępowym, absolwentem i późniejszym wykładowcą warszawskiej Szkoły Rabinów. Rabin Kramsztyk został osadzony w cytadeli, za udział w manifestacji patriotycznej 27 stycznia 1861 roku.

W 1903 roku Roman Kramsztyk rozpoczął studia w krakowskiej ASP w pracowni Józefa Mehoffera. Dużo podróżował i studiował m. in. w ASP w Monachium. Zapoznał się z malarstwem impresjonistów i twórczością Paula Cezanne’a. W czasie pobytu w Krakowie poznał Henryka Kunę, Leopolda Gottlieba, Wacława Borowskiego i Władysława Skoczylasa — znajomości te przetrwały lata i zaowocowały współpracą w Towarzystwie Artystów Polskich RYTM.

W lecie 1939 roku Roman Kramsztyk przyjechał do Warszawy, aby uregulować sprawy spadkowe po śmierci matki. Zastał go tu wybuch drugiej wojny światowej. Początkowo zajmował mieszkanie swoich rodziców przy ulicy Boduena 4, a w czasie bombardowań chronił się w piwnicy mieszkania stryjecznego brata — Andrzeja Kramsztyka (ul. Boduena 3). Po zniszczeniu obu kamienic, przeprowadził się na ul. Smolną do Marii Konowej. W listopadzie 1940 roku znalazł się w getcie na ul. Siennej 7, a następnie zamieszkał na ul. Elektoralnej 5. 

Roman Kramsztyk w getcie warszawskim

Artysta mimo trudnych warunków nadal rysował i malował. Bywał częstym gościem kawiarni „Cafe-bar Capri” przy ulicy Siennej 59. To tu obserwował i szkicował rzeczywistość getta. Joanna Simon oraz jej siostrzenica Halina Rothaub pisały o jego przyzwyczajeniu w ten sposób: Roman zawsze lubił przesiadywać w kawiarniach i ten zwyczaj kontynuował również w getcie. Siadywał on wówczas przy oknie kawiarni przy ul. Rymarskiej lub Elektoralnej tuż obok muru granicznego. Okiem artysty obserwował gromadzących się tam przemytników i owocem tych obserwacji była seria rysunków przedstawiających przemytników [...]. Również interesowały go typy nędzarzy żydowskich. Rysował całe grupy nędzarzy tulących się do siebie dla rozgrzewki, także trupy, które tak często widziało się na ulicy. Uważał, że utrwalanie tego jest jego posłannictwem. [...] Rysował bardzo dużo i bardzo szybko, starając się jak najbardziej utrwalić to, co widział. Rysunki przechowywał w tekturowych teczkach zawiązywanych na wstążeczki. Teczki były pękate [...] i w miarę tego, jak tych rysunków przybywało, starał się jak najczęściej przesyłać je na „aryjską stronę”. W tym celu umawiał się przez telefon z Marią Konową i spotykał się z nią na Lesznie w sądach.

Roman Kramsztyk dzięki przyjaciołom miał propozycje ucieczki z getta i ukrywania się po stronie aryjskiej — nie skorzystał z nich. Trudno jednoznacznie określić, dlaczego. Pomoc oferowali mu m. in. Jan Żabiński (organizator i pierwszy dyrektor Ogrodu Zoologicznego w Warszawie, na terenie którego w czasie okupacji ukrywał Żydów), Maria Konowa oraz Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie, co relacjonuje ich córka, Maria: Mieli dla niego przygotowane i mieszkanie, i papiery, i sposób wyjścia. Można było przecież telefonować do getta i oni telefonowali. Nie chciał opuścić getta. Jaka była tego przyczyna? Ja tak zawsze myślę, że jest oto tak zwana historia lorda Jima: nie opuszcza się braci w sytuacji ostatecznej i dlatego nie udało się Romana Kramsztyka z getta wyciągnąć.” Na początku istnienia getta nie wyobrażano sobie, jaki los czeka polskich Żydów. Wielu przebywających w getcie nie potrafiło sprostać wymogom mistyfikacji i wolało poddać się terrorowi niż się ukrywać.

W tym czasie Kramsztyk rysował sceny z życia Żydów z zamkniętej dzielnicy — żebrzące dzieci, wynędzniałych, bezdomnych ludzi. Jednym z takich rysunków jest sangwina Rodzina w getcie (Stary Żyd z dziećmi) z 1942 roku, która znajduje się w zbiorach Żydowskiego Instytutu Historycznego.

Śmierć

Ostatnie dni życia Romana Kramsztyka odtworzyć możemy dzięki wspomnieniom Władysława Szpilmana „Śmierć miasta” i „Pianista” wydanych w 1946 i 1998 roku. Szpilman wspomina spotkanie z malarzem 18 lipca 1942 roku w przerwie koncertu w kawiarni "Pod Fontanną” na Lesznie: Był zgaszony, przygarbiony w sobie i pełen najczarniejszych myśli. Przed chwilą dowiedział się z niewątpliwego źródła, że bliskie wysiedlenie getta tym razem jest nieuniknione: po tamtej stronie murów urzęduje już, gotowe do podjęcia akcji, niemieckie Vernichtungskommando.

Drugie spotkanie Szpilmana z Kramsztykiem miało miejsce mniej więcej tydzień po rozpoczęciu akcji liwidacyjnej, który zapytał malarza:

- Jak pan myśli, wywiozą nas do ostatniego?

Nie odpowiedział, lecz rzucił wymijająco: Źle pan wygląda! Za bardzo się pan przejmuje.. Zobaczy pan, że to się lada dzień skończy, bo... bo przecież to nie ma sensu!

Szpilman komentuje tę rozmowę: Powiedział to ze śmiesznym, trochę bezradnym przekonaniem, jak gdyby bezsensowność jakichś wydarzeń mogła być od biedy wystarczającą przyczyną by ustały. 

Wspomnienie Szpilmana jest jedną z kilku relacji o śmierci Romana Kramsztyka: Jednego z pierwszych dni akcji wysiedleńczej zginął Kramsztyk. Po otoczeniu domu, w którym mieszkał, nie zszedł na gwizdek na podwórze. Wolał być rozstrzelany u siebie, pośród swoich obrazów.

Relacja Joanny Simon osadza czasowo to wydarzenie, podając, że stało się to podczas akcji likwidacyjnej małego getta, która miała miejsce między 10 a 16 sierpnia 1942 roku: Roman, który mieszał wówczas przy ul. Chłodniej 17 lub 19, ociągał się, lekceważąc niebezpieczeństwo [...]. Tak zwana „akcja” ogarnęła dom, w którym mieszkał, na początku sierpnia 1942 roku. Roman został wywleczony przez własowców z mieszkania i zastrzelony na schodach.

Antoni Szymanowski napisał w październiku 1942 roku reportaż na zlecenie Biura Informacji i Propagandy Okręgu Warszawskiego AK zatytułowany „Likwidacja getta warszawskiego”. Zanotował w nim, błędnie datując wpis na 27 lipca 1942 roku: Zabrany z mieszkania nie dość szybko schodził po schodach i Niemiec po prostu strzelił mu w tył głowy. Bo w getcie obowiązywała zasada, że trzeba się szybko poruszać — także ku własnej śmierci.

Bezpośrednim świadkiem śmierci Romana Kramsztyka był Samuel Puterman — malarz, który był funkcjonariuszem Służby Porządkowej w getcie. W swoim pamiętniku „Getto warszawskie” 6 sierpnia 1942 roku zanotował: Kramsztyk poszedł do swego mieszkania po kilka ołówków o dziesiątej zaskoczyła go blokada, nie miał gdzie się skryć. Jakaś przypadkowa kula utkwiła mu w płucach padł zalany krwią, nieprzytomny. (...) Dopiero po paru godzinach, gdy ucichły krzyki i strzały, ukryci w schronach wyszli na podwórze i zabrali go do piwnicy. (...) Musiałem złożyć mu uroczystą przysięgę, że nakłonię jego kolegów, żeby po wojnie malowali sceny z getta. „Niech pan im powie, że Kramsztyk prosił ich, żeby malowali sceny z getta. Wszystko poświęcić, niech się świat dowie o bestialstwie Niemców.” Był już w agonii (...) cierpiał strasznie i wciąż mówił do mnie, wyciągnął z kieszeni parę kredek sangwiny, wręczył mi je z nabożeństwem, „Niech pan im odda na pamiątkę od Kramsztyka, to dobre kredki, oryginalne Lefrance.” Wręczył mi na pamiątkę złoty zegarek, nagroda z jakiejś wystawy francuskiej. Na kopercie widniał napis „Liberté-Égalité-Fraternité”.

To był człowiek niesłychanej kultury, wysokiej kultury w ogóle, skromny jakiś taki mający dużo ciepła. […] Natomiast o muzyce mogliśmy rozmawiać godzinami, bo nie tylko doskonale znał literaturę muzyczną, ale sam siadał do fortepianu i grał jakieś drobne utwory Chopina.

Władysław Szpilman

Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem