„Szkoła na pryczy”

Od lipca 1943 do 13 IV 1945 byłam więźniem obozu koncentracyjnego Belsen-Bergen, mieszczącego się na terenie Niemiec niedaleko Hanoweru.

Wide retrieveasset
Źródło: United States Holocaust Memorial Museum (77433)

Obóz był bardzo duży, podzielony na tzw. „pola” odgrodzone od siebie drutem kolczastym, z wieżyczkami na każdym „polu”. Na wieżyczkach, jak we wszystkich obozach hitlerowskich, stali strażnicy, a ich karabiny były wymierzone w więźniów. Na „polach” rzędy baraków mieszkalnych, przeważnie drewnianych, za nimi otwarta, przykryta tylko dachem umywalnia: krany z zimną wodą. Niedaleko od niej prymitywna otwarta latryna dla kobiet i mężczyzn.

W pierwszym krótkim okresie życia w obozie było względnie znośnie, ale z każdym dniem sytuacja się pogarszała. Zapanował straszny głód, wszy nas zjadały: tyfus, dezynteria, gruźlica dziesiątkowały więźniów, piętrzyły się góry trupów. Opiekował się nami esesman, przeważnie ten sam, nazwany przez nas „Blutwurst” (krwawa kiszka) z powodu grubego czerwonego karku. Blutwurst lubował się w urządzaniu nam przeprowadzek z baraku do baraku. Przeprowadzki te wiązały się z wynoszeniem i szorowaniem prycz, z wrzaskiem i biciem. Oprócz tego nasz „opiekun” rozkoszował się apelami. Staliśmy godzinami na mrozie i w śniegu, a on tymczasem pożywiał się w ciepłym kasynie położonym tuż za drutami obozu

Na wąskich trzypiętrowych pryczach pod cienkim kocem „mieszkały” i marzły po dwie osoby na jednym miejscu. Zdarzało się że jedna z nich w nocy umierała i leżała do rana z żywym sąsiadem. Na naszym „polu” było na początku kilkanaścioro dzieci i kilka młodych dziewcząt. Na sąsiednim polu zmarła Anna Frank z Holandii — młoda dziewczyna znana na całym świecie dzięki jej odnalezionemu pamiętnikowi.

Po miesiącu pobytu w obozie postanowiłam zebrać głodne, zalęknione dzieci i czymś je zająć. Z tej troski zrodziła się myśl o stworzeniu szkoły. „Szkoła” mieściła się na dwóch górnych pryczach mojej i pożyczonej sąsiedniej, za wąskim przejściem. Liczba moich uczniów (w wieku od sześciu do jedenastu lat) ciągle malała, bo Niemcy wysyłali transporty dorosłych i dzieci do Oświęcimia, gdzie wszyscy ginęli. Do końca dotrwało ośmioro dzieci. Nie było w tej „szkole na pryczy” ani papieru, ani piór, nie było też dwójek ani piątek, tylko głodne dzieci i głodna nauczycielka. Dzieci siedziały naprzeciwko siebie w dwóch rzędach na dwóch pryczach z opuszczonymi nogami. Ja siedziałam w środku jednego rzędu. Pisało się jednym kawałkiem ołówka na wyciągniętej z prycz desce. Deskę trzymało się na kolanach. Ja pisałam dużymi literami i cyframi na desce, po mnie kolejno pisały dzieci. W ten sposób odbywało się nauczanie czytania, pisania i początków rachunków w zakresie dwóch działań: dodawania i odejmowania. Materiałem do nauki rachunków były zapamiętywane przed lekcją przez dzieci ilości kawałków marchwi, brukwi, liści pokrzywy i kartofli z ich ostatniej zupy. Czasami bardzo rzadko trafiały się milimetrowe kawałki mięsa (niewiadomego pochodzenia). Wtedy lekcja była bardziej ożywiona. Nie zawsze dzieci liczyły kawałki, niektóre nie wytrzymywały głodu i zjadały zupę bardzo szybko, od razu po otrzymaniu porcji.

Zawsze w czasie lekcji stał przy wejściu do baraku ktoś z dorosłych i dawał hasło na widok zbliżającego się do bramy „Blutwursta”, albo innego esesmana. Wtedy dzieci szybko zeskakiwały z prycz i prędko wsuwało się wyjęte deski. Każda lekcja kończyła się piosenką (znałam dużo melodii, bo urodziłam się i wychowałam w rodzinie muzyków) albo opowiadaniem jednej z książek dla dzieci, zapamiętanej z mojej wieloletniej pracy nauczycielskiej przed wojną. Często też kończyłam lekcję tak zwaną geografią — opowiadaniem o różnych krajach, ludziach i zwyczajach znanych mi z licznych wędrówek wakacyjnych. Zakończenie zajęć odbyło się w grudniu 1944 r. kiedy już ani ja, ani dzieci nie mieliśmy z głodu sił do nauki. Pożegnanie odbyło się uroczyście na pryczach. Przy pomocy ofiarowanych przez dorosłych więźniów cienkich jak papier malutkich kawałków chleba i różnokolorowych kawałków jarzyn wyjętych z zup, ułożyłam „tort” i po odśpiewaniu bardzo cienkim głosem pożegnalnej piosenki, każde dziecko dostało kawałek tego „tortu”

Dorośli mieszkańcy baraku stali naokoło prycz, płakali i dziękowali mi za „szkołę”. 13 IV 1945 wojska alianckie wyzwoliły pozostałe, chore i wynędzniałe resztki więźniów, jadących w transporcie na stracenie Część więźniów zarówno ewakuowanych przez Niemców, jak tych co pozostali jeszcze w obozie, po różnych trudnościach wróciła do kraju. Inni znaleźli się zagranicą i tam zostali. Mam stały kontakt z jedną z uczennic, która mieszka w Warszawie. Jest ona już babcią. Skończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, pracuje w swoim zawodzie Często przypominamy sobie początki jej nauki obozowej, koleżanki i kolegów. Nauka pisania na desce z pryczy spowodowała nierówny, koślawy charakter jej pisma. Z innymi dziećmi ze „szkoły na pryczy” mam kontakt listowny albo osobisty, kiedy przyjeżdżają do kraju w odwiedziny. Moja „szkoła” miała na celu nie tylko naukę, ale podtrzymanie psychiczne dzieci i to osiągnęła.

Autor: Celina Barska 

Biuletyn Żydowskiego Instytutu Historycznego nr 3/1989 r. 

Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem