Urodziłam się w Kórniku...

Budynek stał na rogu rynku i ul. Pocztowej. Jedna ściana banku tworzyła bok pasażu, tzw. „Ucha Igielnego”...

Wide bank w korniku

Urodziłam się w Kórniku w 1930 r. Jestem córką Jana Pohla i Konstancji z Jankowskich. Miałam pięcioro rodzeństwa: Krystyna urodziła się w 1926, bliźniaczki Teresa i Maryla w 1927, Stanisław w 1936, a Edward w 1940 r. Mieszkaliśmy w domu, w którym mieścił się bank. Na parterze rodzice mieli sklep spożywczy, tzw. artykuły kolonialne...

Budynek stał na rogu rynku i ul. Pocztowej. Jedna ściana banku tworzyła bok pasażu, tzw. „Ucha Igielnego”. Dalej stał budynek Laubego. Po przejściu przez pasaż „Ucho Igielne,” kilka kroków po lewej, była furtka na podwórze Laubego, a trochę dalej po prawej, wejście na podwórze banku, tam, gdzie my mieszkaliśmy. Dalej prosto był plac bóżnicy. Od strony Pocztowej mieszkał Niemiec, Szwendke, wejście do domu miał od ulicy, ale dom ciągnął się w tym „Uchu Igielnym” aż do placu.

Bóżnica nie była usytuowana w samym środku, tylko bliżej ul. Szkolnej, tak jakby w narożniku i od ul. Wojska Polskiego.

A dach, jaki był piękny, spadzisty i łamany. Tam były okna bardzo wysoko usytuowane. I z drugiej strony ta ściana była identyczna. I mówiąc o tych oknach, ze wstydem muszę powiedzieć, że kiedyś kilku łobuzów dorwało się i rzucali kamieniami. Od razu zjawił się pan Paweł Jarociński, który był starszym gminy, bo u nas nie było rabina. Jeżeli były jakieś uroczystości i rabin był potrzebny, to przyjeżdżał ze Środy (Środa Wielkopolska) oddalonej o 13 km.

Po prawej stronie wejścia było małe okienko. Na takiej wysokości, że ja jako 9-letnia dziewczynka mogłam na palcach stanąć i popatrzeć do wnętrza. Dzięki tym dużym oknom tam było dosyć jasno. Ale wracając do tych okien i do tych łobuzów. Momentalnie zjawił się pan Jarociński i momentalnie przyjechała też policja. I zaczęła tłuc wszystkich tymi pałami, a najwięcej dostało się niewinnym, bo winni zdołali uciec. A oni bili na oślep. Ja czmychnęłam na nasze podwórze i moje siostry Teresa i Maryla też, ale Krystyna, najstarsza, została i potem opowiadała, że w bramie sąsiadów stał sprzedawca ze sklepu Laubego i jemu się najwięcej dostało, a ona go strasznie żałowała. Ale ojciec tylko podsumował: „To po co tam poszedł”.

Zaraz przyszedł do nas pan Jarociński i bardzo się użalał. Zresztą z Jarocińskim ojciec bardzo dobrze żył. Przychodził do nas codziennie rano i rozmieniał sobie pieniądze, złotówkę czy 50 groszy na drobniejsze, czasami banknot jakiś. I mówił zawsze: „Pan, panie Pohl to ma taką rękę… Jak ja tu u Pana rano interes zrobię, to potem mam cały dzień dobry i dobre interesy robię”. Lubili razem dużo rozmawiać i dyskutować. To były takie twórcze dyskusje. Nieraz się upierali przy czymś, że może to tak było, a może inaczej, a ja bardzo lubiłam słuchać, jak rozmawiają. I wtedy też przyszedł i się użalał nad tymi oknami, ale jakoś to zostało załatwione, że Żydzi dostali odszkodowanie, czy coś w tym rodzaju.

Na placu bóżnicy były jeszcze dwa domy. Jeden równoległy do ul. Szkolnej, a drugi do Rynku. Ten pierwszy był w nawet niezłym stanie, ale drugi był tak stary, że ledwo się trzymał.

W tym pierwszym mieszkała pewna Żydówka. Nazwiska nie pamiętam, być może nazywała się Jüttnerowa, bo tych Jüttnerów było bardzo dużo. Wydaje mi się, że tutaj mieszkały albo dwie rodziny, albo jedna wielopokoleniowa, bardzo, bardzo liczna. Od najmłodszych dzieci do staruszków. Ta kobieta, dość młoda, miała dwie córeczki: Stefcię i Celuszę, tak wołała na nie. Biedniutkie to było.

Więc Stefcia dostała kiedyś od swojej mamy 5 groszy, żeby sobie kupiła ciasteczko na ulicy Szkolnej — tam był piekarz i cukiernik. Ja kupowałam u niego chleb, a ona ciastko. Stefcia wybiegła z piekarni chwilę po mnie, bardzo płacząc. A za nią szła taka Baśka, ja ją znałam, była rok starsza ode mnie, i coś mi pokazywała, ale nie wiedziałam co. Wróciłam do domu, a chwilę potem przyszła mama tej Stefci i powiedziała, że to ja zabrałam jej córce ciasteczko. Mama się zdenerwowała, ale zanim mnie znalazła i zdążyłam wytłumaczyć, jak było, mama Stefci już sobie poszła. Moja mama dała mi 20 groszy i kazała kupić Stefci coś w tej piekarni, więc kupiłam i zaniosłam. Wtedy pierwszy raz byłam u nich. Biedniutko tam było. Oni mieszkali w jednej izbie takiej. I wtedy jej mama zapytała Stefci: „To ta dziewczynka ci zabrała to ciasteczko?”, a ona powiedziała, że to nie byłam ja. Ale jak capnęła te ciastko, to tak jadła... Potem jej mama przyszła nas przepraszać, ale już dawno miała odpuszczone przecież. 

W tym drugim domku, równoległym do Rynku, od frontu były drzwi i dwa malutkie okienka, a ściana tylna tego domku była na podwórzu Ciastkowskich, którzy mieszkali na Rynku i mieli tam też sklep. W tej tylnej ścianie było małe okienko. Ja nie pamiętam, żeby było kiedyś w innych okolicznościach otwarte, ale raz było, bo tam zmarła jedna starsza kobieta. I ja, jak to dziecko, musiałam zajrzeć. Tam stało tak wielu mężczyzn, Żydów z brodami, ale tak dużo ich było, że na pewno w całym Kórniku nie było tylu Żydów. I oni mnie zauważyli. A tam była taka cisza, tak jakby oni tą ciszą chcieli uczcić tą zmarłą. I ja się wycofałam. Samego pogrzebu nie widziałam. No, nie wiem, dlaczego nie widziałam… Tak samo, jak nie widziałam ślubu, mimo że przez to okienko można było patrzeć.

Pan Jarociński pozwolił nam kiedyś wejść na chwilkę do środka bóżnicy, tylko 2, 3 kroki. „Popatrzcie sobie.” Byliśmy tam tylko kilka chwil. Środkiem rozłożony był piękny chodnik. Ten chodnik był, tak ludzie mówili, kokosowy. Był czerwony, położony od samego wejścia do – ja nie wiem, czy u Żydów to też się tak nazywa — do ołtarza. Na tym ołtarzu były dwa świeczniki, tak mi się wydaje, że dwa. Takie siedmioramienne. Pan Jarociński przed różnymi uroczystościami żydowskimi zawsze prosił chłopców polskich, żeby zapalili te świece. Ojciec nam potem tłumaczył, że u Żydów jest taki zwyczaj, że od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę nie wolno, nie należy pracować, więc ta sama czynność zapalania świecy też była w pewnym sensie pracą, dlatego woleli, żeby zrobili to chłopcy polscy, a chłopcy bardzo chętnie szli. To dla nich była w pewnym sensie atrakcja. Przez to małe okienko przy wejściu do bóżnicy kilka razy zaglądałam też w czasie modlitwy.

W tym samym domku mieszkała Panna Żeni. Była to starsza panna, przemiła, zawsze uśmiechnięta... I zawsze miała czyściutki fartuszek, kiedy szła do miasta. Uwielbiała wchodzić do naszego sklepu i rozmawiać. Zawsze miała ten fartuszek wyprasowany, wykrochmalony, lśniąco biały. I taka była, że z każdym lubiła porozmawiać i pewnie dlatego wolała iść nie przez „Ucho Igielne”, gdzie nikogo nie spotykała, tylko ulicą Pocztową, gdzie było dużo ludzi. Przy każdym się zatrzymywała, uśmiechała się do każdego dziecka. I nigdy nie gniewała się na nas, mimo, że my zawsze pytaliśmy: „Panna Żeni, a kiedy pani się ożeni?” A ona mówiła: „Ja nie mam męża, ja nie mam męża.” A kiedy przychodziła do nas, to z takim żalem patrzyła na te moje siostry bliźniacze i mówiła do mojego ojca: „A wie pan, ja też miałam siostrzyczkę bliźniaczą, ale umarła zaraz po urodzeniu.” Nie mieliśmy żadnego zdjęcia, ale moja siostra Teresa, która z zawodu była nauczycielką, a z powołania, z przyjemności, malarką, ona ją z wyobraźni namalowała. To był dość duży obraz. Pokazała mi go i zapytała: „Wiesz, kto to jest?” A ja od razu rozpoznałam: „Panna Żeni!!” i na obrazie jest też fragment tego „Ucha Igielnego” i fragment tych schodów, na których tak chętnie siadał Bertold Jüttner, i jest okno wystawne sklepu moich rodziców. Przed wojną było dużo tych sklepików. Jak to się mówiło: „Gdzie dom, to krom”. Wszędzie były sklepiki, więc ruch był niewielki, tylko w dzień targowy było dużo ludzi, ale w każdy inny dzień, to można było wejść do naszego sklepu, usiąść przed ladą na krześle, które tam stało, za ladą siedział ojciec i tak sobie porozmawiać. A szczególnie często przychodził pan Jarociński.

Na podwórzu Ciastkowskich były schody prowadzące do ich piwnicy. A nad tymi schodami była taka równia pochyła i po niej można było wejść na dach. I myśmy na ten dach wchodzili, aż do komina. Był jeden komin. Ja kiedyś niechcący kawałek cegły strąciłam do jego środka. A potem jak Niemcy rozwalali te domy, to widziałam, że tam były dwa mieszkania. W jednym i drugim mieszkaniu był taki pochyły komin i łączył się z drugim razem w jeden komin na dachu. 

Tam Żydzi siedzieli na dole, po obydwu stronach oczywiście stały ławy. Byli nakryci takimi białymi ręcznikami każdy i zdaje się, że na głowie też coś tam mieli. I tak mi się wydaje, o ile dobrze pamiętam, że przy tej modlitwie oni się tak jakby troszeczkę bujali. Tak się pochylali. Po lewej stronie przy tym jakby ołtarzu, była umieszczona taka jakby kanapka, bogato srebrzona i złocona, piękna była, w jakim celu ona tam była, nie wiem. Tak się przypatrywałam, przecież wejść tam nie można było, bo nie było schodków. Gdyby ktoś tam nawet i wszedł, to nie było tam żadnej barierki, więc nie wiem jakimu celowi to służyło. Poza tym nie było na ścianach żadnych obrazów ani malowideł, albo przynajmniej ja nie pamiętam.

W tym drugim domku mieszkało wielu z rodziny Jüttnerów. I tam wszyscy znaliśmy Bertolda Jüttnera. On był straszliwie otyły. Przy chodzeniu dyszał, łapał się za serce. To był chory człowiek. Wychodząc z domu z wielkim trudem szedł, ale bez laski. I szedł przez „Ucho Igielne”. Siadał na nasze schody, tzn. na te, które prowadziły do naszego sklepu i te, które prowadziły dalej do korytarza, długie schody, których w tej chwili już nie ma, bo bank został nieco przebudowany i nie mieszka już tyle rodzin, ile mieszkało kiedyś.

Dzieci żydowskie i polskie bawiły się razem, w gonitoalbo inne zabawy, ale młodsze dzieci bawiły się raczej same i zawsze z daleka ktoś pilnował tych dzieci. I tak było, że nieraz wołało się za Żydami: „Żydy do Palestyny”. I ja nieświadoma tych słów, nie wiedziałam, co to jest Palestyna, zawołałam tak. I wtedy wszyscy jednych chórem, jakby jednym tchem zawołali: „Giewałt, giewałt!”. Ja się usiłowałam wycofać, a wtedy zaszła mi drogę śliczna dziewczynka, ta z tego drugiego domu. I mówi: „Dlaczego tak wołałaś? Przecież nie zrobiliśmy Ci krzywdy”. Mnie te słowa będą paliły do końca życia. Chodziłyśmy do tej samej szkoły, ona do czwartej klasy, ja do drugiej. W trzeciej był Herman Jüttner. W piątej klasie były moje siostry i tam nie było żadnego Żyda. Dopiero w szóstej klasie była Hilda Jüttner, przyjaciółka mojej siostry Krystyny. Hilda była o rok starsza, bo kiedyś nie dostała promocji. Wychowawczyni zapisywała, kto chciałby iść do gimnazjum, a kto do siódmej klasy (siódma klasa była obowiązkowa dla tych, którzy nie szli do gimnajum). Hilda powiedziała wtedy do mojej siostry: „Wiesz, gdybym się lepiej uczyła, to bym poszła do gimnazjum”. Krystyna zapytała: „A kto by za ciebie płacił?”, a ona powiedziała: „Wtedy by płaciła gmina żydowska” i jeszcze przy okazji dodała: „Teraz też mamy pewną zapomogę ze strony gminy żydowskiej”. Jej mama była wdową, nie pracowała, a wszyscy oni mieszkali w domku na kirkucie.

Pierwszego września wybuchła wojna. Niemcy weszli do Kórnika 10 września i od razu przyszedł z nimi komendant major Frosch, paskudny człowiek. Jakieś święto przypadało, a równocześnie Niemcy wprowadzili godzinę policyjną, bardzo wczesną. Pamiętam, że jeszcze nie było zupełnie ciemno, a już wszyscy byli w domach, czyli to była może 8 albo 9. Pan Jarociński przyszedł do ojca i długo rozmawiali, dyskutowali. Pan Jarociński martwił się: „Co zrobić? My chcemy się modlić, a tu jest godzina policyjna”. I wreszcie po wielu dyskusjach, on sam stwierdził, że pójdzie do komendanta Froscha i zapyta. Pan Jarociński poszedł do niego, po chwili wrócił i powiedział: „Jak wspaniale zostałem przyjęty. Po prostu w lansadach. «Jawohl, Panie Jarociński, my Niemcy nie walczymy z religią. Ależ możecie modlić się całą noc, aż do końca godziny policyjnej»”. Nawiasem mówiąc, wszyscy Żydzi mówili po niemiecku.

Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem