Szymon Datner — człowiek, który mógłby obdzielić swoją biografią kilka osób

"Uczył nas, studentów, co to znaczy być Żydem, uczył hebrajskich piosenek".

Wide 450px grob szymona datnera grave of szymon datner
Grób Szymona Datnera  /  fot. Mzungu/ Wikimedia Commons / lic. CC-BY-SA 3.0

Urodził się w 1902 roku w Krakowie na Kazimierzu w kupieckiej rodzinie. Ojciec – Mordechaj, matka – Szprynca wyjechali do Palestyny jeszcze przed wojną. Dzięki temu ocaleli. Wszyscy pozostali jego bracia i siostry zginęli. Pan Szymon studiował na UJ, gdzie uzyskał doktorat z antropologii. Pracy naukowej nie mógł wówczas podjąć z powodu antysemityzmu. Zatrudnił się w gimnazjum hebrajskim w Białymstoku. Pracował tam do wybuchu wojny, ucząc gimnastyki, historii i śpiewu. Nie wiem, czy to był jego wybór, czy tylko taką pracę mogli mu zaproponować. W każdym razie, zawsze trzymał formę: wspinał się, jeździł konno, codziennie się gimnastykował, w każdą niedzielę szedł na długi spacer.

W Białymstoku założył rodzinę. Miał dwie córki: Miriam i Szoszanę (Lilkę). Po wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej trafił do białostockiego getta. Tuż przed powstaniem w getcie znalazł się w lasach we wschodniej części regionu. Taki był wówczas nakaz chwili. Mieli się ratować ci, którzy mogli przetrwać w wyjątkowo trudnych okolicznościach. W getcie zdobył broń. Przedzierając się do partyzantki, zabił pierwszego Niemca. Ciągle o tym opowiadał. To nie był powód do dumy. Taki przypadł mu los. W getcie stracił żonę, obie córki. Starsza należała do podziemnej organizacji. Zginęła w walce. Nie wiadomo, jak zginęły matka z młodszą córką. Po wojnie co roku w dniu ich śmierci zamykał się na cały dzień w swoim pokoju. To była jego sziwa, żałoba. Pisał do nich listy — żaden z nich nie ocalał.

Trafił do partyzantki sowieckiej we wschodniej części obecnego województwa podlaskiego. Doczekał wyzwolenia. Stanął na czele Wojewódzkiego Komitetu Żydowskiego w Białymstoku. Zbierał informacje i relacje o Zagładzie. Wiedział, co stało się w Jedwabnem i okolicznych miejscowościach. Pisał o tym pierwszy. Do dzisiaj spisane przez niego relacje można znaleźć w archiwum ŻIH. W 1946 roku ogłosił książkę o powstaniu w getcie białostockim. Na końcu pisał: Niemcy nie zasługują na to, by uważać ich za naród europejski. Powinni zostać z naszego kontynentu wysiedleni. Te namiętne słowa wypomniał mu obrońca w niemieckim procesie zbrodniarzy z Białegostoku.

Po wojnie powtórnie się ożenił, z Edwardą Orłowską, wówczas szefem wojewódzkich władz PPR. Gdy sytuacja nieco się ustatkowała, na początku 1947 ruszył przez zieloną granicę, przez ośnieżone Alpy do ojca. Chciał opowiedzieć, co stało się z rodziną. We Włoszech wsiadł na statek, który zatrzymali Brytyjczycy i Datner znalazł się w obozie internowanych na Cyprze. Został żydowskim komendantem obozu i wygłaszał do Anglików gorące przemówienia, tłumacząc im los wojenny Żydów. Udało mu się uciec z obozu. Małą rybacką łódką wiosłową dopłynął z kolegą do Libanu. Tam go aresztowali. Przesiedział kilka miesięcy. Dotarł do Izraela. Dzięki żonie otrzymał paszport i wrócił do Polski. Zatrudnił się w Żydowskim Instytucie Historycznym. Trafił na trudny dla siebie czas. Protestował przeciw dopisaniu mu do artykułu w Biuletynie ŻIH słów potępiających Joint, jako agendy syjonizmu. W 1953 roku pracownicy na fali antyżydowskiej kampanii mieli podjąć uchwałę potępiającą syjonizm. Wykazał się na owe czasy niewiarygodną odwagą cywilną. Tylko on wstrzymał się od głosu. Następnego dnia dyrektor Bernard Mark wręczył mu wypowiedzenie. Trafił do pośredniaka. Przez niemal trzy lata był murarzem. Po październiku mógł znowu wrócić do zawodu historyka, tyle że nie chciał już wracać do ŻIH. Przez następne dwanaście lat pracował w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Napisał wtedy kilka książek: między innymi o zbrodniach Wermachtu w 1939 roku, o jeńcach włoskich, których zamknęli Niemcy. Opracował zbiór relacji Polaków ratujących w czasie wojny Żydów. Zrobił habilitację. Został usunięty z pracy w 1968 roku wraz z wielce szanowanym dyrektorem J. Gumkowskim. Mógł już przejść na emeryturę. Zaproponowano mu dyrektorowanie ŻIH. Przyjął propozycję, ale po kilku miesiącach po kłótni z jednym z pułkowników z pracy zrezygnował. Zresztą był pod stałą presją i inwigilacją SB.

Zawsze twórczy, silny, bardzo wymagający wobec siebie i wobec swoich najbliższych. Miał, jak to się mówiło, mocny charakter. Oddany swojej córce Helenie i wnuczce Rut. Był jak Hiob obdarzony drugim szczęściem. Stworzył drugi dom. Pisał, uczył się języków.

Poznałem go w trakcie akcji sprzątania cmentarza żydowskiego w Warszawie. Był to początek lat siedemdziesiątych. Uczył nas, studentów, co to znaczy być Żydem, uczył hebrajskich piosenek. Pamiętam jedną z nich: Oto jak dobrze siedzieć między przyjaciółmi. To fragment Psalmu. Śpiewając: chinei ma tow, zawsze o nim myślę.

Zmarł 8 grudnia 1989 roku. Jego grób znajduje się na cmentarzu żydowskim w Warszawie.

Serwis wykorzystuje pliki cookie do celów statystycznych. Jeśli się na to nie zgadzasz, wyłącz obsługę plików cookie w swojej przeglądarce internetowej. Rozumiem