Pani Stefania — najbliższy współpracownik Janusza Korczaka

26 maja obchodzimy Dzień Matki i rocznicę urodzin Stefanii Wilczyńskiej, jedynej „Matki”, jaką miały dzieci z Domu Sierot przy ul. Krochmalnej.

Wide stefania
Źródło: Fundacja im. prof. Mojżesza Schorra, Yad Vashem.

Pani Stefania Wilczyńska pozostaje zwykle w cieniu Starego Doktora, ale każdy, kto znał Dom Sierot, wie, że Korczak nie zdołałby tyle pisać i pracować, gdyby ciężaru codziennej troski o egzystencję domu i normalny tok jego pracy nie przejęła pani Stefa.

Pani Stefa, urodzona w 1886 r., ukończyła gimnazjum w Warszawie, następnie studia za granicą. Po powrocie do kraju zaczęła pracować — wbrew woli swej bogatej rodziny — w ciasnym i brudnym sierocińcu przy ul. Franciszkańskiej. Później przyszedł do tego domu Korczak i odtąd wspólnie pracowali aż do końca. Razem budowali piękny dom dla dzieci na Krochmalnej, razem realizowali system samorządowy stworzony przez Korczaka. W czasie I wojny światowej, gdy dzieci przeżywały ciężkie chwile, Korczaka z nimi nie było, leczył wówczas żołnierzy. Pani Stefa natomiast w trudnych chwilach zawsze była z dziećmi, przeżywała z nimi głód i tyfus. Nigdzie „nie jechała bez dzieci”, razem z nimi i Korczakiem poszła do getta i pojechała do Treblinki. Pani Stefa była duchem opiekuńczym dzieci z Bursy i pana Doktora.

Pani Stefa była z nami, z bursistami, cały dzień. Wstawała przed nami, ostatnia kładła się spać, nawet będąc chora, nie przerywała pracy. Była obecna przy wszystkich posiłkach, uczyła nas robienia opatrunków, kąpania dzieci, strzyżenia włosów itp. Wysoka, w czarnym fartuchu, włosy ostrzyżone po męsku, zawsze uważna i czujna, nawet podczas odpoczynku pamiętała o każdym dziecku i bursiście. Nieraz przerywała ciekawą rozmowę, by polecić któremuś z malców, aby przypomniał jednemu z nas lub któremuś z dzieci, że zbliża się godzina pójścia do szkoły. Dobrze wiedziała, kto z nas, pochłoniętych pracą, zapomina o czasie. Podczas posiłków siedziała w takim miejscu, aby widzieć wszystkie dzieci i nieraz wstawała od stołu, aby pouczyć nowe dziecko, jak należy trzymać chleb w ręku, łyżkę, czym wytrzeć wylaną zupę. W nocy wstawała, by przykryć dzieci, wysadzić moczące się, dowiedzieć się, dlaczego któreś jęczy przez sen.

Dom był pełen pani Stefy. Czuliśmy wszędzie Jej myśl, Jej troskę. Przypominała nam nawet o obowiązkach, które mieliśmy poza terenem Domu.

Pani Stefa lubiła przyrodę i umiała zaszczepić tę miłość dzieciom. Dom na Krochmalnej pełen był doniczek z zielenią. Na Gocławku, gdzie prócz dzieci z sierocińca z Krochmalnej odpoczywały w lecie dzieci z innych sierocińców, urządzała pani Stefa (po kąpieli) o szarej godzinie spacer wokół kolonii, do lasu, by pokazać dzieciom piękno przyrody i nauczyć je odczuwać.

Miała serce czułe, umysł mądry, otwarty i wnikliwy. Umiała trafić do każdego człowieka. Do jednej z osamotnionych matek, gdy wszystkie dzieci opuściły ją dla pracy w sierocińcach, pani Stefa pisze: „Nie wolno Wam nawet żałować, że wyjechały od Was, bo taki jest los nas, starych, że ptaki wylatują w świat. Cieszymy się tylko wtedy, gdy mają z czym dobrym wyfrunąć”.

Do wychowanki, która straciła dziecko, pisze serdeczny i długi list, pełen współczucia i szacunku dla bólu drugiego człowieka: „Kochane moje dziecko! Ani Cię nie będę pocieszała, ani perswadowała. Ani ci to nie pomoże... Nikt i nic nie potrafi pocieszyć w takim wypadku. Tylko czas i praca zrobią swoje. Mocno, mocno całuję Cię, jak zawsze kiedy byłaś mała i miałaś zmartwienie”.

Pani Stefa miała też i swoje wady. Lubiła bardzo dzieci ładne i zdolne. Tej miłości nie ukrywała. Wywoływało to uczucie zazdrości i niezadowolenia u innych dzieci, uważały, że jest niesprawiedliwa, bo była szczera. Ale gdy dzieci wyrastały i wychodziły z Domu Sierot, pozostawały im tylko miłe wspomnienia o tym, jak pani Stefa je przyjęła i kąpała pierwszy raz, jak pielęgnowała podczas choroby i uspokajała w nocy, gdy się przyśnił niedobry sen. O przykrych chwilach zapominały.

Swą troską obejmowała pani Stefa każdego, kto mieszkał na terenie Domu, troszczyła się więc i o Doktora Korczaka. Zajęty pracą naukową, społeczną i literacką nie miał czasu pomyśleć o ubraniu i wielu innych codziennych drobiazgach. Pomagała mu w tym pani Stefa.

Toteż wszystkich nas zaskoczyła książka I. Zyngmana (Staśka) Janusz Korczak wśród sierot, którą napisał pod wpływem tkwiących jeszcze w nim dziecięcych emocji. Jego wspomnienia odzwierciedlają niechętny stosunek do pani Stefy. A o stosunku byłych wychowanków do pani Stefy najlepiej świadczą listy pisane do Niej z całego świata (Ameryki, Francji, Brazylii itp.), a także sobotnie spotkania byłych wychowanków odwiedzających Dom Sierot.

Szczególną opieką otaczała pani Stefa Janusza Korczaka. Wierzyła w jego genialność. Dziwiła się, że nie spostrzega się jego wielkości, przewidywała zwycięstwo i popularność jego idei. Nie tylko realizowała jego system i metody, osłaniała jego, jak i dzieci, przed kontaktem z filantropami. Pamiętam przygotowania do balu urządzanego przez Towarzystwo „Pomoc Sierot”. Pieniądze z balu szły do kasy Domu Sierot. Pani Stefa była zajęta. Stale telefony, wizyty, oprowadzanie zwiedzających. Ani pan Doktor, ani żadne z dzieci nie brali w tym udziału, nie byli obecni na balu. Cały ciężar przygotowań wzięła na siebie pani Stefa. Pomagały jej Nacia Poz i Rózia Lipiec. Obie były kiedyś wychowankami Domu Sierot, a w r. 1928 jego pracownikami. Korczak zapytał tylko o przebieg przygotowań, a najwięcej oczywiście interesowało go, czy i jaki będzie dochód.

Pani Stefa odgradzała Korczaka od filantropów. Korczak musiał korzystać z filantropii, ale każdego z subsydiujących filantropów mógł obrazić, wskazać mu drzwi itp. Cały ciężar kontaktów z paniami mecenasowymi, doktorowymi itp. wzięła na siebie pani Stefa. Jak anioł stróż osłaniała Doktora, motywując to jego pracą literacką, wykładami itp.

Korczak i pani Stefa nie pozwalali też swym dzieciom występować w charakterze „biednych sierotek” wdzięcznych za datki pieniężne lub materialne. By zrozumieć tę sprawę, należy wiedzieć, jak poniżające było, gdy dzieci z innych Domów sprzątały u bogaczy, niańczyły ich dzieci i wykonywały różne posługi.

Dzieci Korczaka nie tylko że nie były wciągane w filantropię, ale skrzętnie ukrywano przed nimi takie imprezy, jak bale i potańcówki. Nie wciągano dzieci do pomocy przy tej pracy, nie demonstrowano ich jako „biednych sierotek”, by wywoływały litość i żebrały o parę groszy. Żaden bal, żadna dochodowa impreza nie odbyła się na terenie Domu Sierot. Dzieci nic nie wiedziały o przygotowaniach, o nadziejach, które wiązali Korczak i pani Stefa z tymi balami.

Pani Stefa była człowiekiem bliskim Korczakowi, nie wiem jak dalece bliskim. Wiem natomiast, że jej pierwszej opowiadał o swych wrażeniach i pomysłach, była wtajemniczona we wszystkie jego poczynania. Nie wiem, nie umiem określić, jaki wpływ miała na jego twórczość, ale jemu było z nią spokojnie, bezpiecznie.

W 1928 r. pani Stefa często nam mówiła, że już „nie ma co robić na Krochmalnej”, toteż gdy na Gocławku powstała filia Domu Sierot (poprzednio było tam zimowisko dla mniejszej liczby dzieci) na 50 dzieci, pani Stefa zajęła się nią i pomagała w jej organizacji. Często przyjeżdżała. Pracowałam tam od początku powstania grupy przedszkolnej. Jej przyjazdy były dla nas radosnym przeżyciem. Wszystkie nasze wątpliwości starała się rozstrzygać, pomóc nam. Uczyła nas, jak pracę organizować, by zajęła jak najmniej czasu, by wymagała jak najmniej wysiłku fizycznego czy umysłowego.

Ale wkrótce i ta praca stała się niewystarczająca dla pani Stefy. Zaczęła współpracować z „Centosem”. Była to organizacja zrzeszająca bardziej postępowe sierocińce w Polsce.

Gdy się czyta teraz te nieliczne artykuły, które pani Stefa pozostawiła po sobie, widzi się, jaki to był człowiek postępowy, odważny, nieidący na kompromisy, jeżeli chodziło o dobro sprawy. Dzięki zachowanemu sprawozdaniu z jej półrocznej pracy, widzimy, jak trudne były warunki życia dzieci w sierocińcach przed wojną.

Pani Stefa próbowała organizować dzieciom przejścia z sierocińca do samodzielnego życia. Swe uwagi na ten temat zaopatrzyła tytułem: Próby uporządkowania czyli usuwanie bez bólu. W artykule tym pani Stefa proponuje, aby przygotowanie do przejścia wychowanka w świat rozpoczynać już jesienią. Przygotować ubranie, omówić, co ma dalej robić, czy przejdzie do jednej z burs, czy pozostanie jeszcze na rok, by pomóc w pracy personelowi sierocińca, czy wróci do rodziny. Ostatni miesiąc pobytu powinien wychowanek spędzić na kolonii letniej. Ostatni rok pobytu nie powinien być pełen niepokoju. Wychowankowi zawsze trudno przejść z dobrego sierocińca do samodzielnego życia. Bo jeżeli sierociniec zły, jeżeli w nim za niechęć do modlitwy odbiera się dziecku kolację, to po co go zabierać z nędznych dotychczasowych warunków? Złe sierocińce nie powinny istnieć.

A zakończenie zaskakuje śmiałością, gdyż Korczak, pomimo wielu wątpliwości, pomimo że często mówił nam „bo ja wiem”, nigdy nie postawił przed nami sprawy istoty życia dzieci w internacie. Nawet w getcie, w obliczu zagłady, nie pozwolił dzieciom wrócić do domów rodzinnych, pomimo że były głosy, że należy to uczynić.

Pani Stefa kończy artykuł wątpliwościami. Może internat się przeżył, może półinternat będzie lepszy? Posiada bowiem plusy internatu, a równocześnie dziecko nie zrywa kontaktu z rodziną.

Pani Stefa w artykułach śmiało wyciąga na światło niedociągnięcia sierocińców. Nikomu innemu nie drukowano by takich słów. W artykułach brak nazwisk członków zarządów i miast, gdzie były te sierocińce. Są tylko bolączki, cierpiący personel i dzieci.

Można się uczyć od pani Stefy, jak przeprowadzać wizytację. Wydaje mi się, że uczyć się tego mogą nie tylko pracownicy sierocińców, ale i innych instytucji. Każdą wizytację poprzedzała listem, że przyjeżdża nie jako kontroler krytykujący, lecz jako życzliwy, doświadczony doradca.

Uprzedzanie było jej zasadą. Wychodziła bowiem z założenia, że ani czyste fartuszki, ani dobre posiłki podczas wizytacji nie zdołają zmienić nastroju, atmosfery domu. Aby poznać go lepiej i gruntowniej zawsze mieszkała na terenie wizytowanego domu (druga zasada). Pani Stefa obserwowała, sprawdzała, nie co dzieci jedzą, tylko jak jedzą. Wystarczyło to, by wiedzieć czy dzieci głodują i jak bywają karmione nie w czasie jej obecności.

Ostatnie miesiące przed wojną spędziła w Palestynie u swej ukochanej uczennicy, pomagając jej w pracy z dziećmi w kibucu. Wróciła na Krochmalną w pierwszych dniach wojny.

Dzieci Korczaka i pani Stefy szły do wagonów w odświętnych ubraniach, ustawione parami. Każde miało swoją torbę podróżną przewieszoną przez ramię. Na czele Korczak prowadził dwoje młodszych dzieci. Tak opowiadali ci, co widzieli ten niezwykły pochód. My, uczniowie pani Stefy, wiemy, że to ona przygotowała świąteczne ubranka i poleciła dzieciom ułożyć je na poręczy łóżek, a najlepsze buty postawić pod swoje łóżko. Aby być gotowym w każdej chwili do wyjścia. Ona była organizatorem tego spokoju i porządku, z jakim szły dzieci w swoją ostatnią drogę.


Artykuł pochodzi z „Biuletynu Żydowskiego Instytutu Historycznego” (Nr 4 (104), Grudzień 1977 r.) wydawanego do dziś jako „Kwartalnik Historii Żydów”. 

Ida Merżan (1907–1987), pedagog, publicystka. W 1926 r. rozpoczęła w Warszawie naukę w Seminarium Ochroniarskim, rok później podjęła pracę w Domu Sierot przy ul. Krochmalnej 92 pod kierunkiem J. Korczaka i S.Wilczyńskiej. Następnie pracowała w internacie dla dzieci w wieku przedszkolnym „Różyczka” w Otwocku, w Domu Opieki nad Opuszczonymi Dziećmi Żydowskimi, w Zakładzie Leczniczo-Wychowawczym. Od 1928 r. związana z KPP. Wojnę spędziła w ZSRR, w Charkowie, gdzie podjęła zaoczne studia w Instytucie Pedagogicznym i w Kazachstanie. Po powrocie w 1945 r. podjęła pracę w Wydziale ds. Dzieci CKŻP.

Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem