Recenzja „Pism z getta warszawskiego” Racheli Auerbach

W czytaniu dzienników Auerbach jest coś perwersyjnego. Wręcz chorego. Ich lektura bowiem sprawia niezdrową przyjemność (...)

Wide auerbach okladka wydanieii fragm

W czytaniu dzienników Auerbach jest coś perwersyjnego. Wręcz chorego. Ich lektura bowiem sprawia niezdrową przyjemność. Ten precyzyjny opis piekła, z perspektywy kotła z zupą (Auerbach zorganizowała w warszawskim getcie kuchnię przy ul. Leszno 40 i w szczytowym momencie wydawała ponad 2000 talerzy posiłku dziennie) — jest po prostu fenomenalny. Nie tylko literacko. Auerbach studiowała przed wojną psychologię i historię, do tego zajmowała się dziennikarstwem. Zbudowała warsztat, który pozwolił jej — jak słusznie pisze we wstępie Karolina Szymaniak — napisać “jedno z najważniejszych dokumentarnych i literackich świadectw czasu Zagłady”. Dzieło wybitne, mimo pozornego chaosu i rozczłonkowania, pełne i całościowe. Co ciekawe, chociaż autorka miała świadomość, że notatki robi pospiesznie i “strasznie bezładnie” — wiedziała jednak, że tworzy materiały bezcenne. Lęk o ich utratę był ważnym składnikiem jej wszystkich lęków. Miała nawet koszmarny sen o zagładzie rękopisów. Śniła, że te wpadły w “chamskie i wrogie ręce”, a ona sama jest “bezsilna, zrozpaczona i osaczona”.

Na obecne wydanie Pism składają się teksty Dziennika (pisanego od 4 sierpnia 1941 do 26 lipca 1942 r.), Monografia kuchni ludowej — 37 stronicowy brudnopis psycho-socjologicznego studium o głodzie, a także List do bratanka Mundka, Testament i poemat żałobny Jizkor, napisany już po aryjskiej stronie w 1943 r.

Dziennik i Monografia…, główne teksty tej edycji, zostały ukryte w Archiwum Ringelbluma i odnalezione tuż po wojnie. Niektóre karty do dziś są nieczytelne, inne zalane i zniszczone zostały odczytane dzięki żmudnej pracy badaczy. A także samej autorki, która pracę nad swoimi tekstami kontynuowała po wojnie, ciągle zmieniając i poprawiając kolejne wersje. Dziś pisma te, to podstawowe źródło do poznania dziejów warszawskiego getta.

Rachela Auerbach z racji wykonywanej pracy, wiedziała co się w getcie dzieje, nie gorzej od najlepiej poinformowanego członka Judenratu. Prowadząc stołówkę, spotykała po kilkuset dalszych i bliższych znajomych dziennie. Dokarmiając przyjaciół z zespołu Ringelbluma, dla którego przecież pisała dziennik, mogła zbierać informacje i wymieniać się danymi. Mogła je weryfikować i uzupełniać, gdy pojawiły się nowe. Dzięki temu, niektóre zapisy brzmią wręcz jak zapis elektroniczny. “Wedle relacji żydowskiej, historia zamordowania Hertza miała przebieg następujący” — zapisała pod datą 6 czerwca 1942 r. i przedstawiła wstrząsający zapis praktyk słynnego żandarma-mordercy zwanego Frankensteinem. W innym miejscu przedstawia opis szamotaniny między żandarmem a jakąś kobietą z ulicy Rynkowej. Wydarzenie zna z drugiej ręki, ale opis jest tak sugestywny, jakby ona sama była przy incydencie. A ten był jak setki podobnych. Żandarm chciał zastrzelić kobietę. Ta chwyciła za lufę karabinu i krzycząc broniła życia. “Krzyczała ze strachu i rozpaczy, ale równocześnie znalazła jakieś niebywałe słowa śmiertelnego błagania o litość, o darowanie życia. Nie dając żandarmowi unieść karabinu, równocześnie gorącymi pocałunkami obsypywała szarpiące jego ręce, moczyła je łzami i …zmiękczyła je”.

Właśnie to “odejście od reguły” mordu, momenty złamania piekielnej rutyny wymazywania getta, tak bardzo interesują Auerbach. Wpis z 21 czerwca 1942 r. poświęciła “figlom płatanym wymiarowi sprawiedliwości”. Na czym one polegają? A, choćby na symulowaniu trupa. Podczas jakiejś kolejnej interwencji służb porządkowych z mieszkania na piętrze wyskoczył chłopiec. Spadł na bruk i dogorywał. “Żywy trup” robił to na tyle sugestywnie, że Niemcy nie dobili go z karabinu. Tymczasem po ich odejściu spryciarz bez żadnego uszczerbku na zdrowiu, powlókł się z powrotem do mieszkania. Innym razem żandarm złapał małego szmuglera i trzymając za opaskę na ramieniu, prowadził ulicą, by oddać polskiemu policjantowi. Smarkacz “…wpadł na doskonały pomysł. Odpiął sobie agrafkę spinającą (…) zostawił opaskę w ręku policjanta, a sam dał drapaka, aż się zakurzyło (…) policjant polski — jak żuk na gnoju, szmalcem gettowym spasiony bęcwał został z opaską w ręku i ogłupiał”.

Auerbach nie stara się pisać obiektywnie. Nie ma na to ochoty ani czasy temu nie sprzyjają. Opisy powolnego dogorywania są pełne pasji. Język jakiego używa, by dokładnie oddać tragiczny finał, jest bardzo sugestywny. Do tego stopnia, że chęć dokumentowania ustępuje czasami woli użycia jeszcze bardziej “artystycznych” środków przekazu. “I trwa bez końca jarmark koszmarów, maligna chorej ulicy, huczy bęben, piszczą skrzypce, zawodzą przeróżne wokalia, tarzają się w kurzu i słońcu maszkary o szkieletach dzieci i twarzach starych ludzi, prezentując między złożonymi na krzyż piszczelami nóżek swoje przedwojenne fotografie” — pisze, przedstawiając różne strategie żebractwa. To koncentrowanie się na — w miarę własnych możliwości — idealnym oddaniu “czasu i miejsca” skutkuje nawet mieszaniem wymiarów. Autorka wplata w narrację własne sny. “Koszmar dnia zalega coraz grubszym osadem ciecz świadomości, a sny mącą ten osad, kłębią się smugami oparów gryzących ku górze, surrealistycznymi wyskokami rezumują rzeczywistość nieprawdopodobną od najnieprawdopodobniejszego snu. Coraz ciaśniejszy robi się pierścień, raczej pętla może, zaciskająca się naokoło naszej własnej szyi”. W literaturze Zagłady taki zabieg wydaje się być nowatorski. Zresztą na tym polu autorka ma również inne dokonania. Prekursorsko wymyśla i wkłada do obiegu toposy: “Cała działalność naszych instytucji dobroczynnych nazwana być powinna śmiercią na raty, rozkładaniem śmierci na raty należy sobie nareszcie to uświadomić, że uratować kogoś od śmierci nie możemy, nie mamy czym. Możemy tylko śmierć tę odwlec, przewlec, ale nie zapobiec jej”.

9 marca 1943 r. Rachela Auerbach opuściła getto. Dzięki Janowi i Antoninie Żabińskim ukrywała się na terenie nieczynnego zoo, potem uczestniczyła w powstaniu warszawskim i doczekała końca wojny w miejscowości Końskie. Po wojnie dokumentowała Zagładę. Jej kolejne prace (w tym znany reportaż z Treblinki) to dziś klasyka literatury. Edycja jej pism z getta, w doskonałym opracowaniu Karoliny Szymaniak, to dla zainteresowanych dziejami XX wieku lektura absolutnie obowiązkowa.

Michał Wójcik

Rachela Auerbach, Pisma z getta warszawskiego. Opracowanie Karolina Szymaniak. Wydawnictwo: Żydowski Instytut Historyczny im. Emanuela Ringelbluma, Warszawa 2016.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem