„Był to piękny, trzypiętrowy gmach…” Szpital Dziecięcy im. Bersonów i Baumanów w Warszawie (1872–1942)

Senior zamożnej warszawskiej rodziny, finansista i przemysłowiec, ale również społecznik i filantrop, Mejer Bersohn, testamentem z 16 maja 1872 roku zapisał 50 tysięcy rubli na założenie szpitala dla dzieci. Tak zaczęła się siedemdziesięcioletnia historia Szpitala Dziecięcego im. Bersonów i Baumanów, który swoje odrodzenie w latach międzywojennych zawdzięcza wybitnej lekarce i działaczce społecznej – doktor Annie Braude-Hellerowej. Opiekowała się ona małymi pacjentami przez dwa lata w getcie warszawskim, pozostała podczas „wielkiej akcji likwidacyjnej” i zginęła razem z nimi w 1943 roku.

Wide  44a3791 7
Szpital Dziecięcy im. Bersonów i Baumanów  /  źródło: Wikipedia

W 1872 roku Bersohnowie założyli fundację „Szpital dla dzieci żydowskich fundacji Majera i Chai z Szymanów małżonków Bersohn”. Do zapisu testamentowego kolejne 30 tysięcy rubli na cele szpitala ofiarowała córka Majera Bersohna, Paulina z mężem Salomonem Baumanem. 28 grudnia 1872 zakupiona została działka między ulicami Śliską a Sienną, jednak wspólnie fundusze rodzin nie wystarczyły jeszcze na rozpoczęciu budowy i szpital rozpoczął działalność dopiero w czerwcu 1878 roku. Szczegółowy opis głównego budynku zawdzięczamy doktorowi Julianowi Kramsztykowi (syn rabina Izaaka Kramsztyka, ojciec malarza Romana Kramsztyka): Pierwsze piętro budynku zajmuje korytarz i 5 sal obszernych, (…). W każdej z tych sal znajduje się sześć łóżek dla chorych dzieci, jako też łóżko większe dla posługaczki. (…). Z powyższych pięciu sal cztery łączące się bezpośrednio ze sobą przeznaczone się dla pomieszczenia chorych wewnętrznych i chirurgicznych, piąta (…) dla pomieszczenia dzieci z chorobami zakaźnymi. (…) W suterenach na koniec znajduje się obszerna kuchnia, magiel, pomieszczenia dla służby, kucharki, praczki, spiżarnia, skład ubiorów i węgli, piwnice itp. Na parterze znajdowała się poczekalnia, ambulatorium, sala operacyjna i pomieszczenie pooperacyjne, biblioteka i apteka szpitalna i sala seminaryjna.

Od początku funkcjonowania Szpitala Dziecięcego im. Bersohnów i Baumanów, zespół lekarski składał się z lekarza naczelnego, ordynatorów i lekarza miejscowego, a funkcje te pełnili wybitni specjaliści chirurdzy, pediatrzy i interniści. Wspomniany już dr Julian Kramsztyk (1851–1926) – pediatra i specjalista z zakresu chemii patologicznej i fizjologicznej był pierwszym lekarzem miejscowym. W późniejszych latach stanowisko to, jak i mieszkanie w szpitalu, zajął Henryk Goldszmit. Natomiast pierwszym lekarzem naczelnym został Ludwik Chwat (1831–1914) – chirurg z doświadczeniem zdobytym w klinikach w Berlinie i Wiedniu, zaczął stosować innowacyjne wówczas metody narkoz. Pasjonował się ulepszaniem narzędzi chirurgicznych, które zyskały uznanie na wystawach w Wiedniu i Warszawie. Warto wspomnieć jeszcze otolaryngologa Zygmunta Srebrnego, pediatrę i patomorfologa Ludwika Wolberga, ordynatora oddziału chorób zakaźnych Adolfa Korala, okulistę Dawida Natansona.

W 1909 roku rozpoczęły się prace remontowe szpitala – zainstalowano umywalki z bieżącą zimną wodą i wentylację w ubikacjach, urządzono pokój kąpielowy, zmodernizowano salę operacyjną, wymieniono okna. Zamontowana została instalacja wodociągowo-kanalizacyjna w nowych salach i światło elektryczne w całym budynku. Po zakończeniu prac, otworzony został nowy oddział zakaźny na 115 łóżek, a szpital zakupił dodatkową ilość pościeli, bielizny i naczyń kuchennych. Remontowi uległa także kuchnia, wydająca od teraz trzy razy więcej posiłków. Jednak po zaledwie pięciu latach, w 1916 roku, Zarząd Miejski zrezygnował z dzierżawy 100 łóżek, a fundusze zabezpieczone na hipotekach zdewaluowały się. Sytuacja szpitala stawała się coraz cięższa, ostateczne zamknięcie szpitala w 1924 roku przypieczętowane zostało cofnięciem dotacji przez Magistrat Warszawy. Z tą decyzją nie zgadzała się dr Anna Baure-Hellerowa, pisząc w artykule „O szpital dla dzieci żydowskich”: (…) jest to krzywda wyrządzona choremu dziecku żydowskiemu. (…) Szpital dla dzieci żydowskich musi zarazem być uczelnią dla lekarzy i pielęgniarek, uczelnią, skąd pójdą w życie uspołecznieni i wykwalifikowani obrońcy zdrowia dziecka żydowskiego.

Z inicjatywy dr Anny Braude-Hellerowej, Towarzystwo Przyjaciół Dzieci wystąpiło z propozycją przejęcia i uruchomienia na nowo szpitala. Projektantem przebudowy budynku był inż. Henryk Stiefleman, autor i współautor (m. in. z Stanisławem Weissem i Maurycym Grodzieńskim) takich realizacji jak Żydowski Dom Akademicki i Gmachu Wychowawczego Starozakonnych na Pradze oraz Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc. Mimo wielu apelów do mieszkańców Warszawy, Gminy Żydowksiej, konferencji prasowej (lipiec 1926) i publikacji na łamach „Naszego Przeglądu” (Janusz Korczak), nie udawało się zebrać potrzebnej sumy na remont szpitala bez indywidualnych darczyńców. Rafał i Berta Szereszowscy przeznaczyli 20 tysięcy złotych na urządzenie Pracowni Rentgenowskiej. Ostatecznie udało się otworzyć szpital 9 listopada 1930 roku, a dokładny opis inwestycji został zamieszczony w Naszym Przeglądzie z tego dnia: Pierwsze piętro zajmuje oddział chirurgiczny na 40 łóżek. (…) Zwraca uwagę doskonałe zorganizowanie sal operacyjnych, które posiadają oświetlenie bez zarzutu, stoły operacyjne najnowszego typu (…). Drugie piętro przeznaczone jest na oddział chorób wewnętrznych, liczy przeszło 50 łóżek (…). Trzecie piętro mieści oddział dla gruźliczo chorych dzieci i liczy 27 łóżek. Do sal przylegają tu od południa olbrzymie tarasy, gdzie dzieci spędzać będą na słońcu cały dzień przez 9 miesięcy, niezależnie od zmian atmosferycznych. Rozkład sal, ich wewnętrzne urządzenie cechuje celowość, wszystko jest racjonalnie pomyślane i dostosowane do potrzeb chorego dziecka. Pojedyncze sale na każdym piętrze oddzielone są od siebie przezroczystymi szklanymi ścianami, tak że lekarze lub pielęgniarki mają możność w każdej chwili obserowować cały oddział. Łóżka zaopatrzone w specjalne ruchome materace, pozwalają mechanicznie unieść chorego w bez przekładania go na wózek (…).

Lekarzem naczelnym i ordynatorem oddziału niemowlęcego została, zaangażowana od wielu już lat w odnowienie i uruchomienie na nowo szpitala, doktor Anna Braude-Hellerowa. Ordynatorami innych oddziałów zostali: Feliks Sach – wewnętrzny, Mieczysław Gantz – gruźliczy, chirurgiczny – Saidman. Na stanowiska kierowników pracowni szpitalnych powołano: Beniamina Kryńskiego (rentgenowska), Teodozję Goliborską (analityczna), Maurycego Płońskiera (anatomo-patologiczna).

Konieczne było utworzenie Szkoły Pielęgniarek, ponieważ dotychczasowy zespół nie posiadał wykształcenia zawodowego, a jedynie umiejętności praktycznie nabyte podczas pracy w szpitalu. Zarząd Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, w 1928 roku utworzył przy szpitalu Szkołę Pielęgniarstwa Dziecięcego. Internat dla uczennic mieścił się na parterze gmachu głównego, kurs trwał dwa lata i poza przedmiotami ogólnymi obejmował opiekę nad dziećmi w szpitalu. Od strony ulicy Siennej uruchomiona została Stacja Opieki nad Matką i Dzieckiem, którą kierowała dr Natalia Szpigelfogel-Lichtenbaumowa.

W pierwszych dniach mobilizacji do wojska powołani zostali: Beniamin Kryński i Aleksander Owczarek, a kierownictwo zaczęło przygotowywać się do nadchodzących dni bombardowań i oblężenia Warszawy. Najtragiczniejsze w skutkach bombardowanie Warszawy miało miejsce w dniach 24–26 września, kiedy w kalendarzu żydowskim przypadało święto Jom Kippur. W szpitalu przestały działać telefony, odcięto prąd i wodę, dostawy gazu nie funkcjonowały już od kilku dni. Aby umożliwić dalsze funkcjonowanie placówki, Lejbowicz, szpitalny zdun, w ciągu jednej doby zbudował kuchnię z kafli znalezionych w piwnicy, a wodę pozyskano ze studni na terenie szpitala. Na szczęście sam budynek, nie ucierpiał podczas pierwszych dni wojny, a pracownicy mogli pomagać również okolicznej poszkodowanej ludności.

Niemcy mianowali komisarzem szpitala dra Wacława Skoniecznego, lekarza z Inowrocławia. We wspomnieniach Adiny Blady-Szwajger zapisał się jako szczupły pan w średnim wieku, z fatalnym akcentem, (…) był Polakiem wychowanym i wykształconym w Niemczech. Przypuszczalnie swojej dobrej znajomości języka zawdzięczał fakt, że został naszym komisarycznym dyrektorem. Nie wiem. Może przyjął folkslistę? Też nie wiem. Ale wiem, że w dziejach szpitala na Siennej był i jego piękny rozdział: „Rozdział komisarza”, który nie tylko nie przeszkadzał, ale starał się – jak mógł – pomóc. Dzięki jego staraniom, kilka osób z personelu szpitala, w tym Henryk Kroszczor z rodziną (jego żona, dr Rachela Kroszczorowa była ginekologiem) wyszło na stronę aryjską.

Na przełomie 1939/1940 roku, w Warszawie wybuchła epidemia tyfusu, w związku z czym Niemczy zarządzili kwarantannę obu szpitali, a teren przyszłego getta warszawskiego, oznaczono szyldami z napisem: „Teren zakażony – wejście wzbronione”. Od strony Śliskiej ustawiono posterunek granatowych policjantów i w ciągu 6 tygodni nikt z personelu nie mógł opuszczać szpitala. Udawało się wychodzić ze szpitala po żywność, dzięki dobrym relacjom z policjantami, których dzieci korzystały wcześniej z pomocy szpitala. W lutym 1940 roku szpital ponownie otwarto, a także uruchomiono przychodnię dla chorych zakaźnych.

Od listopada 1940 Szpital Dziecięcy im. Bersonów i Baumanów znalazł się na terenie getta warszawskiego (w tak zwanej małej, południowej części), które podczas pierwszej zimy zostało nawiedzone kolejną epidemią tyfusu. Niemieckie zarządzenia w sprawie walki z tyfusem przyczyniały się tylko do namnażania i roznoszenia zarazków. W kulminacyjnym momencie epidemii, który przypadł na lato 1941 roku, miesięcznie umierało około 4 tysięcy ludzi. Szpital na Śliskiej był przepełniony, dlatego dr Anna Braude-Hellerowa rozpoczęła starania o filię dla szpitala. Od października 1941 nowa siedziba szpitala mieściła się również w „dużym getcie” przy Leszno 80, róg Żelaznej. Przed personelem szpitala najpierw stanęło zadanie uporania się ze stanem sanitarnym nowych pomieszczeń, gdzie znaleziono mnóstwo pluskiew, koniecznością zdobycia dodatkowych łóżek, kompletów pościeli i mebli.

Sąsiedztwo wachy (bramy getta od strony Leszna) oraz makabryczna zabawa najsłynniejszego gettowego „gołębiarza” – Frankensteina, sprawiało, że częstymi pacjentami szpitala były ranne, postrzelone przez niego dzieci. Jedną z takich scen zaobserwował Ludwik Hirszfeld: Mała dziewczynka próbuje przecisnąć się przez wachę, żołnierz woła ją do siebie i zdejmuje powoli karabin. Dziecko obejmuje jego but, błagając o litość. Żołnierz uśmiecha się i mówi: „Nie umrzesz, odechce ci się tylko szmuglu”. I strzela w obie nóżki. Małe nożyny dziecka strzaskane. Trzeba je amputować. Rzeczywiście, nie będzie się więcej zajmowała szmuglem.

Kolejnym problemem, z jakim przyszło się zmierzyć wszystkim lekarzom w dzielnicy zamkniętej był wszechogarniający głód. Po podliczeniu statystyk śmiertelności w getcie, było jasne, że 3 do 4 tysięcy Żydów umierało z głodu w ciągu miesiąca. Przyczyną były przede wszystkim drastycznie niskie racje żywnościowe – wahające się od 400 do nawet mniej niż 200 kalorii dziennie. Dzieciom, które trafiały do Szpitala Bersonów i Baumanów, udawało się poprawić kondycje, jednak na krótko przedłużano im życie. Wypisane z oddziału, wracały po kilku tygodniach, w znaczenie gorszym stanie.

Historia Szpitala Dziecięcego im. Bersonów i Baumanów przy ulicy Śliskiej zakończyła się wraz z zamknięciem małego getta, w wyniku likwidacji getta warszawskiego, która rozpoczęła się 22 lipca 1942. Na opuszczenie szpitala dostali 24h, dlatego przeprowadzka odbywała się dzięki przypadkowym wozom, które przetransportowały cenny dobytek szpitala z Śliskiej na Leszno. Nie udało się wziąć wszystkiego – wyposażenia pracowni rentgenowskiej i analitycznej oraz sali operacyjnej. Na Leszno przeniesieni zostali również chorzy z oddziału zakaźnego na Stawkach, ponieważ w budynkach otoczenia Umschlagplatzu Niemcy zorganizowali punkt zborny dla Żydów wywożonych do Treblinki. W ciągu trwania akcji każdego dnia personel medyczny znajdował się w kolumnach maszerujących na Umschlagplatz, lekarzom i pielęgniarkom nie udało się uchronić od łapanek i transportów do obozu śmierci.

Jedna z lekarek, które przeżyły wojnę, Adina Blady-Szwajger, wspomina powojenne spacery na ulicę Śliską: Patrzę na bramę szpitala, zaglądam przez kraty i widzę, że nie ma już rajskich jabłoni, które tu kwitły. Ten szpital nie nosi imienia, które powinien nosić. Ale zamykam oczy. I wtedy otwiera się brama, ta od Śliskiej, gdzie kiedyś rozebrało się bezdomne dziecko, i wychodzą z niech wszyscy ci, których nie ma.

Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem